piątek, 29 sierpnia 2008

forma dla treści

ciekawe jest to, że czasami to samo smakuje inaczej w zależności od tego, jak zostaje podane. na przykład żółty ser inaczej smakuje w cieniutkich plasterkach, inaczej w kawałkach, a jeszcze inaczej kiedy jest starty. tak samo herbata - ma inny smak w szklance, inny w kubku, a podana w eleganckiej cieniutkiej filiżance nabiera jeszcze innego smaku. nie wiem jak jest z kawą, bo nie piję. ale w przypadku herbaty tak właśnie jest (no chyba, że to tylko mnie się tak wydaje). niby ten sam płyn, a jednak czuć różnicę. u mnie w domu herbatę pija się w kubkach. ale kiedyś kupiliśmy szklankę specjalnie dla mojej babci, która twierdziła, że tylko ze szklanki można się naprawdę napić herbaty. w kubku jej nie smakowało. dla mnie odwrotnie. a cóż, o gustach się nie dyskutuje, więc i o smakach chyba też.
chociaż tutaj nie o smak, ale o naczynie bardziej chyba chodzi... w tym wypadku to naczynie sprawia, że zawartość smakuje bardziej lub mniej. ciągle to zawartość jest najważniejsza, ale jakże istotne okazuje się naczynie ją otaczające. idąc za tą myślą postanowiłam zainwestować w swoje 'naczynie' i zacząć się trochę ruszać. bo choć 'zawartość' niezmiennie cenna, to co jeśli naczynie zawiedzie? a lata płyną i naczynie już nie takie nowiutkie i błyszczące ;)

niedziela, 3 sierpnia 2008

myślenie ma przyszłość

niedawno udało mi się zamknąć się w pomieszczeniu metr na metr. chciałam się wybrać do toalety (bardzo prozaiczna sprawa), do której prowadziły jedne drzwi, a zaraz potem drugie. kiedy otwierałam te pierwsze prowadzące do małego korytarzyka, przez głowę przebiegła mi myśl, iż dzień wcześniej te same drzwi były szeroko otwarte. zwróciłam też uwagę, że przy ścianie obok owych drzwi stało wiadro i pojawiła się kolejna myśl: 'na pewno po coś tutaj stoi'. niestety nie poświęciłam tym myślom więcej uwagi i weszłam. w chwili, gdy wspomniane drzwi się za mną zamykały, naciskałam klamkę tych drugich, po to tylko by stwierdzić, że są zamknięte....i wtedy dotarło - zatrzasnęłam się! odwróciłam się i mimo wszystko spróbowałam otworzyć drzwi, przez które właśnie weszłam. bez skutku. znalazłam się w małym, ciemnym pomieszczeniu za świadomością, że pewnie ktoś mnie w końcu wypuści, tylko kiedy to będzie??? na szczęście nie mam klaustrofobii, ale szczerze współczuję wszystkim, którzy ją mają. zrobiło mi się dziwnie. ale zaczęłam się z siebie śmiać. bo jakby na to nie patrzeć sytuacja nieco komiczna :) i tak sobie pomyślałam, że jakże często przychodzą nam do głowy różne myśli i spostrzeżenia, którym nie poświęcamy wystarczającej uwagi. tyle razy koncentruję się na myślach, które są destrukcyjne i dołujące, a kiedy przez moje zwoje przebiega myśl, która mogłaby mnie przed czymś uratować, albo zwyczajnie pomóc, to ja ją ignoruję. i ląduję w małym, ciemnym pomieszczeniu z nadzieją, że ktoś mnie z niego w końcu wypuści. zaczynam walić w drzwi i w panice wołać o pomoc. a przecież wystarczyłoby zwrócić uwagę na myśl o wiaderku i coś z nią zrobić! ile energii bym zaoszczędziła? ile czasu i siły? ile klaustrofobicznych pomieszczeń mogłoby mnie ominąć... no właśnie, tylko czy następnym razem nie zignoruję sygnału, który wysyła mi mój własny mózg?

wtorek, 29 lipca 2008

:(

w niedzielę doszłam do wniosku, ze europa to kontynent smutnych ludzi.... pewnie to duże uogólnienie, ale może jednak coś w tym jest? a może to tylko wina lotniska we frankfurcie.... a może w australii jest więcej słońca i dzięki temu ludzie przyjaźniej się do siebie odnoszą? nie mam pojęcia, ale faktem jest, że tam ludzie sobie ustępują, przepuszczają się, uśmiechają do siebie, oferują pomoc wniesienia wózka po schodach na piętro... a na starym kontynencie - miałam wrażenie, jakbym wylądowała w krainie gburów - idę z dzieckiem, a pchają się że mało nie stratują. do pomocy chętnych też brakowało, a o uśmiech naprawdę trudno... szkoda. a przecież to tak niewiele - zwykły uśmiech, grzeczność wobec drugiego człowieka, prosta życzliwość. i łatwiej się żyje. i milej się żyje. czyżby na starym kontynencie wszystko się postarzało?

poniedziałek, 28 lipca 2008

home sweet home

uwielbiam podróżować, poznawać nowe miejsca, nowe kultury, ludzi.... ale najlepiej się zawsze wraca do domu. powiedzenie 'wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej' jest bardzo prawdziwe. wspaniale jest wracać do znajomego miejsca, sprzętów które od dawna stoją na swoich miejscach, a i tak się o nie potykam, do miłego zapachu wyjątkowego dla mojego domu... ale dom to nie tylko miejsce, to przede wszystkim atmosfera, w której po prostu jest dobrze. to kochani ludzie, którzy tam mieszkają i przyjaciele, którzy często tam przebywają. dom, to moje miejsce na ziemi, bez względu na to, gdzie on będzie. bo dom tworzymy my... przynajmniej, kiedy już mamy na to wpływ...

środa, 23 lipca 2008

kwestia perspektywy


plaża, lazurowe morze, bezchmurne niebo, 28 stopni temperatura powietrza, 23 temperatura wody...... południe europy? raczej nie...
piaszczysty brzeg, spienione fale, 24 stopnie w powietrzu, 19 stopni w wodzie..... bałtyk? też pudło. 
to środek zimy w dwóch (dosyć odległych od siebie) miejscach w australii. i co ciekawe nikogo nie ma w wodzie, na plaży też... no może poza dwojgiem turystów z europy. to, co dla nas jest wspaniałą pogodą i miejscem, aby wygrzewać się na plaży i kąpać w morzu, dla australijczyków to zima. a zimą się nie kąpie. dla kogoś z naszej części świata trochę to dziwne. ale dla kogoś, kto od dziecka tak jest nauczony - to normalne. po co włazić do wody o temperaturze 19, skoro za kilka miesięcy będzie o kilka stopni cieplejsza. 
ciekawe, że jeśli od dzieciństwa funkcjonujemy w pewnym przekonaniu, trudno nam się z tego uwolnić. jeżeli wychowujemy się słysząc, że Bóg to staruszek z długą brodą i wielką laską, który patrzy na nas z góry i wyłapuje nasze upadki i przewinienia, nie jest nam łatwo uwierzyć, że tak naprawdę On nas kocha i zależy Mu na naszym szczęściu (i że wcale nie jest stary, bo przecież Bóg nie funkcjonuje w czasie tak, jak my...). żyjąc w świecie, w którym na wszystko trzeba zapracować i zasłużyć, nie potrafimy przyjąć łaski, którą Bóg ofiarowuje każdemu z nas. a jednak jest to możliwe. tak, jak można spotkać australijczyków kąpiących się w środku zimy. tylko, czy jesteśmy gotowi zaryzykować nasze przyzwyczajenia, aby poznać i posmakować czegoś innego? 

piątek, 11 lipca 2008

przeżywając marzenia

czasami wydaje nam się, że pewne rzeczy nigdy się nie wydarzą, a kiedy jedank marzenie się spełnia, nagle wydaje się to takie naturalne. kiedy całą rodzinką chodziliśmy sobie deptakiem przy operze w Sydney, z jednej strony było to niesamowite wrażenie. z drugiej - coś tak normalnego, że aż sama się zdziwiłam. szkoda mi ludzi, którzy twierdzą, że nie warto marzyć. szkoda mi ludzi, którzy uważają, że i tak w życiu wszystko jest na opak i nie ma co się łudzić. na pewno są sytuacje, które sprawiają, że zaczynamy wątpić, czy kiedykolwiek będzie lepiej. ale gdy przestajemy marzyć - przestajemy żyć. jack london powiedział słowa, które mniej więcej brzmiały tak: 'człowiek nie urodził się po to, żeby egzystować, ale po to, aby żyć'. a życie chociaż niejednokrotnie smutne, ciężkie, pełne rozczarowań i niesprawiedliwe obfituje również w radość, dobre chwile i spełnione marzenia. wyjazd do autralii to było marzenie, które wydawało się poza zasięgiem.... a jednak. siedzę sobie przy komputerze na 50 piętrze w samym centrum sydney. a przede mną jeszcze dwa tygodnie wspaniałej przygody i poznawanie innych miejsc tego pięknego kraju.  

Pan Jezus powiedział: przyszedłem, aby owce moje miały życie, i to życie w pełni. i to prawda. tylko dlaczego tak często boimy się uwerzyć Mu na Słowo? moje życie jest jednym wielkim dowodem na prawdziwość tych słów. a najlepsze jeszcze ciągle przede mną! i tyle marzeń do spełnienia....

czwartek, 3 lipca 2008

cytat

'jeśli nie jesteś gotowy się pomylić, nigdy nie wymyślisz nic oryginalnego'

wtorek, 1 lipca 2008

...

jakoś ostatnio smutno się zrobiło, to i z pisaniem kiepsko.... a teraz jeszcze szykuje się wyjazd i pewnie milczenie się przedłuży. cóż, mam nadzieję że stali bywalcy to zrozumieją i wrócą mimo wszystko. a jeśli ktoś się już zniechęcił, to trudno...
czasami są sytuacje, których nie jestem w stanie zrozumieć. z jednej strony spełniają się marzenia, z drugiej ciągle dostaje się po głowie. i niby wszystko w porządku, a jednak nie do końca. ciekawe czy kiedyś będzie mi to dane zrozumieć? do wielu rzeczy czy sytuacji udało mi się przyzwyczaić, ale do tego chyba nie potrafię. i chociaż już kiedyś sobie obiecałam, że nie będę pytać 'dlaczego?', to jednak pytanie to samo pcha się na usta....
podobno po burzy zawsze wychodzi słońce. kiedy wyjdzie moje? burza i sztorm są lepsze niż cisza na morzu, ale jak się jest w oku cyklonu, to jakoś mało to pocieszające. i niby wiadomo, że w końcu minie. i przecież nie raz już zmokłam. a jednak trudno przez chmury dostrzec błękitne niebo....
będzie dobrze....

poniedziałek, 23 czerwca 2008

zwycięzca bierze wszystko

lubię oglądać mecze. nie zaliczam się do tej grupy kobiet, dla których pewne programy telewizyjne szukały sposobów na przetrwanie euro2008. nie śledziłam wszystkich meczów, ale jestem w miarę na bieżąco. ostatnio emocjonowałam się bardzo w związku z ćwierćfinałowym meczem holandii z rosją. w grupie holandia grała pięknie i wymyśliłam sobie, że powinni zostać mistrzami. no bo skoro tak ładnie grają.... okazało się, że wyjście z grupy im nie posłużyło. z rosją grali słabo. mimo to do czasu strzelenia przez nich pierwszej (i jedynej) bramki, ciągle im kibicowałam. i nagle ta właśnie bramka, coś zmieniła w moim nastawieniu. stwierdziłam, że szkoda byłoby, gdyby rosja przegrała, bo jednak grali dużo lepiej.... i od tego momentu zaczęłam kibicować rosji!!! (cóż, kobieta zmienną jest, więc wolno mi) i cieszę się bardzo, że rosja wygrała. zasłużyli na to zwycięstwo. zapracowali na nie. może nawet sięgną po finał?
sport jest ciekawy. nieraz wydaje się, że już już widać zwycięzcę, a tu nagle....klops. i chociaż nie zawsze, to jednak zwyciężają ci, którzy walczą do końca. nie lekceważą żadnego przeciwnika i cały czas trzymają poziom. i tak właśnie trzeba żyć. nie grać poniżej swoich możliwości, ani nie lekceważyć żadnych trudnych sytuacji. i przede wszystkim nie rezygnować! nigdy, ale to nigdy nie rezygnować. tylko bez względu na wszystko trzeba zachować zasady 'fair play'! bo zwycięzca bierze wszystko, ale tylko smak sprawiedliwego i zasłużonego zwycięstwa naprawdę cieszy.

mały a propos

tej niewidzialności oczywiście. pomyślałam sobie jeszcze o jednej sprawie. tak to już bywa w życiu, że fortuna kołem się toczy. często ci dla których my jesteśmy niewidzialni, znajdują się w podobnej sytuacji - ich też ktoś nie zauważa..... sprawiedliwość? nie wiem... szkoda tylko, że skoro tak jest, to nie uczymy się na własnych błędach :)
zauważyłam też, że czasami mówimy ludziom nam bliskim, dla których raczej jesteśmy niewidzialni (albo mało widzialni i tylko od czasu do czasu) pewne rzeczy, radzimy, pokazujemy jakieś prawidłowości. ale dopiero kiedy ktoś inny powie im to samo, odkrywają amerykę. i nagle stwierdzają, jaka ta osoba jest mądra.... tylko ja wtedy się zastanawiam, czy ja nie po polsku mówię? cóż w parze z niewidzialnością chadza chyba również "niesłyszalność" :) śmieszne to wszystko.

piątek, 20 czerwca 2008

niewidzialna

kiedyś siedziałam sobie w samochodzie na parkingu przed kościołem, czekałam aż bartek się obudzi. podjeżdżały samochody, przechodzili znajomi, ale nikt nas nie widział... nikt nie spodziewał się nas tam zobaczyć. a i nikt nie wysilał się, żeby sprawdzić, czy ktoś przypadkiem nie siedzi sobie w samochodzie - bo i po co. to sprawiło, że pomyślałam sobie, jak to podobnie w życiu bywa. czasami jesteśmy niewidzialni - przynajmniej dla niektórych. mnie się to parę razy przytrafiło... są ludzie, na których nam zależy i staramy się zwrócić na siebie ich uwagę. nie zawsze jest tak, że nie widzą nas zupełnie. czasami nie dostrzegają naszych starań i tego, że jesteśmy zawsze obok, gotowi do pomocy. u mnie z reguły było tak, że kiedy chciałam sobie znaleźć przyjaciółkę (bo dziewczyny podobno zawsze mają takie przyjaciółki 'od serca'), to wszystko spalało na panewce. albo po przyjściu do szkoły stwierdzałam, że moje miejsce jest zajęte, przez inną. albo byłam na doczepkę - bo pojawił się ktoś inny, albo już był wcześniej. w pewnym momencie stwierdziłam, że mam dość - ileż można. i przestałam się starać. zaczęłam zwracać większą uwagę na ludzi, którzy byli w moim życiu bez względu na to, czy pojawiał się na ich drodze ktoś nowy, czy też nie. takie przyjaźnie są dużo bardziej wartościowe. a poza tym - to przecież nie ja tracę!
w shrek'u jest taka scena, kiedy wspomniany shrek wybiera się do pałacu i szuka chętnego, który poszedłby z nim i wskazał mu drogę. osioł podskakuje i krzyczy: 'ja, ja, wybierz mnie!' a shrek go nie zauważa.... nie chce zauważyć. scena śmieszna, ale w życiu bywa to raczej przykre. szczególnie kiedy tak właśnie się czujemy - machamy, krzyczymy, a i tak nas nie widzą.... szkoda, że po czasie okazuje się, iż ci ludzie o których uwagę tak bardzo się staramy, wcale nie są tego wszystkiego warci :)

piątek, 13 czerwca 2008

sędzia.....ka...tem

szkoda, że zwycięstwo nie zawsze zależy od naszej gry... bycie sędzią na pewno nie jest łatwe, ale przykro, kiedy sędzia staje się katem. może w związku z pewnym meczem są to zbyt mocne słowa... nie mniej jednak smutno, kiedy okazuje się stronniczy. nie chciałabym być sędzią. nawet w życiu tak łatwo ferujemy wyroki, oceniamy i osądzamy ludzi wokoło. a przecież w ten sposób tak szybko można kogoś skrzywdzić.

wtorek, 10 czerwca 2008

cytat

"to, jak myślisz, kiedy przegrasz, determinuje to, jak dużo czasu upłynie zanim wygrasz" - GK Chesterton
tak na czasie :)

poniedziałek, 2 czerwca 2008

cisza na morzu

ostatnio otarłam się o materiały na temat sztormów w życiu człowieka. niedługo ukażą się w formie książki (polecam, będzie to bardzo dobra pozycja). i te sztormy właśnie natchnęły mnie do zastanowienia się nad... ciszą. na morzu sztormy są bardzo niebezpieczne, ale cisza czasami może być dużo gorsza. sztorm budzi w nas pragnienie walki z żywiołem, siły by przetrwać, chęć zwycięstwa nad naturą. a cisza na morzu? jak z nią walczyć? cierpliwość szybko się kończy, a narasta frustracja, irytacja, odkrywamy w sobie cechy, których nie chcielibyśmy mieć.... łatwo jest narzekać na życiowe sztormy i właściwie jest to zrozumiałe. ale one są nieuniknione, a przy tym pomagają nam dodając siły i ucząc wytrwałości. cisza też może wykrzesać z nas dobre rzeczy, ale wydaje mi się, że częściej doprowadza do frustracji. dołuje nas fakt, że nic się nie dzieje, a jeszcze bardziej to, że nic nie możemy zrobić. niemoc i cisza... tak, jak po burzy pojawia się słońce i morze się uspokaja, cisza również nie trwa wiecznie. tylko czy w ten nowy etap wchodzimy wzmocnieni i lepsi, jak po przeżytym sztormie, czy raczej rozgoryczeni i sfrustrowani? najlepiej gdy pogoda jest stała, wiatr w sam raz, by płynąć w obranym kierunku. ale to tylko część naszej podróży, którą przeplatają sztormy, burze i czasami okresy ciszy. chciałabym z ciszy również wychodzić zwycięsko, jako lepszy człowiek...

poniedziałek, 26 maja 2008

być jak dziecko

mój prawie jedenastomiesięczny synek właśnie wszedł w etap zachwytów nad wszystkim. parujący garnek jest fascynujący, a zabawka wydająca ten sam dźwięk po raz 15 w ciągu kilku minut jest czymś niezmiernie zajmującym i wywołuje dźwięki podziwu. śmiejemy się z tego, ale jest w tym coś uroczego. zachwyca go wszystko - krzewy, kwiatki, ptaki, książki, zabawki, butelka po wodzie mineralnej, pudełko.... chyba spróbuję się od niego uczyć. bo w miarę upływu czasu, jakoś tracimy tę zdolność. wszystko wydaje nam się zwyczajne, przeciętne, znane. a przecież można inaczej. można zatrzymać się na chwilę i zachwycić wyglądem nieba, stokrotką rosnącą na przydomowym trawniku, śpiewem ptaków... i nagle życie zaczyna być bardziej kolorowe. a ja staję się spokojniejsza, bardziej wyciszona. życie zwalnia i chce się odetchnąć głębiej. nawet od niespełna rocznego dziecka można się czegoś nauczyć. trzeba tylko chcieć...

piątek, 23 maja 2008

zdecyduj się człowieku

doszłam ostatnio do wniosku, że przykładową matką polką to ja nigdy nie będę. zwyczajnie się do tego nie nadaję... jest coś, co mnie przeraża - a mianowicie to, że każdy kolejny dzień wygląda tak samo. zbyt wczesne wstawanie, jedzenie, zabawa, drzemka, jedzenie, spacer, drzemka, jedzenie, zabawa, jedzenie, jeszcze trochę zabawy, kąpiel, jedzenie i sen... (oczywiście suto przeplatane przewijaniem). to samo codziennie... chyba nie mogłabym pracować w fabryce na jakiejś taśmie produkcyjnej. ale w tym wszystkim jest pewien paradoks. niby każdego dnia to samo, a jednak mój syn dba o to, żeby czasami czymś mnie zaskoczyć. i chociaż zwykle pierwsza drzemka jest około półtoragodzinna, to od czasu do czasu trwa 'aż' pół godziny. i niestety z reguły... wyprowadza mnie to z równowagi! niby to samo każdego dnia mnie męczy, a jednak taka zmiana denerwuje. no to czego ja właściwie chcę? może to tylko kwestia czego ten element zaskoczenia dotyczy (a krótsza drzemka potrafi troszeczkę zburzyć z góry zaplanowany porządek dnia)? tylko chyba czasami podobnie jest w życiu. denerwuje nas schematyczność, ciągle te same obrazy przewijające się przed oczami. ale kiedy coś się zmieni, to od razu się jeżymy. bo przecież zakłócony został nasz odwieczny porządek - zawsze tak było, a tu nagle.... no właśnie. to czego my tak naprawdę chcemy???

wtorek, 20 maja 2008

uczniem być

ostatnio przechodziłam obok pewnego kościoła, nad którego wejściem umieszczono duży napis mówiący o ile dobrze zapamiętałam: 'bądźmy uczniami Chrystusa'. miejsce dla takiego napisu właściwe, ale... no właśnie. zaczęłam się zastanawiać, czy napis jest skierowany do osób przychodzących do tego kościoła, czy może do tych, którzy obok niego tylko przechodzą. bo jednak jest pewna różnica. jeżeli do przechodniów, którzy nie są zainteresowani, to może wzbudzić jakąś iskierkę ciekawości. może sprawić, że zaczną się zastanawiać. być może zachęci ich do refleksji na swoim życiem.
a jeśli do tych, którzy są stałymi bywalcami, to czy naprawdę trzeba im o tym przypominać? tak sobie myślę, że pewnie czasami się to przyda, ale jednak nie powinno tak być. uczniowie Chrystusa - chrześcijanie. teoretycznie każdy, kto mieni się chrześcijaninem powinien być Jego uczniem i naśladowcą. jeśli nim nie jest, to tak naprawdę nie jest także chrześcijaninem.... jeśli chodzimy do kościoła, a nie jesteśmy uczniami Chrystusa, to dlaczego tam chodzimy? uczeń charakteryzuje się tym, że ciągle się uczy, nie jest doskonały, ale dąży do tego, aby jak najlepiej naśladować swojego Nauczyciela. ale czy trzeba mu przypominać, że ma być uczniem? on tym uczniem jest z wyboru, a zatem sam chętnie poddaje się nauce i ze wszystkich sił stara się naśladować swojego Mistrza. chyba smutno musi być Nauczycielowi, jeśli ci, którzy nazywają siebie Jego uczniami, jednocześnie nie spełniają warunków bycia uczniem. bo czy to znaczy, że są nimi z przymusu? przyzwyczajenia? ze względu na to, co ludzie powiedzą?
szkoda, że tak łatwo nam przyjmować religię, ale nie chcemy przyjąć stylu życia. a chrześcijaństwo to właśnie styl życia. kiedy staje się religią, traci swój sens....

...

za każdym razem, kiedy wchodzę na swój blog, żeby coś napisać, zawsze towarzyszy mi oczekiwanie - czy tym razem ktoś doda komentarz do tego, co napisałam??? niestety w większości przypadków kończy się rozczarowaniem :( niby rozpoczynając pisanie nie myślałam o jakichś konkretnych czytelnikach, czy też o popularności. niemniej jednak gdzieś tam w głębi serca po cichutku sobie myślałam, że miło byłoby gdyby czasami, ktoś skomentował te moje wynurzenia.... cóż, widocznie jest to kolejny sposób na ćwiczenie moich postaw :) a może po prostu to pisanie nie jest aż tak interesujące? hehehe.... jednak czasami chętnie myślimy o sobie troszeczkę za dużo niż powinniśmy. a przecież miałam pisać przede wszystkim dla siebie... :)

poniedziałek, 19 maja 2008

prawie jak w filmie

wiem, że prawie robi wielką różnicę.... ale... ostatnio odwiedziłam moje rodzinne miasto. miałam tam parę spraw do załatwienia, ale znalazła się też chwila, żeby przejść się po centrum i zobaczyć, co się zmieniło. i właśnie wtedy czułam się tak, jakbym była w świecie, który nie jest moim, któremu się tylko przyglądam, jak w filmie. wszyscy się dokądś spieszyli, a ja powoli sobie szłam przyglądając się przechodniom, wystawom, kawiarniom... i wszystko jak gdyby odbywało się poza mną. dziwne uczucie. ale w pewnym sensie przyjemne. miło tak patrzeć z dystansem na otaczający mnie świat. wolno iść przed siebie, wiedząc że nigdzie mi się nie spieszy...

środa, 14 maja 2008

odrobina zazdości

ja to jednak dziwna jestem... ale to żadna nowość :) usłyszałam dzisiaj w inspirującym mnie często programie telewizyjnym, że dla niektórych odrobina zazdrości wyrażana poprzez 'drobną sprzeczkę z rzucaniem talerzami' jest jak najbardziej wskazana w związku. a ja jeszcze nigdy w męża talerzem nie rzuciłam!!! chyba coś ze mną jest nie tak? ale jak już na wstępie zaznaczyłam - w końcu ja dziwna jestem. wydaje mi się, że związek przede wszystkim należy budować na wzajemnym zaufaniu. zazdrość często wynika z braku tegoż zaufania, ale także z powodu niskiego poczucia własnej wartości (znowu to poczucie wartości..) czasami mam wrażenie, że ja to z innej bajki jestem. w jakimś innym świecie żyję. ale może tak jest. u nas w domu nie rzuca się talerzami, ale też nie ma zazdrości. wiemy dlaczego chcemy być razem i budujemy nasz związek na solidnym fundamencie. zazdrość jest chorobą i dlatego wolę jej unikać, bo jak każda choroba - niszczy przede wszystkim jej nieszczęśliwego posiadacza, a przy okazji otoczenie, które ma by ostoją i radością w tym biegu, które nazywamy życiem.

poniedziałek, 12 maja 2008

wielki człowiek w małym świecie

przeczytałam dzisiaj, że zmarła wielka kobieta - pani Irena Sendlerowa. zawsze wzrusza mnie ogromnie postawa ludzi takich, jak pani Sendlerowa. szczególnie ostatnio, może na skutek czytanych książek, bardzo dotyka mnie wyjątkowa postawa, jaką wiele osób zachowało w czasie koszmaru drugiej wojny. zastanawiam się, czy zgodnie z powiedzeniem wyjątkowe okoliczności wymagają wyjątkowych środków, czy po prostu przyzwoici ludzie, pełni współczucia i miłości wobec drugiego człowieka bez względu na sytuację potrafią stanąć na wysokości zadania. niektórzy twierdzą, że wojna potrafiła z ludzi wyciągnąć to, co najlepszego w nich było (z niektórych również to, co najgorsze...). ale czy to znaczy, że ci sami ludzie teraz byliby bardziej bezduszni i obojętni na los kogoś obok? jakoś nie potrafię tego sobie wyobrazić.... może wtedy to bohaterstwo było spotęgowane przez ogrom tragedii, jaka miała miejsce? ale i teraz są ludzie, którzy dają siebie, ratując innych. może nie przed śmiercią w obozach, ale przed śmiercią, jaką jest samotność, przemoc, brak akceptacji. ludzie wokoło umierają i potrzeba następców pani Ireny, aby ich uratować...

niedziela, 11 maja 2008

wytłumaczę się

zauważyłam, że wokoło jest wielu ludzi, którzy często się tłumaczą - a to, że garnitur założyli, albo z czegoś zrezygnowali, albo że włosy obcięli.... są sytuacje, w których należy się wytłumaczyć. ale chodzi mi o to, że niektórzy robią coś w swoim życiu - czy to drobne rzeczy, czy jakieś większe, bardziej znaczące - ale ciągle się z tego tłumaczą. tak, jak gdyby czuli się winni, albo bronili się przed jakąś reakcją (wyśmiania?). psychologiem to ja nie jestem, ale tak mi się wydaje, że chyba za dużo mamy kompleksów i brakuje nam poczucia własnej wartości. bo jeśli podejmuję jakąś decyzję, to znaczy, że jest ona dla mnie dobra i wierzę, że postępuję właściwie. a skoro tak, to po co się tłumaczyć? co komu do tego, że ja dzisiaj w garniturze chodzę? albo, że włosy obcięłam? mówi się, że tylko winni się tłumaczą. pewnie nie zawsze, ale coś jednak jest w tym powiedzeniu. tylko winni czemu? że zdecydowaliśmy inaczej niż ktoś tego oczekiwał? że ubieramy się zgodnie z potrzebą chwili? że mamy ochotę zmienić fryzurę? a może tak dla odmiany poczujmy się dumni z ładnego garnituru, nowej fryzury, czy życiowej decyzji, którą podjęliśmy i z której konsekwencjami i tak to my będziemy żyć. nie tłumaczmy się wszystkim wokoło, schowajmy te nasze kompleksy pod szafę i podnieśmy na chwilę głowę wyżej - jest wiosna, świeci słońce.... życie jest za krótkie, żeby ciągle się tłumaczyć. może lepiej popracujmy nad podbudowaniem poczucia własnej wartości i z uśmiechem nośmy ten garnitur...

piątek, 9 maja 2008

nadęta wiedza

ucząc się nowych rzeczy dochodzimy do takiego momentu, kiedy wydaje nam się, że już wszystko wiemy. od tego momentu możemy albo stać się aroganccy i twierdzić, że wszystkie rozumy zjedliśmy i tak wiemy dobrze, jak ten świat jest skonstruowany. albo możemy uczyć się kolejnych rzeczy i dochodzić do wniosku, że im więcej wiemy, tym tak naprawdę wiemy mniej. a zdobywana wiedza wzbudzi w nas pokorę i ostrożność w szybkim ferowaniu wyroków i osądzaniu. wolę tę drugą postawę... rozwijając się i poznając świat musimy w pewnym momencie dojść do wniosku, że nigdy nie będziemy w stanie zrozumieć i wiedzieć wszystkiego. jeśli wydaje nam się, że wiemy wszystko, nie potrafimy przyjąć już nic więcej, a tym samym ograniczamy i okradamy siebie z możliwości dotarcia jeszcze dalej, jeszcze głębiej. w swojej pracy, czy to tłumacząc, czy prowadząc szkolenia, często spotykam się z postawą 'a co wy mi możecie nowego powiedzieć'. niestety ludzie o takim nastawieniu nie osiągają za wiele. natomiast ogromnie szanuję tych, którzy bez względu na wiek, a także wiedzę, zawsze są otwarci na naukę i chętni poznawać coś nowego. oni twierdzą, że jeszcze wiele mogą się nauczyć i dzięki temu dochodzą do wspaniałych rezultatów w życiu i pracy. ale nie ma w tym nic dziwnego - w końcu 'pokorni odziedziczą ziemię' ;)

czwartek, 8 maja 2008

skrót myślowy

właśnie przeczytałam początek poprzedniego posta i aż się do siebie uśmiechnęłam: 'w tym roku Bóg ponownie nas zaskoczył - było rewelacyjnie' hehehe... czyli, że wątpiliśmy, że On może spowodować, że będzie rewelacyjnie?? nie, wyszedł mi niezły skrót myślowy. zaskoczył nas, bo było jeszcze lepiej niż w ubiegłym roku. zaskoczył nas, bo znowu odkryliśmy, że z Nim wszystko jest możliwe.
okazuje się, że czasami skróty myślowe mogą troszeczkę namieszać :)

radykalni

radykalni to konferencja młodych chrześcijan, którą od kilku lat organizujemy w długi majowy weekend. w tym roku po raz kolejny Bóg nas zaskoczył - było rewelacyjnie. wspaniale jest móc uczestniczyć w wydarzeniu, które pomaga młodym ludziom znaleźć sens życia, nabrać nadziei i uwierzyć, że marzenia - nawet te największe i najśmielsze - mogą się spełniać. kiedyś usłyszałam, że taka impreza, to tylko nakręcanie ludzi. opinia oczywiście była negatywna, bo wygłaszająca ją osoba stwierdziła, że takie coś jest bez sensu. po przemyśleniu stwierdzam, że owszem - nakręcamy ludzi. ale pojawia się pytanie - kto nie nakręca? my przynajmniej nakręcamy ich pozytywnie. staramy się ich przekonać, że mogą wiele osiągnąć, jeśli pozwolą Bogu kierować swoim życiem. ci, którzy uważają, że takie coś jest złe, też się nakręcają - tylko w drugą stronę. wolą narzekać i twierdzić, że przecież i tak się nic nie uda. mówią, że oni też kiedyś mieli takie marzenia, ale cóż z nich zostało.... czy to nie jest nakręcanie? z tych dwóch wolę jednak pozytywne, bo ono daje dobre rezultaty. co z tego, że wszyscy będziemy malkontentami i będziemy siedzieć z nosem na kwintę kiwając smutno głowami jakie to życie jest nie sprawiedliwe i smutne? co nam przyjdzie z rezygnacji z nadziei i narzekania? ludzie, którzy zarzucają innym, że rozpalając nadzieję i zachęcając do marzeń niszczą życie ludziom, tak naprawdę boją się, że może jednak tamci mają rację. i pewnie mają żal do samych siebie, że kiedyś porzucili nadzieję i zrezygnowali z marzeń. dlatego my nadal będziemy pozytywnie nakręcać ludzi! będziemy im mówić, żeby mieli wielkie marzenia, żeby dążyli do ich realizacji i wierzyli w ich spełnienie. i będziemy im kibicować powtarzając, że z Bogiem możemy wszystko. za dużo jest pesymizmu, negatywizmu i smutku w świecie, w którym żyjemy. ktoś powinien to zmienić. dlaczego nie mają to być radykalni?

jestem

po trudach ostatnich dni udało mi się w końcu znaleźć czas, okazję i siłę, żeby napisać coś na blogu. znajomy, który mnie zainspirował do tego pisania, powiedział, że jak się już zacznie, to trzeba pisać regularnie, bo jeśli nic nie ma przez dłuższy czas, to czytelnicy się zniechęcają. mam nadzieję, że moi się nie zniechęcili.... a jeśli - trudno. ale tłumaczenie w połączeniu z przeziębieniem nie stworzyło dogodnych warunków do pisania. krótko mówiąc, długi weekend chociaż wspaniały i bogaty w niesamowite przeżycia, to jednak bardzo był męczący. ale jestem. i myślę, że teraz coś mi się uda od czasu do czasu napisać. może nawet coś mądrego... :)

czwartek, 1 maja 2008

cytat dnia

'honorne oczekiwanie, że niczego nigdy nie potrzebuje się od otoczenia, jest prostym wywyższaniem się, a nie skromnością.'
jest to cytat z książki pani Stefanii Grodzieńskiej 'nie ma z czego się śmiać'. pozycja rewelacyjna, tak samo jak jej autorka. ale to zdanie szczególnie mi się spodobało. bardzo trafne...

poniedziałek, 28 kwietnia 2008

na rozstaju dróg

w sobotę, jak to Polacy mają w zwyczaju, wybraliśmy się na zakupy do miejsca, którego nie darzę uczuciem, a które jest jednak bardzo przydatne. (dla niedomyślnych - chodzi o super, czy też hipermarket) w owym sklepie przez głośniki można było usłyszeć piosenki - całe dwie, puszczane w koło. moja niesforna głowa, która wbrew moim wskazówkom koduje rzeczy zbędne, a w szczególności melodie wpadające w ucho (szczególnie z reklam o bardzo durnowatych tekstach - tragedia, potem cały czas mi w głowie coś śpiewa...) oczywiście wyłapała słowa jednej z nich i postanowiła zapamiętać refren: 'jak anioła głos usłyszałem ją, powiedziała mi, tak to ona, na rozstaju dróg, stoi dobry Bóg, On wskaże ci drogę'. po paru godzinach uporczywego utrwalania sobie tego refrenu zaczęłam się zastanawiać nad jego znaczeniem. nie mam pojęcia co autor chciał przez to powiedzieć, ale pomyślałam sobie, że coś w tych słowach jest - we fragmencie: 'na rozstaju dróg stoi dobry Bóg, On wskaże ci drogę'. w naszym kraju wiele jest tak zwanych świątków przydrożnych. często na rozstaju dróg właśnie stoi krzyż. dlaczego? bo tak się podobało tym, którzy go stawiali? a może dlatego, że właśnie na rozstaju dróg tak bardzo potrzebujemy pomocy z góry. kiedy trwoga to do Boga - tak się kiedyś mówiło. bardzo to prawdziwe. dochodząc do rozstaju na naszej drodze życiowej, zazwyczaj jesteśmy zaskoczeni, niejednokrotnie wystraszeni. nie wiemy, którą drogę wybrać. niektórzy zawsze chcą decydować sami. ale wielu podświadomie nawet poszukuje pomocy. tak bardzo boimy się dokonać niewłaściwego wyboru. nie wiem, jakie są pozostałe słowa wspomnianej piosenki, ale te w prosty sposób pokazują wielką prawdę - On pomoże wybrać właściwą drogę. czasami tylko trzeba Go lepiej poznać, a tak jak stary dobry przyjaciel, z którym rozumiemy się bez słów, wskaże nam właściwą drogę.

wiosna... cieplejszy wieje wiatr

uwielbiam wiosnę, szczególnie tę cieplejszą jej część, kiedy jest już zielono, zaczynają kwitnąć bzy... jest w tej porze coś szczególnego, dla mnie w pewnym sensie magicznego. kiedyś doszłam do wniosku, że cieszę, iż przyszło mi żyć w takiej strefie klimatycznej, w której wiosna występuje. ludzie pozbawieni wiosny w takim wydaniu mają czego żałować...
wiosna spowodowała, że częściej i na dłużej wychodzimy z bartkiem na dwór (albo na pole, jak mawiają krakusy... hm czas chyba się do tego określenia zacząć przyzwyczajać). synek wszystkiemu się przygląda, nowościom dziwi dając tego dowód poprzez śmieszne dźwięki, jakie z siebie wydobywa. na obecnym etapie ma zadatki na ekologa, albo biologa jakiegoś, bo roślinki wszelkie go niezmiernie interesują. chociaż z tym ekologiem to chyba nie do końca, bo zrywa różne części tychże roślinek. a jak już dostanie w swoje łapki patyczek, to nawet zdjąć okrycie wierzchnie z niego ciężko, bo nie wypuszcza go z rąk (patyczka znaczy się). i ten wspomniany patyczek właśnie natchnął mnie do napisania.... podczas postoju przy jakimś kolejnym krzaczku (ciekawe, że mówiąc o dziecku w wielu wypadkach zdrabnia się wszystko, co zdrobnić się da... ja zatrzymałabym się przy krzaku, z bartkiem stoję już przy krzaczku) zerwałam mu jedną gałązkę (właśnie, nie gałąź!). był zachwycony i machał nią sobie przez resztę spaceru. gałązka miała już bardzo ładne zielone listki, ale po chwili spędzonej w spoconej łapce bartusia, listki oklapły. gałązka już nie wyglądała jak okaz wiosny... oderwana od źródła swojej energii, szybko straciła 'siły'. z nami jest podobnie. każdy z nas ma swoje źródło energii. dla mnie jest to Bóg. wiem, że odłączona od Niego szybko stracę energię i siłę, by żyć i trwać. ale pielęgnując ten stan połączenia, czy też wszczepienia w potężny pień Bożej łaski będę rozkwitać, a wiosna będzie nie tylko doświadczeniem zewnętrznym. a ja kocham wiosnę...

poniedziałek, 21 kwietnia 2008

jak to drzewiej bywało..

czytałam niedawno artykuł, w którym pewien dziennikarz ubolewał nad tym, jak nieprzystosowany jest świat wokoło do potrzeb matek, a także ojców z małymi dziećmi. okazało się, że w naszym pięknym kraju do muzeum raczej się z wózkiem wybrać nie ma co, bo muzea są nieprzystosowane (przynajmniej to wspomniane w artykule). oczywiście największa bolączka to brak miejsc do karmienia czy przewijania. podobno we francji w pociągach znajdują się specjalne pomieszczenia do tego właśnie celu. hmmm, wyobrażam sobie nasz pociąg osobowy i pomieszczenie do przewijania... hihihihi. dowiedziałam się także, iż w nowym terminalu na warszawskim okęciu myśli się o przyszłości (takie hasło gdzieś tam zostało umieszczone), ale nikt nie wpadł na to, że przewijać może także tato - wspomniany dziennikarz po przylocie nie mógł zmienić pieluszki córeczce, bo przewijak znajdował się w damskiej toalecie.
artykuł ciekawy, zagadnienie bardzo mi bliskie - mogłabym sama wiele napisać na temat takich braków. a ponieważ opublikowany w internecie, oczywiście były tez komentarze. i jeden z nich bardzo ciekawie się zaczynał, coś mniej więcej takiego: 'dawniej takich udogodnień nie było, a jakoś sobie radziliśmy'. nie wiem co było dalej, bo nie miałam ochoty się wgłębiać. ale jednak zastanowił mnie ten początek. pewnie, że kiedyś nie było takich rzeczy, jakimi dysponujemy teraz. ale kiedyś ludzie polowali na jedzenie i mieszkali w jaskiniach. kiedyś kąpali się raz w roku i używali specjalnych młoteczków, żeby zabijać wszy na głowie... jak człowiek musi, to sobie z wieloma rzeczami poradzi. i chociaż może nadmierny pęd za wszelkimi nowinkami nie jest najlepszy, to jednak chyba po to się świat rozwija, żeby korzystać z tego wszystkiego, co jest nam dane, by łatwiej i lepiej się żyło. można żyć tak, jak 50 lat temu, tylko po co? czy ułatwienie życia matce z malutkim dzieckiem jest takie straszne? czy naprawdę lepiej, żeby było tak jak kiedyś - niech się męczy, tak jak jej matka i babka? czasami naprawdę nie rozumiem niektórych ludzi...

piątek, 18 kwietnia 2008

co wolno...

bartek wszedł w ten rozkoszny etap, w którym poznaje świat wspinając się po wszystkim, po czym się tylko da. wędruje po mieszkaniu i próbuje, gdzie mu się uda stanąć i z wysokości swoich kilkudziesięciu centymetrów zobaczyć otoczenie. bo zawsze to inna perspektywa. a w końcu każdy lubi sobie czasem popatrzeć na świat 'z góry' ;) ale dzięki temu jego mózg jest także bombardowany jednym komunikatem - 'nie wolno!'. co prawda przetwarzanie tego komunikatu, a także reakcja na niego nie przebiegają tak, jak życzyłaby sobie tego wołająca mamusia, ale na pewno słowa te rozpozna już zawsze i wszędzie.
'nie wolno' takie krótkie stwierdzenie, a ile ma w sobie mocy. towarzyszy nam od dzieciństwa i zdaje się nigdy nas nie opuszczać. i chyba zawsze wyzwala te same emocje - kojarzy się źle, bo przecież próbuje pozbawić nas dobrej zabawy... czy zawsze? kiedy mówię do synka, że mu czegoś nie wolno, to wcale nie mam ochoty zepsuć mu zabawy. po prostu wiem, że jeśli to zrobi, to może sobie zrobić krzywdę, będzie go bolało, będzie cierpiał... chcę go ochronić. nie uda mi się przed wszystkim, ale mogę mu zaoszczędzić trochę łez.
życie w oparciu o to, co wolno a czego nie wolno staje się smutne i narzuca ograniczenia. dopiero zrozumienie, co stoi za stwierdzeniem 'nie wolno' pozwala nam zobaczyć jego sens. oczywiście odrzucenie takich zasad wcale nie daje wolności, ale naraża nas na więcej zranień i bólu. Apostoł Paweł powiedział: 'wszystko mi wolno, ale nie wszystko jest pożyteczne'. i w tym tkwi klucz. pewnie, wolno bartkowi dotknąć garnka z gotującym się jedzeniem, ale czy to będzie dobre? mówiąc mu 'nie wolno' chronię go przed poparzeniem i strasznym bólem. ludzie często myślą, że Bóg to właśnie ten, który ciągle mówi 'nie wolno'. ale to religia stwarza zestawy 'wolno-nie wolno'. Bóg proponuje styl życia, w którym 'wszystko wolno, ale nie wszystko jest pożyteczne'. ostrzega, co może mnie zranić, poparzyć, zaboleć. pokazuje, co jest dla mnie dobre. bo On wie. wolność nie oznacza, że robi się wszystko. wolność polega na właściwym wyborze.

poniedziałek, 14 kwietnia 2008

o niczym

ostatnio kilka razy tutaj zaglądałam, ale jakoś nie mam ciągle natchnienia... wiosna przyszła, powinnam chyba mieć więcej sił witalnych i chęci oraz zapału do pracy twórczej, a tu nic... :) może przesilenie wiosenne? zawsze można na nie zgonić :) w tej chwili marzy mi się ciepły poranek w jakimś słonecznym miejscu, nad ciepłym morzem, dobra książka...albo najlepiej kilka dobrych książek. i luz psychiczny... hmm, pomarzyć dobra rzecz. a zamiast tego nastawiam się na 4 dni tłumaczenia za trochę ponad dwa tygodnie. potem dwa tygodnie przerwy i kolejne 3 dni tłumaczenia. ale tym razem przynajmniej bez brzucha i małego człowieka w środku.... głos pewnie stracę, ale za to nogi mi nie spuchną! a wakacje trzeba odłożyć na potem.

czwartek, 10 kwietnia 2008

eksluzywnie

czasami staramy się być kimś, kim nie jesteśmy. próbujemy też dostać się do grupy, do której być może w ogóle nie pasujemy... świat tworzy wiele różnych grup. i chociaż nieraz słysząc o społeczeństwach kastowych, piętnujemy je, to jednak sami funkcjonujemy w świecie kast. tylko nazywają się one trochę inaczej. są kluby i towarzystwa, do których można należeć, jeśli spełnia się odpowiednie warunki. są też grupy, które tworzą się na skutek pewnego wspólnego mianownika, np. wykonywanego zawodu. nie ma w tym chyba nic dziwnego, może nawet nic złego. przykre jest jednak to, że każdy z nas zawsze będzie wyłączony z jakiejś grupy, bądź grup... czasami nawet staranie dostania się do takiej grupy jest smutne. ja w liceum przez pewien czas próbowałam wkupić się w łaski takiej małej kasty klasowej. dobrze, że w miarę wcześnie zorientowałam się, że to nie ma sensu, bo nie warto... ludzie spoza niej okazali się dużo bardziej wartościowi i po 11 latach ma z nimi o czym rozmawiać. a z kastą - już gorzej.

jeśli coś jest ekskluzywne, to znaczy że wyłącza ze swojego grona tych, którzy nie spełniają wymagań. ale chyba najgorsze jest to, że religia również tworzy grupy ekskluzywne - wyłącza niektórych ludzi. szczególnie przykre jest to w przypadku chrześcijaństwa, które powinno nieść w sobie wartości prezentowane przez Jezusa. a Ten nie wyłączał nikogo. On przyszedł dla wszystkich. to Jego odrzucono i odrzuca się do dzisiaj. ale On nigdy tego nie robił. brzydził się grzechem, ale nie człowiekiem. może dlatego chrześcijaństwo tak naprawdę nie jest religią, a stylem życia. kiedy sprowadza się je jedynie do religii, wówczas gubi się gdzieś jego sedno - miłość do Boga i człowieka. a miłość, ta prawdziwa Boża miłość nie wyklucza nikogo.

niedziela, 6 kwietnia 2008

strata czasu

czasami robimy różne rzeczy, które wydają nam się tak mało znaczące, że zaczynamy myśleć, iż tracimy czas. bo kiedy się rozejrzymy wokoło, to okazuje się, że liczy się to, co wielkie, głośne, widoczne, spektakularne.... a to, co się dzieje gdzieś na boku, z dala od oczu świata, często uznawane jest za nieistotne. uważa się nawet, że nie robiąc nic takiego widocznego, zwyczajnie marnujemy czas. ale czy zawsze to, co znaczące, musi być głośne i widoczne? ostatnio moje dni upływają pod znakiem zabaw z dziewięciomiesięcznym chłopczykiem. i czasami pojawiają się takie myśli: 'przecież tyle rzeczy mogłabym zrobić w tym czasie. jaka to strata czasu...' ale potem pojawia się refleksja - czas spędzony z synem, to inwestycja w człowieka, który kiedyś będzie podejmował ważne życiowe decyzje. moja zabawa z nim na pewno nie jest marnowaniem czasu. być może jest to najlepsza rzecz, jaką zrobię w ciągu całego mojego życia. bo kto wie, kim będzie mój chłopczyk? może moje siedzenie z nim na podłodze, chociaż niewidoczne i mało spektakularne to taka mała podwalina, początek inwestycji w życie człowieka, który zmieni bieg historii?
ciekawe, że chociaż pozory mylą, to jednak i tak świat kręci się wokół tego, co błyszczy, głośno krzyczy, jest widoczne z daleka... to, co dobre i wartościowe często rodzi się w ciszy, z dala od zgiełku pędzącego świata...

środa, 2 kwietnia 2008

cytat

Abraham Lincoln powiedział: 'naszym zadaniem nie jest twierdzić, że Bóg jest po naszej stronie, ale modlić się usilnie, żebyśmy my byli po Jego stronie'.
hmm... niektórzy chyba powinni sobie wziąć to mocno do serca...

wtorek, 1 kwietnia 2008

żyjący przeżytek

że jestem trochę staroświecka i z innej epoki, to wiem. że moje poglądy nie są za bardzo popularne to też wiem. ale ciągle mnie zadziwia, jak bardzo ludzie uzależnili się od wulgaryzmów. mieszkamy niedaleko szkoły średniej. codziennie pod naszymi oknami przechodzą dziesiątki młodych ludzi. przykre jest to, że bez względu na płeć i wiek ich rozmowy praktycznie w 99% mają wspólny mianownik - całe mnóstwo tzw. 'przecinków'. czyli co drugie słowo to wyraz. i co ciekawe już nawet nie zwracają na to uwagi. abstrahując od tego, jak nieprzyjemne dla ucha (przynajmniej mojego) są takie wypowiedzi, to przecież świadczy to o ogromnie ubogim słownictwie tych ludzi. nie jest to jakaś krucjata wymierzona w tę 'okropną dzisiejszą młodzież', bo przecież od kogoś muszą się tego uczyć... teraz już nawet w tv niejednokrotnie się słyszy przekleństwa i wydaje się, że to jest 'trendy'. a mnie się ta moda nie podoba. bo czy zawsze trzeba tak bardzo gonić za modą? i czy jeśli nawet coś stało się tak powszechne, to należy to akceptować? ja się na to nie zgadzam...

środa, 26 marca 2008

królem być

świąteczna ramówka jak zwykle pełna była nowości i okrutnie zachęcała do siedzenie przed tv.... w poszukiwaniu najciekawszej propozycji w poniedziałkowy wieczór natknęliśmy się na 'madagaskar' i po stwierdzeniu, że jest to najlepsza opcja, po prostu zaczęliśmy oglądać. żyrafa jaka jest, każdy widzi, dlatego nie będę opisywać wspomnianego filmu. ale zwróciła moją uwagę jedna wypowiedź. w reakcji na stwierdzenie, że oto lew - prawdziwy król - samozwańczy król lemur bodajże powiedział: 'a co to za król? gdzie jego korona? jeśli jest królem, to powinien mieć koronę! ja mam koronę! dlatego ja jestem królem!' właśnie - mam koronę, to jestem królem. tak łatwo jest wykorzystywać pewne rzeczy, nazwy, tytuły, po to tylko, aby poczuć się lepiej, we własnych oczach stać się kimś lepszym. tylko, czy jak ja sobie koronę założę, to będę królową? nie bardzo... ale łatwiej jest budować swój autorytet wykorzystując takie elementy. po co się starać i swoim postępowaniem, życiem pokazywać, kim się jest? przecież jeśli będą na mnie mówić król, to już wszystko załatwione. czy aby na pewno? są ludzie, których trzeba tytułować, ale wcale nie darzy się ich szacunkiem, bo ich życie nie dorasta do tytułu jaki noszą. a są tacy, którzy o tytuły nie dbają, ale swoim postępowaniem pokazują, że tak naprawdę noszą koronę... chyba to drugie bardziej mi odpowiada.
'Pod trzema rzeczami drży ziemia, owszem czterech unieść nie może:
Niewolnika, gdy zostaje królem,
głupca, gdy żyje w dostatkach,
wzgardzonej, gdy zostaje żoną,
służącej, gdy dziedziczy po swojej pani.'
Przyp. 30:21-23
coś w tym jest....

poniedziałek, 24 marca 2008

ostatni samuraj

film ten widziałam już wcześniej. przyznaje, że mi się podobał. wyszłam z kina naprawdę zadowolona, że zdecydowaliśmy się go zobaczyć. dwie rzeczy szczególnie zwróciły moją uwagę. jedna z nich, to niszczenie tego, co stare w pogoni za nowym, 'lepszym'. cesarz postanowił zerwać z tradycją na rzecz nowoczesności. chcąc przypodobać się ludziom dążącym do 'ucywilizowania' japonii, prześladował tych, którzy gotowi byli oddać za niego życie. historia zna wiele przypadków, kiedy wprowadzenie nowego porządku wiązało się ze zniszczeniem wszystkiego, co symbolizowało lub kojarzyło się ze starym. tylko co z tego wychodziło? carska rosja reprezentowała zniewolenie, biedę, ogromną przepaść między ludźmi, wykorzystywanie ludzi.... a co dał nowy porządek? wszyscy byli równi, ale niektórzy równiejsi, a zniewolenie nie zniknęło, zmieniło tylko swoje źródło. przyjmowanie tego, co nowe wcale nie musi oznaczać niszczenia wszystkiego, co stare. cesarz zrozumiał swój błąd, ale trochę za późno....
druga rzecz, która mnie uderzyła, to rozmowa cesarza z kapitanem granym przez toma cruise. cesarza zapytał kapitana o samuraja, który zginął jako buntownik, choć wierzył, że walczy w obronie cesarza właśnie: 'opowiesz mi, jak zginął?'. na co ten odpowiedział: 'opowiem ci, jak żył'. czasami koncentrujemy się na jakimś krótkim epizodzie z życia człowieka, podczas gdy to całokształt da nam prawdziwy jego obraz i pozwoli właściwie spojrzeć na jego dokonania. dobrze jest uczyć się na czyichś błędach, ale lepiej przyglądać im się w perspektywie całego życia i wtedy wyciągać wnioski. dla samuraja ważne było, jak umierał. ale dla ludzi, którzy zostali ważniejsze było to, jak żył. bo z jego życia i postaw mogli tak wiele się nauczyć.

piątek, 21 marca 2008

wielki post

obiło mi się o uszy, że pewna wypowiedź dominikanina na temat wielkiego postu spowodowała dosyć duże zamieszanie. pojawiły się pytania, czym naprawdę jest post i jak powinno się go obchodzić. i oczywiście wiele różnych tłumaczeń... a ja sobie tak myślę, że może czasem powinno się tradycję odsunąć na bok i sięgnąć do źródła, w tym przypadku do Pisma Świętego. bo co z tego, że przez lata sobie wytworzymy różne zachowania właściwe i niewłaściwe dla jakiegoś okresu, skoro być może w ten sposób odejdziemy od prawdziwego sensu danej sprawy? dla mnie czas wielkiego postu nie różni się niczym od pozostałej części roku. dlaczego? bo dla mnie relacja z Bogiem to styl życia. i nie potrzebuję jakiegoś konkretnego czasu w roku, kiedy szczególnie nad nią pracuję... a właśnie, bo przecież w poście nie chodzi o to, by jakoś szczególnie się umartwiać, ale o to, by zbliżyć się do Boga. On sam powiedział jaki post jest Mu bliski:
'Czyż to jest post, jaki Ja uznaję,
dzień, w którym się człowiek umartwia?
Czy zwieszanie głowy jak sitowie
i użycie woru z popiołem na posłanie -
czyż to nazwiesz postem
i dniem miłym Panu?
Czyż nie jest raczej ten post, który wybieram:
rozerwać kajdany zła,
rozwiązać więzy niewoli,
wypuścić wolno uciśnionych
i wszelkie jarzmo połamać;
dzielić swój chleb z głodnym,
wprowadzić w dom biednych tułaczy,
nagiego, którego ujrzysz, przyodziać
i nie odwrócić się od współziomków."
Iz. 58:5-7
myślę, że w takim wydaniu post nabiera trochę innego znaczenia i sensu. rezygnacja z jedzenia pewnych rzeczy na jakiś czas jest dobra. ale jeśli mówimy o tym w kontekście wiary, to tylko wtedy, gdy stoi za tym coś więcej - chęć jeszcze większego pogłębienia więzi z Bogiem, doświadczenia jeszcze bardziej Jego bliskości i miłości. post dla postu to głodówka. czy wielki post jest bez sensu? nie, o ile jest zgodny z Bożym zrozumieniem idei postu.

czwartek, 20 marca 2008

choinka na Wielkanoc

za oknem właśnie jest śnieżna zadymka... niby nic w tym dziwnego, w końcu w marcu jak w garncu (bez wycieczek osobistych proszę ;). ale jednak kiedy w Boże Narodzenie śniegu nie ma, a Wielkanoc zapowiada się biała, to jakoś tak dziwnie się robi.... chyba nie umiem się przyzwyczaić do tych zmian klimatycznych.... tęsknię za zimą w zimę, latem w lato, porami pośrednimi choć może są mało przyjemne, za wiosną, która przychodzi niespodziewanie ale z reguły w tym samym czasie.... mamy w domu takie coś, co najlepiej określić mianem chochoła - troszkę badyli związanych sznurkiem :) taka ozdoba (może opis na to nie wskazuje, ale tak jest w istocie). w grudniu służy nam za choinkę, w ciągu roku jest po prostu ozdobą. rok temu śmialiśmy się, że na Wielkanoc tylko zamienimy bombki na pisanki.... o ironio w tym roku prawdziwie będziemy mieli choinkę ozdobioną pisankami. i będzie doskonale pasowała do aury panującej za oknem...

Brian Houston powiedział...

"Ludzie ciasnego umysłu prędzej zauważą tę przypadłość u innych niż u siebie samych"
z drugiej strony
"Niektórzy mają umysł tak otwarty, że wypada im mózg..."
czyli znowu najlepiej znaleźć równowagę :)

wtorek, 18 marca 2008

o decyzjach raz jeszcze.... a może o przyjaźni?

a gdyby tak odwrócić sytuację. gdyby to o nas chodziło i to my mielibyśmy podjąć decyzję. czego byśmy oczekiwali od ludzi, którym daliśmy prawo wglądu w nasze życie? na pewno chcielibyśmy wsparcia i zachęty. może niekoniecznie podobałoby nam się, gdyby ten ktoś uważał, że popełniamy błąd. może nawet nie chcielibyśmy tego słuchać. ale w końcowym rozrachunku to właśnie szczerość tej osoby skłoniła nas przecież do większego otwarcia się na nią. zatem w głębi duszy pragnęlibyśmy szczerości, nawet jeśli akurat byłaby dla nas bolesna. bo w sytuacjach trudnych trzeba nam ludzi, którzy nie tylko mówią to, co jest miłe dla naszego ucha. potrzebujemy też takich, którzy powiedzą nam prawdę. powiedzą to, co powinniśmy usłyszeć. a jeśli pomimo ostrzeżeń i tak pójdziemy własną drogą, to jednak chcielibyśmy, żeby nasz przyjaciel był przy nas. i w przypadku porażki pomógł się pozbierać, a w przypadku sukcesu potrafił cieszyć się z nami przyznając, że się pomylił. tak sobie myślę, że o to chyba chodzi. ale może się mylę...

o decyzjach

czasami ktoś pozwala nam wejść do swojego życia trochę głębiej niż innym. dają nam prawo wyrażania opinii, kwestionowania ich decyzji, dawania porad. to cieszy, bo sprawia, że mamy kogoś bliskiego. ale jest to też dużą odpowiedzialnością. nie tylko dlatego, że ten ktoś na nas polega i oczekuje z naszej strony wsparcia i pomocy. również dlatego, że to ciągle jest jego życie, a nie nasze. kiedy ktoś podejmuje decyzję, której my sami byśmy nie podjęli, łatwo jest nam go skrytykować i udowadniać, że na pewno mu się nie uda. a przecież, to nie nasze życie. ja to ja, a ten ktoś jest zupełnie inną osobą. to, co mnie mogłoby się nie udać, wcale nie musi się nie udać tej osobie. na nasze powodzenie składa się tak wiele czynników. jednym z nich jest również przyjaciel, który mimo tego, iż nie popiera naszej decyzji, jednak nadal nas wspiera. bo szczerość i otwartość są podstawą. ale jeśli nawet nie zgadzamy się z czyjąś decyzją, to możemy o tym powiedzieć, ale nie musimy od razu człowieka skreślać. gorzej, kiedy mamy obawy, a nic nie mówimy i potem wytykamy błędy. jednak nawet wyrażając swoje zdanie, nie zakładajmy z góry porażki. prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. i jeśli bieda jednak przyjdzie na przyjaciela na skutek błędnej decyzji, to zamiast powiedzieć: 'a nie mówiłam?!', lepiej wspólnie się zastanowić co zrobić, żeby wyjść z trudności. a może wbrew naszym czarnym scenariuszom wszystko dobrze się ułoży? i oby tak było.

poniedziałek, 17 marca 2008

nauka raczkowania

nasz synek ma upodobanie do poruszania się do tyłu. i chociaż czasami zdarzy mu się przesunąć do przodu, ciągle jednak wydaje mu się to arcytrudne. ciekawe, że próbując coś dostać robi parę ruchów do przodu, ale już po chwili się rozkłada na podłodze i zaczyna cofać. następnie siada i się wkurza, że nie wziął sobie upatrzonej rzeczy. jak sobie tak na niego patrzę, to mi się widzi, że my często w życiu tak właśnie raczkujemy. z jakichś powodów łatwiej nam iść do tyłu. a kiedy robimy kilka kroków w przód i nie osiągamy zamierzonego celu, to szybko rezygnujemy i wycofujemy się na znaną nam pozycję. podobno dzieci czasami najpierw zaczynają chodzić, a dopiero potem raczkują. nie wiem, przekonam się pewnie niedługo. a jak to jest w życiu? czy jest jakiś inny etap? niektórzy marzą o lataniu, tylko czy można latać, nie nauczywszy się najpierw chodzenia do przodu? latanie kojarzy się z wolnością, ale jeśli stale się cofamy, to chyba trudno osiągnąć coś nowego. a wolność, to niejednokrotnie nowe i nieznane. może warto jednak najpierw zaryzykować i ponawiając próbę zmierzać do przodu...

piątek, 14 marca 2008

halo, mówi się...

usłyszałam dzisiaj, że kiedy kobieta wybiera się na elegancką kolację, bal czy jakiś raut i ma na sobie biżuterię, np. złotą bransoletkę, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby miała również słuchawkę bluetooth powlekaną iluśtamkaratowym złotem i mogła być w kontakcie z otoczeniem... hmm, abstrahując od tego iluśtamkaratowego złota, to jeśli taka kobieta, czy też mężczyzna, to akurat bez znaczenia, nie potrafi być w kontakcie z otoczeniem na owej kolacji czy balu bez takich gadżetów, to strasznie mi przykro... no chyba, że to otoczenie nie jest warte kontaktu i trzeba być w kontakcie z jakimś innym otoczeniem. ja jednak dochodzę do wniosku, że jestem z innej epoki. ciągle wydaje mi się, że dobre wychowanie polega również na tym, że na spotkaniach wyłączam telefon... ale cóż, jak mówi moja koleżanka: jestem inna niż inni. kiedy przychodzą do mnie goście, to o ile celem nie jest wspólne oglądanie filmu, wolę wyłączyć telewizor. kiedy z kimś rozmawiam, to patrzę na rozmówcę. a na spotkaniach, kolacjach, balach (hmm, na żadnym chyba nie byłam) na pewno nie korzystam z bluetooth'a, bo telefon mam wyłączony, a często nie mam go nawet przy sobie. widać nie idę za modą, nie nadążam za najnowszymi trendami. ale chyba wolę być staromodna i okazywać szacunek tym, z którymi się kontaktuję.

środa, 12 marca 2008

on i On

dziwne to wszystko jest. tak już jesteśmy skonstruowani, że każdy człowiek poszukuje tak zwanej drugiej połówki. tak bardzo pragniemy 'kogoś mieć', że jeśli się to nie spełnia, to czujemy się sfrustrowani. a z drugiej strony utrata tego kogoś bliskiego, albo zawód z jego powodu sprawia, że frustracja jest jeszcze większa... i wychodzi na to, że i tak źle i tak nie dobrze... a jednak ciągle dążymy do pary... rezygnacja z tego dążenia nie byłaby dobrym pomysłem. ale życie w ciągłej frustracji też nie jest właściwe. co zatem robić? hmm, nie wiem :) złoty środek w tej sytuacji też chyba nie istnieje. może te frustracje trzeba przeżyć? może warto też budować życie na czymś trwalszym i mocniejszym niż inny człowiek. pewnie nie jest to łatwe, ale stanowi jedyną gwarancję zachowania zdrowia psychicznego. pustka w sercu spowodowana potrzebą innej osoby nie jest tak wielka, jak ta, która wynika z pragnienia wieczności, która w każdym z nas jest. tyle, że brak drugiego człowieka doskwiera bardziej, bo jest namacalny i łatwo go zauważyć. wieczność związana jest z tym, który nas zaprojektował. Jego nie widać, a zatem łatwiej zagłuszyć tęsknotę za Nim. szczególnie, że duchowość rzadko jest trendy.... do bycia z kimś tak mocno i chętnie dążymy. do bycia z Nim często nie jest nam po drodze. może gdyby trochę to zmienić, frustracja spowodowana brakiem drugiej połówki byłaby mniejsza?

wtorek, 4 marca 2008

przedzierając się przez szumy

człowiek to jest dziwne zwierzę. jako jedyny żyjący organizm posiadł umiejętność mówienia, a jednocześnie chyba żadne inne stworzenie nie ma tylu problemów z komunikacją! tak często zakładamy, że druga strona wie, o co nam chodzi, a okazuje się, że wcale tak nie jest. i później wychodzi tak, że ja myślałam tak, a ktoś myślał inaczej i jakoś nam się nie udało spotkać... i wychodzą z tego różne dziwne nieporozumienia. czasami warto jednak zwyczajnie powiedzieć o co nam chodzi, a nie oczekiwać, że druga osoba to odgadnie. a przez szumy na łączach nagle zbiera się dużo różnych niedogadanych rzeczy i potem rośnie mur. a przez mur ciężko się przebić. i tak budujemy sobie te mury, odgradzamy się od siebie, a wystarczyłoby zwyczajnie pogadać. bo po co dana nam jest umiejętność porozumiewania się za pomocą mowy, skoro wolimy zakładać i oczekiwać, że ktoś się domyśli... jednak warto rozmawiać :) (chyba już to kiedyś pisałam)

poniedziałek, 3 marca 2008

...

życie jest dziwne. czasami popełniamy błędy, ale stają się one dla nas nauczką. wyciągamy wnioski i idziemy dalej. ale są takie sfery naszej egzystencji, w których wydaje się, że ciągle gonimy w piętkę. niby mamy nauczkę, ale jakoś nie korzystamy z niej. rozczarowujemy się po raz kolejny, a i tak za jakiś czas robimy dokładnie to samo. i o dziwo to rozczarowanie wcale nie boli mniej... dlaczego? chciałoby się wziąć lekcję i nie wracać już w to samo miejsce. ale wracamy. może w ten sposób ćwiczymy naszą wrażliwość? być może są tacy, którzy się 'uniewrażliwiają' i potem już pewne sytuacje czy zachowania ich nie ruszają. ja do takich nie należę. niestety. i jakoś nie umiem się 'zatwardzić' (tylko bez skojarzeń proszę) i się nie przejmować. gdyby tak dało się wyłączyć umysł, wygonić pewne myśli, wykasować dane, sformatować twardy dysk, zresetować komputer... ale się nie da. z drugiej strony jak coś takiego mi się przytrafia, to ponownie przekonuję się, że z moją wrażliwością wszystko w porządku :) szkoda tylko, że za każdym razem to tak samo boli...

jaka ja.... magda :)

kiedy byłam młodsza (może powinnam napisać młoda?) nie raz zdarzało mi się myśleć, że gdybym tylko potrafiła inaczej się zachować, inaczej zareagować... obserwowałam innych i chciałam być taka cicha, mniej gadatliwa, mówiąca przemyślane rzeczy, jak oni. ale wydawało mi się, że już z tego trochę wyrosłam. jednak mi się tylko wydawało! czytam sobie blogi moich koleżanek i zaczynam myśleć: gdybym ja tak umiała ładnie poetycko pisać... albo tak filozoficznie... i aż sama się do siebie uśmiechnęłam. jednak pewne sprawy nie znają wieku. a ja tu wypisuje ciągle o tym, żeby lubić siebie, nie udawać innych, nie upodabniać się do innych, itp. itd. cóż, widać taka już natura ludzka :) a przecież ja w sumie lubię to swoje pisanie. może nie jest takie bardzo poważne, do poezji mu daleko. ale taka przecież jestem. i wyrażam siebie. gdybym nagle zmieniła sposób pisania, to byłoby to sztuczne, nieprawdziwe. to nie byłabym ja. i chociaż codzienny program tv dla siedzących w domu może nie jest inspiracją najwyższych lotów, ale jeśli wnioski są sensowne, to co mi tam :) to mój mały wkład w różnorodność. a różnorodność jest piękna.

sobota, 1 marca 2008

forma i treść

mówi się, że jak cię widzą, tak cię piszą. i pewnie coś w tym jest. podobno pierwsze 30 sekund pierwszego kontaktu może zdecydować o tym, czy na przykład dostanie się pracę, albo czy spodoba się nam dane miejsce. czyli pierwsze wrażenie odgrywa ważną rolę. ale na dłuższą metę nie można ciągle żyć pierwszym wrażeniem. z czasem wchodzimy głębiej w znajomość, środowisko, miejsce. i zaczynamy dostrzegać to, czego na pierwszy rzut oka nie widać. i to ten drugi i kolejny 'rzut oka' (właśnie sobie to wyobraziłam.... hmm czasami zbyt bujna wyobraźnia przeszkadza :) pomaga nam odkryć treść. forma jest istotna i dobrze jest, gdy pierwsze wrażenie jest pozytywne. ale gorzej, gdy przerasta treść. moje życie to dla wielu ładnie opakowana paczka: piękne pudełeczko rodziny, kolorowy papier wymarzonego mieszkania, ozdobna wstążka przyjaciół i znajomych. ale to opakowanie jest tylko zewnętrznym wyrazem treści, do której dokopać mogą się jedynie ci, którzy pokuszą się o zaangażowanie w bliższe poznanie mojej osoby. na pierwszy rzut oka jestem spokojna i cierpliwa, nawet cicha. ale to ci, którzy chcą mnie poznać wiedzą, że wbudowany we mnie choleryk wcale nie jest nieczynnym wulkanem, a jego uśpienie jest chwilowe :) wokoło jest tak wiele form, tak bardzo chcemy robić dobre wrażenie. ale to treść daje przyjaźnie na całe życie. to ona powoduje, że po zdjęciu opakowania okazuje się, że wnętrze jest piękniejsze, dużo cenniejsze. pływanie po powierzchni może da nam grono wielbicieli, 'pozycję', pewną dozę poczucia akceptacji. ale tylko zanurzenie się daje pełnię. czy w tej pełni jest samo szczęście? na pewno nie. ale czy życie bez bólu byłoby pełne? czy cierpienie nie sprawia, że stajemy się lepsi, silniejsi, bardziej wartościowi? znane są słowa 'wypłyń na głębię', może nawet przez różne dziwne zawirowania trochę się wytarły. ale one oddają sens istnienia. ta głębia czasem przeraża, ale i ekscytuje. a świadomość, że autor tych słów jest w tej głębi z nami, dodaje nam siły i motywacji.