wszyscy chcemy być traktowani tak, jak inni. kiedy dotyka nas jakakolwiek niesprawiedliwość (nawet jeśli jest taką tylko w naszych oczach), argumentujemy że przecież inni to.... np. w szkole, kiedy ktoś dostał lepszą ocenę niż my, od razu się denerwujemy i domagamy takiego samego traktowania. chociaż pewnie się do tego nie przyznamy, to nawet w kwestii posiadania, w głębi duszy uważamy, że co niektórzy mają za dużo, a na pewno więcej niż my. i chyba jest to trochę naszą narodową tradycją - jak ja nie mam, to czemu on/ona ma mieć. i tak walczyliśmy (no może nie ja, bo trochę jednak za młoda na to jestem) z systemem, który wszystkim po równo chciał, a i tak sami nie raz domagamy się, żeby właśnie wszystkim po równo. i tu pojawia się paradoks - bo kiedy jakaś znana osoba coś zrobi złego, okazuje się że łatwiej nam na to przymknąć oko. nagle kara należna każdemu śmiertelnikowi za to samo, w tym przypadku jest zbyt wysoka. i pojawia się grono obrońców, którzy mają wiele argumentów mówiących o tym, że przecież wcale to nie wygląda tak źle jak by się wydawało. czyli po równo, ale nie do końca. to że są równi i równiejsi wiadomo nie od dziś. szkoda tylko, że my czasami poddajemy się takiej moralnej schizofrenii...
wtorek, 29 września 2009
środa, 23 września 2009
wtorek, 22 września 2009
do dentysty
większość ludzi nie lubi dentysty. domyślam się, ze nie jest to jakaś osobista uraza, ale zwyczajnie nie lubimy, jak nam w zębach wiercą. czasem ktoś ma złe wspomnienia i te rzutują na całe nasze wspaniałe zycie, bo z zębami problemy zwykle są, a my do dentysty chodzić nie chcemy. czasami mamy traumę tylko dlatego, ze od małego na dentystą straszono (mnie na szczęście nie). i kiedy nagle zaczyna nas boleć ząb, to robimy wszystko, żeby tylko uniknąć wizyty w znienawidzonym gabinecie. przejdzie, to super. gorzej kiedy ból wróci. znowu szprycujemy się tabletkami przeciwbólowymi i liczymy, że samo przejdzie.... w końcu i tak trafiamy na fotel 'kata', bo przecież każdy chce miec ładny uśmiech. tylko gdybyśmy zaraz po pierwszym bólu wybrali się do dentysty, zaoszczędzilibyśmy sobie i kosztów (tabletki przeciwbólowe w końcu kosztują) i czasu, i nawet stresu, bo nie odsuwalibyśmy nieuniknionego w nieskończoność, a właściwie skończoność, bo to nieuniknione i tak następuje prędzej czy później. i własnie te rozważania dentystyczne sprawiły, że pomyślałam sobie o naszym stosunku do problemów. tak bardzo nie lubimy konfrontacji, sytuacji w których trzeba się opowiedzieć po jakiejś stronie, albo podjąć decyzję, która niekoniecznie zadowoli wszystkich. wolimy stosować uniki, jakieś środki zachowawcze. aplikujemy sobie takie "tabletki przeciwbólowe" i myślimy, że sytuacja się sama rozwiąże. w większości przypadków jest jednak jak z bolącym zębem - w końcu trzeba się zmierzyć ze swoim lękiem i usiąść na fotelu. o ile łatwiej byłoby gdybyśmy od razu rozprawiali się z problemem, a nie czaili i starali robić dobrą minę do złej gry? bo o ile z zębem po dentyście z reguły jest już dobrze (z reguły, choć zależy na jakiego dentystę się trafi), to z problemami i konfliktami nie jest tak różowo. odkładane na bardzo dalekie później potrafią narobić tyle dodatkowych kłopotów, ze w końcu załujemy, ze nie zrobiliśmy czegoś od razu.
ja nie mam problemów z chodzeniem do dentysty, nie potrzebuję nawet znieczulenia. a w przypadku konfrontacji, czy konfliktów - cóż uczę się. ale chociaż nie jest to łatwę, to wolę działać od razu niż czekać, aż zrobi sie jeszcze większa afera i sprzątanie po niej będzie dużo bardziej bolesne. wyjaśnianie, załatwienie wszystkiego od razu, o ile to tylko możliwe, naprawdę ułatwia życie. no i zaoszczędzamy na tabletkach przeciwbólowych!
piątek, 18 września 2009
to czemu?
to najczęściej wypowiadane słowa przez mojego bartka... czasami doprowadzają mnie do szału :) ale ja podobno byłam taka sama, cóż nie daleko pada jabłko od jabłoni... ale w końcu kto pyta nie błądzi! pytając on poznaje świat i uczy się. ale okazuje się, że w pewnym momencie przestajemy uważać, że dobrze jest pytać. w pewnym momencie zaczynamy myśleć, że pytając wyjdziemy na ignorantów, niedouczonych, czy zwyczajnie głupich. zatem wolimy się nie pytać. zadawanie pytań nieraz uznaje się za coś wręcz wstydliwego. i dlatego odwiedzając restaurację zamawiamy coś z karty, nie pytając o szczegóły, a potem dziwimy się kiedy dostajemy coś innego niż sobie wyobraziliśmy. zbyt częste pytania (szczególnie powtarzanie 'to czemu' po każdej odpowiedzi) może być denerwujące dla pytanego. ale trzeba pytać. dobrze jest pytać i wcale nie jest to oznaka głupoty, tylko raczej mądrości. to czemu? bo jeśli pytany udzieli nam odpowiedzi w sposób właściwy, to będziemy wiedzieć więcej, poszerzymy nasze horyzonty, może nawet staniemy się mądrzejsi.
wtorek, 8 września 2009
refleksyjnie
wrzesień jest z pewnością miesiącem wielu różnych wydarzeń i kojarzy się większości głównie z rozpoczęciem szkoły. dla mnie to miesiąc urodzinowy :) prawidłowo - w dziewiątym miesiącu przyszłam na świat, stąd mój szczególny sentyment do tego miesiąca. może dlatego też bardzo lubię tzw. 'babie lato' i złotą polską jesień? i chociaż ostatnie urodziny wcale nie są jakieś okrągłe, to tak jakoś naszło mnie, żeby się zastanowić chwilę nad tym wszystkim, co do tej pory przeżyłam. uśmiechnęłam się do myśli, że jako nastolatka takich ludzi, jak ja teraz uważałam już za starych :) a teraz wiem, że chociaż zewnętrznie się bardzo zmieniamy, to wewnątrz (mimo tego, iż tam też się zmieniam i chcę zmieniać) jestem ciągle tą samą magdą, co kilkanaście lat wcześniej. na pewno bogatsza o doświadczenia i przeżycia, mam nadzieję, że również mądrzejsza.... ale ciągle ta sama ja. i właśnie kilka dni temu uświadomiłam sobie, jak wiele wspaniałego dał mi przeżyć Bóg. kiedy Mu zaufałam, poprowadził mnie drogami, o jakich nie marzyłam, postawił w miejscach, o których nie myślałam, że będzie mi dane się w nich znaleźć. otoczył mnie ludźmi, którzy mnie kochają, wspierają i rozciągają. dał rodzinę, która pokazała, co to znaczy kochać. wiem, że miałam w tym wiele szczęścia i poczytuję sobie to za objaw Bożej łaski. i chociaż nie obyło się bez smutku i zdarzeń tragicznych, to jedno jest niezmienne - Bóg ciągle czuwa nade mną i moimi bliskimi. każdy dzień jest Jego prezentem dla mnie. to ja decyduję, czy ten prezent odpakuję. zawsze można znaleźć powody do narzekania. i to jakoś bardzo łatwo przychodzi. ale ile jest rzeczy, z których można się cieszyć? oj bardzo wiele. wystarczy tylko otworzyć szerzej oczy. z okazji moich urodzin zdałam sobie sprawę, że jestem w miejscu, w którym czuję się szczęśliwa i spełniona. że nie chciałabym iść inną drogą. przepełnia mnie wdzięczność za tyle cudownej łaski, jaką Bóg mi dał i daje każdego dnia. i już nie mogę się doczekać, co przyniosą kolejne lata i kolejne urodziny. bo przecież jeszcze tyle przede mną! a z Bogiem każdy nowy dzień to przygoda!
piątek, 4 września 2009
wrześniowo
obejrzałam ostatnio dwa bardzo interesujące filmy. jeden już nie najnowszy, a chciałam go zobaczyć od dawna, to 'pianista'. wstrząsający... drugi to 'mała moskwa'. też zrobił na mnie wrażenie. oba obrazy, jak również obchody rocznicy wybuchu wojny i zamieszanie polityczne wokół niej spowodowały, że w mojej głowie pojawiło się wiele różnych myśli. ale nie umiem ich... uczesać. nie potrafię ich ubrać w słowa, które można przelać na papier czy klawiaturę. przeraziła mnie agresja, nienawiść, zniszczenie, totalitaryzm, zakłamanie, zezwierzęcenie, upodlenie, małość... że to ludzie ludziom.... i to, że tak trudno uczyć się na tych tragicznych błędach. ze zamiast pamiętając okrucieństwo tych czasów iść do przodu dbając by to się nie powtórzyło, żongluje się faktami w zależności od politycznych potrzeb. w różnych zakątkach świata powtarza się to, co dotknęło naszą część ziemi kilkadziesiąt lat temu.
widziałam wczoraj w telewizji reklamę miasta gdańsk. zaczyna się od września 1939, potem rok 1945, 1970, 1980, 1989 aż w końcu 2009 - wolność. to straszne, że moja wolność okupiona została życiem tak wielu.... nie chciałabym, aby ta moja wolność została mi zabrana. ale też nie chciałabym aby ta sama wolność zniszczyła czyjąś wolność. chcę pamiętać o bohaterach, którzy umierając myśleli o mojej wolności i w tej wolności chciałabym umieć pomóc innym tę wolność odzyskać, zachować, szanować.
nie można żyć przeszłością, ale powinno się czerpać z niej naukę, aby teraźniejszość i przyszłość były lepsze. historia jest ważną częścią naszego życia, obyśmy tylko umieli właściwie z niej skorzystać i potrafili uszanować jej znaczenie dla naszego dzisiaj.
czwartek, 27 sierpnia 2009
...
dzieci szybko się przekonują, że na świecie jest jeszcze kilka innych osób i że nie zawsze jest tak, jak one tego chcą. a czasami nawet muszą ustąpić innym. ciekawe, że od małego tak mocno zakorzenione jest w nas pragnienie zaspokajania własnych potrzeb. najważniejsze jest to, co ja chcę, moje, dla mnie. uczymy się, że czasami (całkiem często) nasze potrzeby muszą zejść na dalszy plan, bo jest ktoś inny, młodszy, bardziej potrzebujący bądź wymagający, itp. a kiedy dorastamy staramy się nadrobić wszystko i znowu dążymy do tego, żeby zaspokoić swoje pragnienia, bo przecież mamy do tego prawo. i oczywiście mam takie prawo. dobrze jest też realizować marzenia. tylko obyśmy po drodze nie stali się jak takie małe dziecko, które słysząc 'nie' zaczyna płakać (a nawet histeryzować), bo nie jest tak, jak ono chce. w dążeniu do spełnienia miejmy na względzie to, że żyjemy otoczeni innymi i nie jesteśmy pępkiem świata.
swoją drogą to ciekawe, że chociaż potrzebujemy ludzi, aby móc normalnie funkcjonować, to jednak pozostajemy egoistami.
jeśli ludzie nie będą dla nas tylko środkiem do osiągnięcia celu, to dorga do niego będzie milsza, a radość z sukcesu świętowana w gronie przyjaciół na pewno będzie lepiej smakować.
piątek, 21 sierpnia 2009
life could be dream...
nie, nie mam zamiaru przerzucić się na język angielski. to słowa z piosenki z jednej z ulubionych bajek bartka. ponieważ postanowił do niej powrócić, miałam okazję po raz kolejny ją usłyszeć. słowa te znaczą - życie mogłoby być snem/marzeniem. i tak mnie natchnęło :) większość z nas marzy o innym życiu, a zmianie swojego życia, o osiągnięciu czegoś. myślimy sobie, co by było gdyby.... i czasami w tym miejscu zostajemy. zaczynamy ciągle myśleć, jak cudownie byłoby, gdyby życie wyglądało tak, jak nasze marzenia. i zamiast te marzenia realizować, stajemy się zgorzkniali i rozczarowani, że rzeczywistość tak bardzo odbiega od naszych snów. można żyć marzeniami - nie robiąc nic, by je osiągnąć. a można też przeżywać marzenia. to drugie wiąże się z ryzykiem, może oznaczać niepowodzenia, frustrację i rozczarowania. ale prowadzi do spełnienia i osiągania tego, co nieosiągalne. marzenia powinny nas motywować do działania, pomagać iść przed siebie i zdobywać góry. jeśli pozwolimy, aby stały się pretekstem do narzekania, przestaniemy być marzycielami.
a zatem marzmy i niech to będą wielkie marzenia. i starajmy się dążyć do ich realizacji, żebyśmy nie stali się zrzędliwymi marudami rozgoryczonymi życiem.
środa, 12 sierpnia 2009
sport :)
większość sportów angażuje 30 osób, które desperacko potrzebują odpoczynku, a ogląda ich 50000 ludzi desperacko potrzebujących ćwiczeń.
ideo?-logia
nastał sierpień, a ja znowu mam tyły w pisaniu... ale to wszystko przez nieobecność. a w podróży trochę poczytałam i znowu mam trochę różnych myśli w głowie. jeden artykuł był o U2. i był negatywny. autor ewidentnie nie lubi bono i jego kolegów. ciekawe jednak było wytłumaczenie - rockman musi być 'niegrzeczny'. panowie z aerosmith to prawdziwi rockmani, na ich twarzach widać jak ciężko jest utrzymać image. ale U2 są zbyt święci, a bono to bufon. to takie streszczenie artykułu. ciekawe, że jak ktoś robi coś inaczej, to od razu spotyka się z krytyką. można lubić, bądź nie twórczość jakiegoś muzyka, ale żeby od razu kategoryzować według prezentowanych wartości? i co dziwne 'nawrócenie' artysty rzadko spotyka się z aprobatą w świecie showbusinessu. lepiej być złym. po co dawać dobry przykład, po co propagować dobre (a już nie daj Boże 'chrześcijańskie') wartości? świat żyje tym, co złego się dzieje. złe wiadomości zawsze się sprzedają. a gwiazdy dające dobry przykład to dziwadła.
w świecie, w którym wszystko jest względne i każdy broni swojego prawa do własnej filozofii życia, lansuje się pewne wzorce zaprzeczając ideologii, którą się wyznaje. a jeśli ktoś myśli inaczej, jest wytykany i krytykowany. czyli wolno ci myśleć po swojemu, o ile myślisz tak jak my.... czasy się zmieniają, reżimy upadają, a to się ciągle nie zmienia.
czwartek, 30 lipca 2009
myślę, więc jestem?
myślenie ma przyszłość - to powiedzenie mojej mamusi, które mocno zapadło mi w pamięć. może dlatego, że nieraz je słyszałam :) szczególnie w sytuacjach, gdy zrobiłam coś bezmyślnie.... myślenie faktycznie ma przyszłość - dzięki niemu możemy mieć na tę przyszłość wpływ. i chyba jest w cenie. dlaczego często działamy tak bezmyślnie? a jeśli myślimy, to najczęściej tylko o sobie i o danej chwili. o ile mniej wypadków byłoby na drogach (gdyby te były z prawdziwego zdarzenia, też na pewno wielu byśmy uniknęli), gdyby kierowcy pomyśleli o konsekwencji swojej jazdy, o innych ludziach na drodze, o skutkach swojego manewru? o ile szybciej można by skończyć budowę, gdyby się pomyślało, w jakiej kolejności należy wykonywać prace? o ile mniej krzywdzilibyśmy innych, gdybyśmy pomyśleli, co mówimy, albo co robimy? szkoda, że w szkole ciągle stawia się na 'zakuwanie', a nie pomaga się uczniom nauczyć się myśleć i analizować. dzisiaj wszystko musi być szybko, już, natychmiast. to i czasu na myślenie brakuje... a przecież szybciej nie znaczy lepiej. czasami chwila namysłu może zaoszczędzić kłopotów, pomóc zrobić coś lepiej i niejednokrotnie - paradoksalnie - szybciej. używajmy głowy, bo jeśli ciągle jest na urlopie, na karku dźwigamy zbędny bagaż.
środa, 29 lipca 2009
szczerze?
kiedyś umowę przypieczętowywało się uściskiem dłoni i... to wystarczyło. dzisiaj należy to do rzadkości, o ile w ogóle gdzieś się pojawia. teraz jeśli wszystko nie jest spisane czarno na białym, nie ma o czym rozmawiać. a przy tym każdy stara się zabezpieczyć jak najbardziej swoje interesy. i chociaż przykro, że nie wystarczy już słowo, to nie jest wcale złe pisemne uzgadnianie warunków umowy. szkoda tylko, że zapomina się przy tym o tak prostej sprawie, jak życzliwość. może na skutek zmęczenia sytuacją, w jakiej się znajduję, jestem trochę sceptyczna, ale mam wrażenie, że większości zależy tylko na tym, żeby bliźniego zrobić w bambuko.... pewnie trochę to obraz skrzywiony, ale teraz wydaje mi się on bardzo prawdziwy. dlaczego szczerość to coś na wyginięciu? podobno górale nadal potrafią załatwiać sprawy za pomocą uścisku rąk. honor jest dla nich bardzo ważny. tak się ostatnio dowiedziałam. szkoda, że dla wielu liczy się tylko zysk, a honor to określenie znane jedynie z opowieści z dzieciństwa...
sobota, 25 lipca 2009
bohater
słowo bohater kojarzy się teraz najczęściej z filmem - albo bohater, jako postać z filmu, albo tak zwany super-bohater: superman, spiderman, batman i inny -man ;) kiedyś kojarzyło się także z bohaterem wojennym, kimś kto dokonał wielkich rzeczy dla innych.
bartek ostatnio najchętniej ogląda bajkę z serii warzywnych opowieści pt. "piraci, którzy nic nie robią". wspomniani piraci to trzy śmieszne warzywka, które omyłkowo zostają wzięte za bohaterów. nie do końca jednak omyłkowo, bo jak na końcu zostaje powiedziane: bohaterowie, to ci którzy są na miejscu i są gotowi zareagować. i pewnie wielu z tych, którzy uznani zostali za bohaterów, sami nigdy by się takimi nie nazwali. czasami wystarczy robić to, co wydaje nam się właściwe. nawet drobne rzeczy dla kogoś mogą być bardzo ważne. i dla niego będziemy bohaterami. bohater to ktoś, kto patrzy poza własny nos i jest gotowy na pewne niewygody, żeby pomóc innym. wydaje mi się, że cecha charakterystyczna bohatera to wcale nie jest brak lęku, odwaga, ale właśnie altruizm, gotowość do poświęcenia dla dobra drugiego człowieka.
środa, 15 lipca 2009
chyba się powtórzę...
pisałam już o tym nie raz, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. ale chyba nigdy nie przestanie mnie zadziwiać to, jak bardzo jesteśmy zamknięci na odmienny punkt widzenia. nie chce nam się pofatygować na inne krzesło, żeby zobaczyć coś z innej perspektywy. moja znajoma mówiła, że aby zrozumieć dziecko należy zejść do jego poziomu. i nie chodzi tu wcale o jakieś mentalne uwstecznienie się, ale o zwyczajne zniżenie się do wysokości dziecka - uklęknięcie, kucnięcie, położenie się na ziemi - wtedy widzimy świat z jego perspektywy, możemy dostrzec to, czego nie widać z naszego poziomu. przekłada się to na wiele innych sytuacji i sfer naszego życia. tylko problem polega na naszej niechęci uklęknięcia. nasze miejsce jest tak wygodne, że nie mamy ochoty go zmieniać, a już na pewno nie będziemy przesiadać się z kanapy na podłogę... a przy tym uważamy, że to jak postrzegamy świat jest jedyne prawdziwe. inni nie mają racji. a przecież wystarczy wstać i świat już wygląda inaczej.
tak bardzo jesteśmy zaaferowani swoim światem, że nie próbujemy nawet popatrzeć na niego czyimiś oczami. niejednokrotnie pogardzamy czymś, tylko dlatego, że nie chce nam się wysilić i pomyśleć, że dla kogoś innego to radość i spełnienie. liczy się moje i to, co ja myślę. liczy się, pewnie. ale nie tylko to.
kiedyś jechałam ze znajomymi autem i gdy podjechaliśmy do skrzyżowania na którym mieliśmy pierwszeństwo, kierowca przyhamował. powiedziałam, że przecież my mamy tu pierwszeństwo, na co on odpowiedział: "na cmentarzu pełno jest tych, którzy mieli pierwszeństwo". ja wiem, ja uważam, ja mam rację, ja mam prawo.... no tak. i co z tego?
cytacik
właśnie go przeczytałam i bardzo mi się spodobał:
"instrukcje bez inspiracji powodują irytację"
sobota, 11 lipca 2009
budowanie
budowanie wymaga dużo pracy i wysiłku. i nie jest tak, że raz coś stanie i koniec. potem trzeba to wykończyć, posprzątać, a później dbać, aby się nie zniszczyło. oczywiste? chyba nie tak bardzo. niby wydaje się to naturalne w przypadku budowy np. domu (w moim przypadku sprawa bardzo aktualna, ciągle coś się "wykańcza", czasami ja się wykańczam), ale już nie do końca w relacjach z ludźmi. a przecież te też trzeba budować. i trzeba o nie dbać.
w szkole zwykle pracowało się na swoją reputację przez pierwszy rok. potem można było "jechać na opinii". ale nie do końca - o ile jednorazowy wyskok mógł ujść na sucho, to już ciągłe takie numery pomagały zmienić zdanie na nasz temat wśród grona pedagogicznego. szkoda, że w drugą stronę nie jest tak łatwo. trudniej nam uwierzyć w poprawę kogoś, kto cieszył się złą opinią. taka osoba musi bardzo długo budować swój nowy wizerunek. a i tak niejednokrotnie jest posądzana o wszelkie złe rzeczy z powodu swojej przeszłości.
niesamowite, że Bóg patrzy na to wszystko zupełnie inaczej. On kocha każdego z nas bez względu na to, jaka była nasza przeszłość, jaka jest nasza teraźniejszość. kocha miłością bezwarunkową, na którą nie musimy zapracować, ani nie jesteśmy w stanie na nią zasłużyć. ta miłość jest zawsze. ja muszę tylko zdecydować, czy ją przyjmę. jest fundamentem, na którym mogę budować - nie opinię o sobie, nie wizerunek, ale wieczność i więź ze Stwórcą. Ona uwalnia od stereotypów, osądów. akceptuje i daje siłę na każdy dzień.
piątek, 10 lipca 2009
ambasador
właściwie każdy z nas kogoś reprezentuje. czasami to po prostu nasza rodzina, czasami pracodawcy. jeśli wyznajemy jakąś ideę, czy wierzymy w coś, reprezentujemy to w co wierzymy. i chcąc nie chcąc poprzez swoje postawy i zachowania budujemy wizerunek tych, których reprezentujemy. tylko jaki? jeśli jestem klientem jakiejś firmy, to każdy jej pracownik, z którym się zetknę pracuje na mój obraz owej firmy. i chociaż większość z nich może się starać i pracować jak najlepiej, to czasami wystarczy jeden, któremu nie zależy, żeby popsuć to, co inni zbudowali. zastanawiam się, dlaczego tak powszechne jest podejście - nie moje, to po co się będę starać? dlaczego brakuje szacunku wobec ludzi i rzeczy? pracownik, który nie przykłada się do swojej pracy, nie szanuje ani pracodawcy, ani klienta. co zatem szanuje? siebie chyba też nie bardzo, bo w końcu to praca, która daje mu pieniądze na życie, a skoro się nie przykłada to słabo ceni swoje życie.
Pismo Święte uczy szacunku do siebie nawzajem. o ile przyjemniej żyłoby nam się, gdybyśmy zwyczajnie się szanowali. i o ileż lepiej reprezentowalibyśmy innych. chrześcijanie to też ambasadorzy, reprezentują - a raczej powinni - Jezusa. chciałabym dobrze Go reprezentować. nie chciałabym zepsuć tego, co ktoś inny zbudował, nie chciałbym też żeby On się za mnie wstydził. bo jeśli ja swoją postawą zniechęcę kogoś, to stworzę fałszywy obraz tego, który jest doskonały. zły pracownik odstrasza klientów, którzy wolą skorzystać z konkurencyjnej firmy. kiepski ambasador Chrystusa wpływa na całą wieczność drugiego człowieka... to duża odpowiedzialność.
poniedziałek, 6 lipca 2009
jestem
znowu po dłuższej przerwie jestem :) i to w swoim domu! to jest tak piękne, ze nie mam ochoty nigdzie się stąd ruszać! wokoło plac budowy - błoto, koparki, kamienie..... ale w środku jest mój dom. moje miejsce, moja przestrzeń, mój azyl. po 6 miesiącach to prawdziwy raj na ziemi :) i nie przeszkadzają mi różne niedogodności, jak brak prądu w domu i korzystanie z miliona przedłużaczy podpiętych do prądu budowlanego, czy nie wykończone pomieszczenia. jestem u siebie i to jest najważniejsze. i mam nadzieję, ze ten mój azyl będzie sprzyjał pracy twórczej i wkrótce pojawi się tutaj wiele ciekawych wpisów! pozdrawiam moich wszystkich czytelników - dziękuję za cierpliwość :)
wtorek, 30 czerwca 2009
przeprowadzka :)
już jutro będziemy w końcu we własnym domu!!! nie mogę się doczekać. to również tłumaczy brak wpisów w ostatnim czasie - głowę mam zajętą tym, żeby wreszcie się przeprowadzić. cudownie będzie mieć swoje miejsce po pół roku.... być u siebie - coś wspaniałego!
internet powinniśmy mieć niedługo, więc mam zamiar coś napisać już z własnego kąta :) to będzie bardzo miłe, a może nawet ciekawe? :)
środa, 17 czerwca 2009
porządki
sprzątanie może dużo o nas powiedzieć. zarówno to, jak sprzątamy, ale i kiedy ktoś sprząta po nas. jako że obecnie jesteśmy na etapie wykańczania domu (i częściowo siebie z tej okazji), sprzątanie zaczyna stanowić znaczący element naszego życia. najgorzej jest, kiedy trzeba sprzątać po gipsowaniu, szlifowaniu i malowaniu - na przykład myć okna lub drzwi, które nie zostały wcześniej zabezpieczone. sprzątający ma ochotę nawtykać poprzednikom, ze nie pomyśleli o tym, że ktoś przecież po nich będzie musiał sprzątać. i zamiast ułatwić temu ktosiowi pracę, to doszli do wniosku, że i tak się ubrudzi...
właściwie wszystko co robimy ma jakieś konsekwencje. to na ile przemyślimy swoje działanie, czy słowa wpłynie też na to, ile trzeba będzie po nas "sprzątać". moja mamusia zwykła była mówić: "myślenie ma przyszłość". bardzo mądre stwierdzenie. przemyślane działanie pomaga unikać kłopotów i wstydu, nie pozostawia po sobie dużej ilości brudu do posprzątania. oszczędza nam problemów, a czasami innym bólu...
piątek, 12 czerwca 2009
perspektywa
punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. podobno. ale coś w tym jest. ciekawe jak bardzo zmienia się nasza perspektywa, gdy zmienimy miejsce, z którego patrzymy. jeśli przed nami jest gęsty las, to jedyne, co widzimy to dużo drzew. jeśli na ten sam las uda nam się spojrzeć np. z lotu ptaka, potrafimy dostrzec, co jest po drugiej stronie, co możemy znaleźć w środku lasu i czy faktycznie jest on taki duży, jak nam się wydawało. jeśli tkwimy w pewnej rzeczywistości, pewnym otoczeniu, to wydaje nam się, że wszystko jest właśnie takie, jakim zawsze je widzieliśmy. dopiero znalezienie się w sytuacji i miejscu, które pomagają nam zobaczyć nasze życie z innej perspektywy, sprawia, że wszystko nabiera nowych kształtów. myślę, że od czasu do czasu dobrze zrobić sobie taką wycieczkę. może spotkać się z kimś, kto na co dzień nie żyje w moim świecie, może na chwilę zmienić otoczenie i zobaczyć, jak inni żyją i funkcjonują. przyjrzeć się sobie i swojemu życiu z lotu ptaka. to naprawdę pomaga. wiele spraw nie jest już tak skomplikowane, jak się wcześniej wydawały. pewne rzeczy, które były przecież normalne, mogą okazać się czymś dziwacznym i zupełnie nienormalnym. każde okulary trzeba od czasu do czasu myć i przecierać, bo przestają pokazywać faktyczny obraz. drobiny kurzu i brudu zniekształcają rzeczywistość i nie widzimy już tego, co naprawdę znajduje się za szkłami.
środa, 10 czerwca 2009
ja chcę!
to jedne z najczęściej powtarzanych słów przez mojego syna. a jeśli żądanie nie zostanie spełnione, pojawia się protest w postaci bardzo rzewnego płaczu. bo przecież on chce! nie ważne, że to co chce nie jest dla niego dobre, nie liczy się, że może mu zaszkodzić, nie nadaje się dla dzieci, jest niezdrowe, nie może tego mieć, nie może tam iść..... on chce i już. chociaż nie pokazujemy tego w tak obcesowy sposób, to nigdy nie wyrastamy z owego "ja chcę". stajemy się bardziej wyrafinowani w dążeniu do osiągnięcia celu i zdobycia tego, czego pragniemy. na pewno w niektórych kwestiach jest to dobre. ale ile razy budzi się w nas takie małe dziecko, które zwyczajnie chce, bo chce? nie liczymy się z konsekwencjami, z tym jaki to wywrze wpływ na nas samych i na nasze otoczenie - chcemy i już. bo przecież mamy prawo! i o to prawo czasami się rozbijamy. osiągamy to, co chcemy, ale tracimy relacje, niszczymy przyjaźnie, czasami stratujemy kilka osób po drodze. czy warto? czy to prawo jest naprawdę aż tak istotne? czy ważniejsze jest moje prawo, czy człowiek?
sobota, 6 czerwca 2009
ceniony człowiek, zapomniane słowa
"powierzam wam (...) krzyż Chrystusa! nieście go po całej ziemi jako znak miłości Pana Jezusa do całej ludzkości i głoście wszystkim, że zbawienie i odkupienie jest tylko w Chrystusie umarłym i zmartwychwstałym." te słowa wypowiedział Jan Paweł II w 1984 roku. piękne słowa. szkoda, że tak niewielu bierze je sobie do serca i tak niewielu faktycznie tym żyje. tylko w Jezusie jest zbawienie, tylko On jest dorgą, prawdą i życiem. dlaczego więc ciągle tak wielu wybiera kogoś innego? kiedy coś chcemy załatwić, to najchętniej rozmawiamy z osobą będącą najbliżej źródła - z szefem, kierownikiem, menedżerem, dyrektorem, etc. robimy tak, bo uwazamy, ze pośrednicy niewiele nam pomogą, niewiele mogą. a kiedy chodzi o sprawy najważniejsze, o nasze zbawienie, odkupienie i życie, to zamiast zwrócić się do tego, który jest sprawcą tego wszystkiego, wybieramy kogoś innego. smutne.
poniedziałek, 25 maja 2009
potrzeba
przeczytałam dzisiaj, że według socjologów człowiek ma trwałą emocjonalną potrzebę kochania czegoś większego niż on sam. nic dziwnego - w końcu jest stworzony przez Boga do więzi z Nim. szkoda tylko, że od wieków filozofowie, naukowcy, myśliciele i sami ludzie próbują tę potrzebę zaspokoić wszystkim, tylko nie tym, co jest właściwą odpowiedzią. potrzebujemy Boga i chociaż próbujemy temu zaprzeczyć na wszystkie możliwe sposoby, to nie uda nam się zagłuszyć tej potrzeby. może chwilowo, ale nie na stałe. a Bóg jest blisko i tylko czeka na naszą decyzję.
piątek, 22 maja 2009
niesforne emocje
tłumaczę właśnie artykuł na temat dwóch tradycji w socjologii emocji. nie miałam pojęcia, że coś takiego w ogóle istnieje! jestem w tej dziedzinie ignorantką, więc właściwie nie powinno mnie to dziwić :) zainteresował mnie fakt, że już od bardzo dawna nauka nie wiedziała jak sobie poradzić z emocjami i gdzie je przypisać. nie wiem, czy teraz już wie - na razie dotarłam do wieku 17 we wspomnianym artykule. ale pomyślałam sobie, że emocje zawsze były niesforne i niewiele się w tej kwestii zmieniło. nadmierny nacisk na nie, tak jak i próba ich stłamszenia, zawsze przynoszą negatywne skutki. są częścią naszej istoty i chyba najtrudniejsze jest to, by zdrowo do nich podejść. rozsądek i umiar zawsze są wskazane. ale bez emocji życie byłoby jednak nudne :)
czwartek, 21 maja 2009
normalnie nienormalna
normalność jest pojęciem względnym. to co dla jednych jest normalne, dla innych stanowi całkowite odchylenie od normy. ale w ogólnym pojęciu istnieje coś takiego, co się nazywa normalność. i każdy w pewnym sensie tej 'normalności' właśnie pragnie. określa ona pewien stan posiadania i przynależenia - dom, rodzina, praca, przyjaciele. ale określa też coś mniej uchwytnego. są ludzie, którzy są niesamowici, a jednocześnie tak normalni, że bardzo do nich ciągniemy. ci, których w moim życiu najbardziej szanuję i kocham są właśnie normalni, chociaż są szaleni :) i to jest piękne. wydaje mi się, że to właśnie taka normalność pociągała ludzi do Pana Jezusa. był tak "zwyczajny", że judasz musiał wskazać go pocałunkiem, bo ci co przyszli go aresztować nie wiedzieli jak wyglądał... a przecież był nadzwyczajny. myślę sobie, że właśnie ta Jego normalność powodowała, że ludzie pragnęli być blisko Niego. dawał im coś ponad naturalnego, sam jednak reprezentował normalność. inność nas pociąga, ale często wytwarza dystans, bo myślimy sobie, że przecież my i tak nie nie będziemy tacy. normalność daje poczucie akceptacji i nadzieję, że ja też tak mogę. lubię normalność.
czwartek, 14 maja 2009
...
Bóg pod postacią czarnej kobiety? brzmi co najmniej dziwacznie. właśnie.... każdy z nas ma jakiś obraz Boga - najczęściej to starzec z długą, białą brodą, trzymający w ręce laskę bądź kij. wyraz twarzy ma groźny i raczej wionie od niego chłodem. czytam właśnie bardzo ciekawą książkę zatytułowaną "chata". opowiada o niecodziennym spotkaniu człowieka z Bogiem. spodobało mi się to, że pokazuje, jak bardzo nasz obraz Boga zanieczyszcza nasz stosunek do Niego, a co za tym idzie sprawia, że nie potrafimy nawiązać z Nim prawdziwej, głębokiej więzi, jakiej On pragnie. sami chyba nie jesteśmy świadomi, jak bardzo obrazy zakorzenione w naszej wyobraźni kształtują nasze spojrzenie na świat i ludzi, na nasze związki, sposób funkcjonowania. a kiedy coś okazuje się być innym niż zawsze myśleliśmy, nie potrafimy się do tego odnieść, jesteśmy zagubieni. takie "inne" spojrzenie czasami może nam naprawdę pomóc. odbrązowić to, co wydawało się niedoścignione i odległe, złagodzić to, co było surowe i zimne.... nie wszystko jest takie, jak nam się wydaje. czy odważymy się popatrzeć inaczej? czy pozwolimy, aby nowe odkrycie wpłynęło na zmianę nas samych? czy nie będziemy się bali zaufać?
poniedziałek, 11 maja 2009
zaufanie
przeczytałam dzisiaj na portalu gazety.pl ciekawy artykuł na temat zaufania społecznego i jego wpływu na otaczającą nas rzeczywistość. oto krótki fragment: "od dawna wiadomo, że w istocie rzeczy zaufanie, lojalność, dotrzymywanie zobowiązań są rzeczami niezwykle produktywnymi. wspólnota, w której te cnoty są na wysokim poziomie lepiej prosperuje, niż zbiorowość, w której ludzie patrzą na siebie nieufnie, czy boją się nawiązać relacje." bardzo ciekawe. szkoda, ze przeszłość, doświadczenia i sytuacje, w jakich się znajdujemy powodują, że tak trudno nam się tego zaufania nauczyć. na pewno wiąże się z tym ryzyko, ale przecież warto. może powinniśmy spróbować?
artykuł można przeczytać tutaj: http://wiadomosci.wp.pl/kat,1329,title,Polska-mistrzem-swiata-w-zbiorowej-hipokryzji,wid,11106721,wiadomosc.html?ticaid=1801b
czwartek, 7 maja 2009
ateisto
przeczytałam dzisiaj komentarz pewnego ateisty, który zabłysnąwszy swoją znajomością Biblii stwierdził, że Bóg nie posiada płci, oraz że zamiast wypatrywać jakiegoś tworu gdzieś w górze, powinniśmy się rozejrzeć wokoło i dostrzec tych, którzy się nazywają ludzie. ogromna spostrzegawczość. ciekawe co takiego zrobił mu Bóg, albo raczej ci, którzy w tego Boga wierzą? gdyby faktycznie Biblię przeczytał, to może dostrzegłby że Bogu zawsze chodziło o ludzi. wszystko, co robi jest dla człowieka. to dla człowieka dał swojego Syna. dla człowieka stworzył otaczający nas świat. Jego celem jest bliska więź z człowiekiem. a kościół reprezentujący Boga na ziemi powinien odzwierciedlać wartości, które są dla Boga najważniejsze i najbliższe. że nie zawsze to robi? cóż- za to już nie mogę odpowiadać. mogę jedynie odpowiadać za siebie i ludzi, którzy ze mną pracują. ale najłatwiej jest krytykować nie znając sprawy dokładnie. ciekawe, czy ten ateista sam zwraca uwagę na ludzi żyjących wokoło? a poza tym, czasami warto przeczytać wszystko, zanim się skomentuje. a czytanie ze zrozumieniem ostatnio bywa na wagę złota...
sobota, 18 kwietnia 2009
przestrzeń
każdy z nas potrzebuje przestrzeni. ja bardzo. takiej swojej własnej. swojego powietrza do oddychania, ciszy i samotności. nie zawsze, nie na długo. ale potrzebuję. i lubię być ze sobą. to chyba dobrze. odpowiada mi własne towarzystwo. nie nudzi mnie. ale jak już sobie pobędę ze sobą, to rodzi się nowa potrzeba - być z kimś. porozmawiania, może pomilczenia. ale z kimś. a potem znowu za jakiś czas muszę uciec do swojej przestrzeni. wiosną ta przestrzeń to kwitnący sad, albo las budzący się do życia po zimie. czasami ta przestrzeń, to książka, koc i dobra herbata. innym razem kąpiel i marzenia. a najpiękniejsze jest to, że w tej mojej samotnej przestrzeni zawsze ktoś mi towarzyszy. razem milczymy, razem marzymy. a czasem rozmawiamy. w ciszy. i wiem dlaczego tak bardzo potrzebuję tej przestrzeni - bo tam zawsze czeka na mnie dobry Bóg, gotowy by naładować moje baterie tak szybko wyczerpujące się w pogoni życia.
czwartek, 16 kwietnia 2009
deficyt zaufania
no proszę, jak ten czas leci. już mamy połowę kwietnia. i wiosna przyszła... uwielbiam wiosnę. jest coś niesamowitego w tej właśnie porze roku. ubolewam jedynie, że na skutek zmian klimatu nie jest to już taka wiosna, jak kiedyś (no teraz to zabrzmiało jak wyznanie staruszki!).
czy kiedy ktoś wyraża chęć pomocy, to od razu widzimy w tym jakieś drugie dno? czy podejrzewamy, iż ma zamiar z tego coś mieć dla siebie? słyszałam ostatnio, że w polsce nie można być dawcą nerki, jeśli nie jest się spokrewnionym z osobą potrzebującą, albo nie ma się z nią bliskiej więzi emocjonalnej. przyczyna takiego stanu leży w tym, iż nasze władze zakładają, że ktoś obcy będzie chciał na tym zarobić. w ten sposób chronimy się przed handlem organami. i w ten sposób pozbawiamy wiele osób szansy na normalne życie... przykre jest to, że tak często zakłada się, że człowiek ma złe zamiary i na pewno robi wszystko interesownie. podobno niektórzy nasi rodacy mieszkający za wielką wodą uważają, że amerykanie są naiwni i głupi, bo wierzą w dobrą wolę drugiego człowieka. ciekawe, że jedno społeczeństwo potrafi podchodzić do człowieka z założeniem, że ten ma dobre intencje, a drugie od razu węszy wszędzie podstęp.
myślę sobie, że naciągacze i ludzie szukający szybkiego zysku byli, są i będą. tylko czy bardziej korzystamy na sytuacji, w której wszyscy najpierw jesteśmy podejrzani o złe zamiary? w naszym kraju przeszczepy nerek od żywych dawców stanowią 2%, w usa - 50%. może czasem warto dać ludziom kredyt zaufania?
czwartek, 19 marca 2009
czy wiesz, czego chcesz?
coraz częściej zauważam, że większość ludzi nie do końca wie, czego chce. kiedy się spotykamy i pytamy kogoś, czego chciałby się napić, odpowiedź zwykle brzmi "obojętnie". u nas w domu szybko wszyscy się przekonują, że takiego napoju nie serwujemy. nie posiadamy również potrawy "obojętnie". można powiedzieć, że to bzdura i co to ma do świadomości, czego chcemy. ale właśnie ma. i to całkiem dużo. niezdecydowanie jest problemem naprawdę powszechnym. nie wiem z czego wynika - czy niechęci do brania na siebie odpowiedzialności za podjęte decyzje? czy może z czegoś całkiem innego. faktem jednak jest, że o ile nieumiejętność wyboru napoju nie przeszkadza aż tak bardzo w życiu, to już niezdecydowanie w sprawach poważniejszych znacznie je utrudnia. Pan Jezus bardzo często zadawał ludziom pytania na pozór absurdalne - pytał chorych: "co chcesz, abym ci uczynił", albo "chcesz być zdrowy"? i może się wydawać, że te pytania są bez sensu. ale tak nie jest. bo czy naprawdę wiem, czego chcę? i czy nie boję się podjąć decyzji i przyjąć na siebie wszystkie jej konsekwencje? czasami nie mam pojęcia, co chciałabym zjeść czy czego się napić. ale w kwestiach własnego życia, jego kierunku i celu jestem bardzo zdecydowana. może jest to trochę droga pod prąd. ale o ileż ciekawsza niż pływanie z nurtem za wszystkimi, bez własnego zdania. zamiast się bać, że ktoś mnie wyśmieje, bo nie robię tak jak wszyscy, wolę się cieszyć przygodami, jakie czekają na mnie każdego dnia.
a poza tym, to przecież wcale nie jest "obojętne" - gdyby było, to nie miałoby znaczenia, czy pijemy wodę, czy olej silnikowy.
czwartek, 12 marca 2009
...
myśl
jedna wśród milionów
cicha, delikatna
łatwo ją zgubić
wraca
a w niej Ty
nie chcę jej stracić
w natłoku innych
zatrzymuję się i słucham
Twój głos taki miły
chcę tak trwać
w tej myśli
w Tobie
środa, 11 marca 2009
raz jeszcze o telefonie
koncepcja telefonu do Boga (patrz poprzedni post) jest też dosyć wygodna - można mówić ile się chce (albo na ile pozwala nagranie) i nie martwić się, że ktoś nam odpowie. czasami łatwiej jest wylać z siebie wszystkie żale, frustracje i potrzeby i nie musieć wysłuchiwać ile z tego możemy sami zmienić. możemy też zarzucić Boga naszymi pretensjami o zło na świecie, tragedie i niesprawiedliwość. nie ma obawy, że odpowie i pokaże jak jest naprawdę. a gdybyśmy tak dla odmiany posłuchali, co On ma do powiedzenia? gdybyśmy pozwolili Jemu mówić do nas, do naszego życia? zbyt duże ryzyko? a może gra warta świeczki?
poniedziałek, 9 marca 2009
telefon do Boga
podobno w Holandii można zadzwonić do Boga. oczywiście nagrywa się na pocztę głosową.... ciekawe, że ludzie wymyślają tak różne rzeczy, żeby dotrzeć do Boga (i żeby zrobić kasę na bliźnich). lubimy sobie komplikować życie. wolimy mieć pośredników, próbujemy na różne sposoby zakłócić przepływ informacji od nas do Boga. a przecież On zrobił ze swojej strony wszystko, żeby dotrzeć jak najbliżej nas. dał nam swojego Syna... wystarczy szczerze się do Niego zwrócić. nie trzeba mieć specjalnego telefonu, grupy pośredników, pięknego słownictwa, czy wyuczonej regułki. jedyne co jest potrzebne, to szczere pragnienie dotknięcia się tego, który zna mnie lepiej niż ja sama. jedno słowo i On już jest. słyszy, ale i odpowiada. jest zawsze blisko.
niedziela, 8 marca 2009
jak cię widzą, tak cię piszą
stare, prawdziwe. a ostatnio odkryłam jeszcze jedno 'dno' tego powiedzenia - to, jak cię widzą, zależy od tego, przez co na ciebie patrzą. na pewno nasze zachowanie i sposób bycia wpływa na to, jak postrzegają nas inni. jednak okazuje się również, że widzą nas inaczej w zależności od tego, jak patrzą na siebie samych. możemy robić wszystko, żeby nie sprawić bliźnim przykrości, być miłym i przyjaznym, a i tak mogą nas odebrać inaczej. jeśli uważają się za gorszych, słabszych, czy w jakiś inny sposób odbiegających od tego, co uważają za normę, to nasze zachowanie i tak odczytają po swojemu. i wtedy 'piszą cię tak, jak wydaje im się, że ty widzisz ich'. coraz bardziej odkrywam znaczenie samooceny w naszych relacjach i życiu. im gorzej o sobie myślimy, tym trudniej jest nam funkcjonować wśród ludzi. ale również zaburzony jest nasz obraz drugiego człowieka. staramy się być kimś, kim wydaje nam się, że druga osoba chciałaby, żebyśmy byli. nie potrafimy uwierzyć, ze można nas lubić i akceptować tak po prostu. zaczynamy też oceniać innych według własnego samopoczucia, chociaż ich intencje mogą być zupełnie inne.
niedziela, 1 marca 2009
auta
już coś na ten temat pisałam, ale ponieważ ostatnio często mam okazję tę bajkę oglądać, staje się ona dla mnie źródłem ciągłych inspiracji. chociaż może nie widać tego tutaj ;) 'auta' to bajka o bardzo mądrej treści i morale. lubię historie z morałem. dzisiaj oglądając 'auta' po raz 73 chyba, zwróciłam uwagę na kolejną rzecz. właściwie zauważyłam ją już wcześniej, ale dzisiaj jakoś tak szczególnie wyraźnie. kiedy główny bohater odkrywa, co znaczy przyjaźń i środowisko, które wspiera, nagle wszystko, co do tej pory nim kierowało, przestaje mieć znaczenie. już nawet nie chce mu się ścigać i wygrywać, a jeszcze niedawno stanowiło to jedyny cel jego życia. i gdy okazuje się, że ci przyjaciele pojawiają się przy nim w tym ważnym dla niego momencie, dostaje skrzydeł. jedzie jeszcze lepiej niż we wszystkich dotychczasowych wyścigach. a na koniec dokonuje wyboru, który choć nie daje mu zwycięstwa w wyścigu, czyni go prawdziwym bohaterem. bajka? może i tak. ale prawdziwa. 'żelazo ostrzy się żelazem, a zachowanie bliźniego wygładza człowiek' (przypowieści salomona) - umiejętność dostrzegania ludzi wokół nas i uczenie się od nich czyni nas zwycięzcami, nawet jeśli na mecie nie będziemy pierwsi.
sobota, 21 lutego 2009
...
słyszałam ostatnio w radio dyskusję brytyjczyków na temat ich wojsk walczących w innych krajach. myślę, że tak jak i u nas w wielu miejscach ludzie ciągle się zastanawiają, czy ich armie powinny angażować się w konflikty zbrojne za granicami swojego kraju. nie chcę zabierać głosu w tej sprawie, bo nie jest ona ani łatwa, ani oczywista. w zasłyszanej dyskusji uderzyło mnie jedno stwierdzenie: 'dlaczego mamy umierać za innych? za ich prawo do lepszego życia?' wcale nie chcemy umierać za innych. wystarczająco trudno jest walczyć o siebie, dlaczego jeszcze zajmować się innymi? niesamowite jest, że chociaż w historii ludzkości wielu poświęciło się dla innych, dla większości z nich wzorem i przykładem do naśladowania był ten, który umarł za wszystkich i za każdego - Jezus Chrystus. poznanie Go i zrozumienie Jego postawy sprawia, że chcemy się do Niego upodabniać. stajemy się lepsi. nie sugeruję, że to przykład Jezusa powinien przyświecać armiom. nie o to chodzi. chodzi o każdego z nas i nasz stosunek do świata, w którym żyjemy. do ludzi, którzy nas otaczają. im więcej w naszym życiu Jezusa, tym łatwiej dostrzec drugiego człowieka. tym łatwiej zrezygnować z własnej wygody dla dobra innej osoby.
poniedziałek, 16 lutego 2009
obejrzałam sobie właśnie kawałek odcinka serialu, który kiedyś bardzo lubiłam - jag, wojskowe biuro śledcze. nie mam pojęcia o czym był, bo włączyłam na ostatnie 5 minut, ale spodobała mi się jedna kwestia: 'gdy Bog zamyka jedne drzwi, otwiera inne'. fajne :) muszę o tym częściej pamiętać. tak łatwo jest zapamiętać się w czymś, co nie wychodzi, nie idzie po naszej myśli, czy zwyczajnie się popsuło. ciekawe jest, że jako ludzie bardziej zwracamy uwagę na to, co negatywne. jeśli 100 osób powie nam, że świetnie coś zrobiliśmy, a jedna nas wyśmieje, to skoncentrujemy się na tej jednej negatywnej opinii i ona zepsuje nam wszystko, co udało nam się dokonać. jeśli coś idzie nie tak, to od razu się zniechęcamy i zaczynamy myśleć, że generalnie wszystko jest bez sensu i nic nam się i tak nie uda. nie potrafimy dostrzec drzwi nowych możliwości. wpatrujemy się tylko ciągle w te, które nam właśnie zatrzaśnięto przed nosem. a może te nowe drzwi prowadzą do czegoś lepszego, ciekawszego? pewnie, możemy się bać, że to, co kryją jest straszne. ale nie przekonamy się, dopóki nie sprawdzimy. a jeśli to Bóg je otwiera, to mogą jedynie poprowadzić nas do nowych lepszych możliwości. tylko żebyśmy potrafili się w końcu oderwać od tych zamkniętych.
czwartek, 12 lutego 2009
gadu-niegadu
dzisiaj mamy dostęp do bardzo wielu środków komunikacji. ludzie nie wyobrażają sobie życia bez telefonów komórkowych. internet i wszelkiej maści komunikatory to chleb powszedni młodzieży, choć nie tylko. listy pisane odręcznie odchodzą do lamusa, stają się sztuką i to zanikającą. a mimo to tak ciężko jest się nam porozumieć. im więcej sposobów komunikacji, tym trudniejszy kontakt z drugim człowiekiem i większa izolacja. to, co miało pomgać w porozumiewaniu się zaczyna stanowić sposób na odcięcie się od ludzi. bo niby wymieniamy wiadomości, piszemy smsy, ale w skrótach i 140 literowych tekstach tak łatwo jest się ukryć. nic nie zastąpi osobistego kontaktu, rozmowy, wymiany spojrzenia. boimy się pokazać swoje prawdziwe oblicze, ale i pragniemy bezwarunkowej akceptacji. uciekamy do techniki, by się chronić, a jednocześnie cierpimy z braku pokrewnej duszy, z którą można pogadać ale i pomilczeć twarzą w twarz.
chaos
ostatnio mam wrażenie, iż otacza mnie ciągły chaos. i nie potrafię sobie z tym poradzić. w chaosie i w hałasie ciężko jest się skupić, usłyszeć własne myśli. cisza jest potrzebna. mnie w tej chwili bardzo. gdy wokół jest zbyt duży hałas, gubię siebie. muszę się odnaleźć i potrzebuję do tego spokoju. tylko jak znaleźć ten spokój, kiedy nie bardzo jest możliwe wyciszenie otoczenia? spróbuję sobie na to odpowiedzieć. może się uda.
poniedziałek, 26 stycznia 2009
...
wyjęci ze swojego środowiska robimy wszystko, żeby się zaadaptować do nowych warunków. staramy się żyć tak, jak dotychczas. czasami udaje się to lepiej, czasami gorzej. ale ponieważ nie jesteśmy 'u siebie', nie czujemy się do końca pewnie. nasze własne podwórko sprawia, że czujemy się bezpieczni. znamy każdy zakamarek i właśnie to 'znajome' daje nam poczucie pewności. czasami zmieniamy środowisko, miejsce pobytu, żeby poprawić sobie życie. i może zarabiamy lepiej, może życie okazuje się łatwiejsze i pewniejsze, ale nie zawsze potrafimy czuć się tam do końca pewnie. bo to nie 'nasze podwórko'. bycie u siebie, to nasza strefa bezpieczeństwa, ale i pewnego komfortu. trudno ją opuścić. życie niejednokrotnie zmusza nas do tego i wtedy dowiadujemy się o sobie wielu nowych rzeczy. w głębi serca każdy z nas wie, że nie jest u siebie, dopóki nie znajdzie tego, co wypełni pustkę, jaka znajduje się w naszej duszy. wtedy łatwiej trafić na swoje podwórko. tak zwany 'spokój ducha' sprawia, że bez względu na miejce pobytu i sytuację życiową, czujemy się pewnie i bezpiecznie. tak jest łatwiej.
sobota, 24 stycznia 2009
obserwacje
ostatnio oglądałam (jak chyba wiele osób) zaprzysiężenie nowego prezydenta naszego wielkiego brata zza wielkiej wody. wydarzenie ważne to fakt. ale ciekawie jest obserwować to w kraju, w którym to się dzieje. ludzie tutaj bardzo cenią sobie swoją wolność. w niektórych przypadkach osiąga to nawet rozmiary absurdu niezrozumiałe dla ludzi z innych krajów. ale zaciekawiło mnie jedno - ich stosunek do swoich przywódców. jeżeli nawalają, nie mają skrupułów żeby to zamanifestować. ale jeżeli popierają kogoś, to też to pokazują. nie boją się wyrażać krytyki, ale też nie obawiają się entuzjastycznie okazywać swojego poparcia. często śmiejemy się z ich patriotyzmu, jaki manifestują w swoich filmach, w których ratują świat. ale oni naprawdę są dumni ze swojego kraju. i chociaż przejskrawione, niektóre postawy są chyba warte naśladowania.
wtorek, 13 stycznia 2009
teatr jednego aktora
wydaje mi się, że czasami myślimy, iż życie to teatr jednego aktora. niby funkcjonujemy wśród ludzi, ale w wielu sytuacjach odsuwamy się, nieraz nawet izolujemy. wydaje nam się, że nie musimy, albo zwyczajnie chcemy dać sobie radę sami. jest nawet takie powiedzenie: 'umiesz liczyć - licz na siebie'. przyczyną najczęściej jest rozczarowanie ludźmi i ich postawami, zwód w przyjaźni czy związku. odsuwając się chcemy się chronić przed kolejnym zranieniem, unikamy bólu. ale życie nie jest teatrem jednego aktora. potrzebujemy ludzi - jedni tylko paru osób, inni tłumów. ale potrzebujemy mieć kogoś bliskiego. przyjaźń jest niezmiernie istotnym elementem naszego życia. to prawda, że wymaga od nas zaangażowania, ale jest to koszt, który warto ponieść. izolując się sami okradamy swoje życie z wielu wspaniałych przeżyć. być może unikamy bólu związanego z relacjami międzyludzkimi, ale nie wyeliminujemy go całkowicie z naszego życia. przyjaciele pomagają nam przetrwać trudne chwile. potrafią nam powiedzieć, że to co robimy jest złe. dają siłę, by iść do przodu i osiągać marzenia. pomagają dostrzec to, co naprawdę się liczy. człowiek orkiestra może i zbiera wiele oklasków, ale kiedyś trzeba zejść ze sceny. dobrze, gdy za kulisami są ludzie, dla których bardziej liczy się to, co jest w nas, niż to co potrafimy robić.
środa, 7 stycznia 2009
podróże kształcą
że podróże kształcą niby wszyscy wiemy. ale jak każde powiedzenie z czasem staje się pewnym powtarzanym sloganem i nie zawsze w pełni je rozumiemy i przyjmujemy. dzięki podróżowaniu poznajemy nowych ludzi, różne kultury, tradycje, zwyczaje i życie. niby ci sami ludzie - mają z reguły dwie ręce, dwie nogi i głowę, a jednak tak odmienni. ta różnorodność jest piękna. a jej poznawanie uczy nas pokory i dystansu do samych siebie. stajemy się bardziej wyrozumiali, ale też lepiej poznajemy to, co tkwi w nas. dobrze, gdy możemy podróżować i w ten sposób zmieniać sieie i poszerzać swoje życie. ale to wymaga od nas otwarcia na to, co jest w tych wszystkich miejscach, które odwiedzamy. bo przecież można pojechać do innego kraju i kompletnie nie zwracać uwagi na to, jak inaczej ludzie tam żyją.
ale nie zawsze jest nam dane podróżować. czy to znaczy, że w takim wypadku nie możemy stawać się bardziej otwarci i wyrozumiali? myślę, że nie. jeśli zadamy sobie trud poznania drugiego człowieka, to również odbędziemy podróż. podróż poza granice swojego ja. a tam jest ogromny i niezmiernie interesujący świat przepełniony ciekawymi ludźmi i ich historiami. możemy się od nich wiele nauczyć.
piątek, 2 stycznia 2009
senne rozmyślania
każdy człowiek ma potrzebę bycia potrzebnym. brzmi kiepsko, trochę takie masło maślane, ale to prawda. nie chcemy być wykorzystywani, ale chcemy być potrzebni. to daje nam poczucie akceptacji i przynależności. rola piątego koła u wozu raczej średnio nam odpowiada. no bo kto chciałby ciągle być zbędnym meblem? czasami mimo naszych starań i świadomości, że wszystko co robimy jest dobre i ptrzebne i tak czujemy się niepotrzebni. to boli. ale i tak wiemy, że nie będziemy w stanie postępować inaczej. czy w takim razie można się pogodzić z tym ucziuciem? może trzeba próbować? a może z czasem coś się zmieni? może to, że tak się czujemy jest jedynie wynikiem naszego kiepskiego samopoczucia lub zmęczenia? a może zwyczajnie jesteśmy egoistyczni i ciągle chcemy doświadczać wdzięczności? nie mam pojęcia. i jestem zmęczona. może jak się wyśpię to coś wymyślę...
środa, 31 grudnia 2008
życzenia
siedzę sobie właśnie przed komputerem, za oknem piękne słońce i około 15 stopni. miła odmiana. za 25 minut wszyscy znajomi będą świętować nowy rok. my za kilka godzin. czas płynie swoim rytmem. zawsze tak samo, bez względu na to, co chcielibyśmy z tym zrobić - on i tak robi swoje. nie jesteśmy w stanie uciec przed jego upływem. nawet zmieniając strefy czasowe. zatem cieszmy się tym, co jest nam dane. dostrzegajmy uroki chwil, przemijające momenty. zachwycajmy się przyrodą i drobnymi rzeczami, które w pędzie życia tak łatwo nam umykają. zauważajmy siebie nawzajem, okazujmy sobie więcej zrozumienia i ciepła. tego życzę nam wszystkim w nowym roku...
poniedziałek, 22 grudnia 2008
przeprowadzki
to niesamowite ile człowiek gromadzi w życiu różnych rzeczy - czasami całkiem niepotrzebnych. jesteśmy właśnie w trakcie wyprowadzki i przy okazji pakowania robimy porządki wśród naszych nagromadzonych 'skarbów'. okazuje się, że większość z nich jest zupełnie niepotrzebna, a niektóre to zwyczajne śmieci. są też takie, które w pewnym sensie są częścią nas - to pamiątki rodzinne, zdjęcia, drobiazgi, które w domu tworzą atmosferę i dają pełnię. bez nich wnętrze wygląda pusto i już nie jak 'nasz dom'. chyba trochę podobnie jest w życiu. przez lata gromadzimy cały bagaż przeżyć, kontaktów, znajomości i przyjaźni. nabieramy nawyków, przejmujemy zwyczaje i tradycje. wiele z tego jest dobre. kształtuje nas, czyni takimi, jakimi jesteśmy. ale jest też zbędny bagaż - śmieci, które nie tylko niepotrzebnie nas obciążają, ale mogą również nas osłabiać, męczyć, czasami niszczyć. może warto w życiu też zorganizować takie 'pakowanie'? nowy rok dla wielu jest pretekstem do podejmowania nowych zobowiązań, składania obietnic. zamiast tego może spróbować takiej wewnętrznej przeprowadzki - do nowego roku. przejrzeć wszystko, co nagromadziliśmy w swojej duszy i umyśle. wyrzucić śmieci, pozbyć się obciążającego nas bagażu przeszłości, niewłaściwych relacji. i wprowadzić się do nowego roku lżejszymi i dzięki temu szczęśliwszymi. czy tak się da? warto spróbować
wtorek, 16 grudnia 2008
nadchodzi przygoda
bardzo lubię filmy przygodowe, o poszukiwaczach skarbów, odkrywcach różnych tajemnic. wczoraj oglądaliśmy 'skarb narodów', już co prawda po raz kolejny, ale i tak przyjemnie się oglądało. ciekawa sprawa z takimi poszukiwaczami czy odkrywcami. mają cechę, która musi im pomagać w osiąganiu marzeń. ta cecha to gotowość próbowania czegoś nowego. w 'skarbie narodów' jest taka scena na końcu, w której odkrywają wreszcie skarb. wchodzą do sali, w której zgromadzone są różne bardzo cenne rzeczy. oświetlają to wszystko światłem pochodni, a zatem widok jest ograniczony. i nicolas cage podchodzi do kamiennego murku, w którym wydrążona jest niecka wypełniona płynem. sprawdza co to za płyn i możemy się domyślić, iż stwierdza, że jest to coś, co się pali, bo natychmiast zanurza w owym płynie pochodnię. znalazł włącznik światła! płyn wypełniał takie niecki na dużym obszarze i zapalony natychmiast rozświetlił potężną salę wypełnioną niezmierzonymi skarbami. i właśnie w momencie, gdy zanurzał tę pochodnię pomyślałam sobie, że poszukiwacz przygód nie ma oporu przed takim czymś. bo od razu myśli, że może to zaprowadzi go dalej. pomoże odkryć coś nowego, pomoże znaleźć się bliżej celu. ktoś inny zastanawiałby się, czy to nie wybuchnie, czy to nie spowoduje jakiejś katastrofy. poszukiwacz przygód jest gotowy stawić czoła nowemu wyzwaniu, byle tylko posunąć się o krok do przodu. bycie zachowawczym na pewno sprawia, że jest bezpiecznie (w pewnym sensie - na wiele spraw i tak nie mamy wpływu). ale to trochę tak, jak pływanie w kałuży - jest woda, utopić się ciężko, ale jaka z tego satysfakcja? życie też może być przygodą i wcale nie trzeba od razu szukać skarbów templariuszy (choć pomysł bardzo kuszący). wystarczy dać sobie szansę i czasami zaryzykować. nie bać się każdego nowego kroku, nowej rzeczy. nowe wyzwania niosą ze sobą nowe problemy, ale rozciągają nas i pomagają zbliżyć się do osiągnięcia pełnego potencjału jaki drzemie w każdym z nas. bo prawdą jest również to, że nie wszystko to, co daje nam poczucie bezpieczeństwa faktycznie jest bezpieczne. wydaje się nam, że nasza praca, dom czy mieszkanie, miejsce w którym żyjemy zapewnia nam stabilizację i czujemy się w tym bezpiecznie. zmiana jednej z tych stałych przeraża i powoduje zlot najgorszych myśli w naszej głowie. ale to wszystko kwestia perspektywy. czasami życie samo stawia nas w sytuacji, w której zostajemy pozbawieni tego, co dawało nam poczucie bezpieczeństwa. i wtedy musimy się jakoś z tym zmierzyć. rozbudzając w sobie poszukiwacza przygód możemy łatwiej znieść takie trudności, a nawet odnaleźć w nich pozytywne strony. bo nie wiemy, czy gdy zanurzymy pochodnię to przed nami nie wyłoni się sala wypełniona skarbami? po co oczekiwać tragedii? lepiej szukać skarbów :)
sobota, 13 grudnia 2008
pakowanie
zbliżają się święta i większość ludzi zaczyna ogarniać przedświąteczna gorączka. i chyba jest to normalne :) chociaż jak wczoraj pokazała jedna reklama - święta cieszą tylko w rodzinie. smutne, że tak wiele osób wcale nie lubi świąt, bo dla nich kojarzą się z samotnością. przypominają o tym, że ich życie nie do końca jest takie, jak być powinno...
a u nas też nie ma przedświątecznej gorączki. za to jest pakowanie. nie będziemy w tym roku mieli choinki, ani dekoracji świątecznych. są pudełka, ale to nie prezenty, tylko nasze książki, talerze... zaczynam się zastanawiać, czy to będzie nasza rodzinna tradycja? bo to już drugi raz wyprowadzamy się na święta! ale to co jest najważniejsze, to fakt że mamy siebie. i chociaż nie będzie choinki, a dom nie będzie pachniał jabłkami i cynamonem, to święta będą wspaniałe. bo będziemy razem. dziękuję Bogu, że dla mnie święta zawsze były i są szczególne, piękne i rodzinne. gdyby jeszcze spadł śnieg...
post nieco dziwny
chciaż sprawa dotyczy krajów bardzo od nas odległych i tak postanowiłam to tutaj zamieścić, bo internet to rzecz fascynująca i nigdy nie wiadomo, kto i gdzie trafi na ten wpis.
nasi przyjaciele z australii poszukują pewnej kobiety, aby poinformować ją, że jej dzieci - blźniacy - mają się dobrze i są w kochającej rodzinie. oto link do blga, który o tym informuje:
może się uda :)
sobota, 6 grudnia 2008
grudniowe refleksje
grudzień jest ciekawym miesiącem. najpierw barbórka, potem mikołaj, święta, sylwester. a w międzyczasie mnóstwo imienin lub urodzin krewnych i znajomych. przynajmniej tak jest u mnie. ale zaczyna się, jak każdy miesiąc dniem pierwszym. i właśnie pierwszego grudnia były urodziny mojej mamusi. niestety nie możemy ich razem obchodzić, bo nie ma jej wśród nas już prawie od ośmiu lat. ostatnio to właśnie skłoniło mnie to pewnej refleksji. przypomniały mi się wszystkie sytuacje związane z jej odejściem. pojawił się smutek, ale nie ma żalu.... zastanawiałam się dlaczego? kiedy spotyka nas tragedia, szczególnie kiedy tracimy kogoś bardzo bliskiego i kochanego, żal jest uczuciem bardzo naturalnym. niejednokrotnie połączonym z pretensjami do Pana Boga. z czasem ból i smutek trochę maleją, ale żal często pozostaje. jesteśmy obrażeni, że Bóg pozwolił na taką tragedię. rzucamy Mu w twarz: 'jak taki dobry Bóg mógł pozwolić na takie coś'. i idziemy przez życie ciągle źli na Stwórcę obwiniając Go za nasze nieszczęście. myślę, że Wielki Bóg w swojej niezmierzonej miłości i wiedzy rozumie to doskonale i wcale się temu nie dziwi. tylko chyba przykro Mu, że nie potrafimy zobaczyć tej sytuacji trochę inaczej. kiedy zmarła moja mamusia nie rozumiałam dlaczego tak się stało. było to nagłe, niespodziewane. wszyscy byliśmy zaskoczeni. ale w całej tej sytuacji wiedziałam, że nie chcę ani sekundy przeżyć bez Boga, bo wtedy na pewno nie dam sobie rady. pytałam Go dlaczego jej nie pomógł. i nadal tego nie wiem. ale wiem, że pomógł mnie - dał mi siłę, by żyć dalej, by wspierać tatę i babcię. łatwo jest obrazić się na Boga i obwinić Go za wszystko. tylko odwracając się od Niego zostajemy sami na placu boju. a ja wiem, że nie chcę przeżyć ani chwili bez Jego obecności. żyjemy w świecie będącym konsekwencją grzechu i musimy mieć tego świadomość. ale to od nas zależy, czy będziemy przedzierać się przez trudności życia codziennego i sytuacje, jakie nas spotykają, sami obrażeni na Boga, czy pozwolimy Mu iść obok nas dając nam odwagę i siłę na każdy dzień.
obserwujący
chciałam sprawdzić ile osób śledzi mojego bloga i po odkryciu stosownej aplikacji pomagającej w tym właśnie, natychmiast ją sobie zainstalowałam. okazuje się jednak, że jedyną osobą obserwującą moje pisanie jest.... mój mąż! to się nazywa wsparcie!!!
czwartek, 4 grudnia 2008
ścągnięte
przeczytałam dzisiaj na blogu, którego jestem wierną fanką, coś co bardzo mi się spodobało. postanowiłam to przytoczyć.
pewien rabin napisał, że nigdy nie wychodził z domu bez specjalnych kartek umieszczonych w obu kieszeniach spodni. w jednej kieszeni na kartce było napisane: "jestem tylko prochem". w drugiej kieszeni napis na kartce mówił: "ale dla mnie to wszystko zostało stworzone".
genialne
środa, 3 grudnia 2008
jak sobie pościelesz...
przysłowia chyba troszkę wyszły z użycia. a jednak czasami warto je sobie przypomnieć. jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz. co to znaczy? to znaczy, że sami często determinujemy to, jak wygląda nasze życie. na pewno nie mamy wpływu na okoliczności, w jakich funkcjonujemy. ale swoimi decyzjami, a także swoim spojrzeniem na życie sprawiamy, że żyje nam się lepiej albo gorzej. nawet lekarze stwierdzają, że pacjenci, którzy wierzą w wyzdrowienie, mają większe szanse na powrót do zdrowia. ci, którzy się poddają i rezygnują, zwykle szybciej podupadają na zdrowiu i rzadko zdrowieją.
różne sytuacje życiowe, zranienia, zawody, rozczarowania powodują, że przestajemy oczekiwać czegoś dobrego. wydaje nam się, że jeśli z góry założymy wersję pesymistyczną, wówczas nie będziemy mieli okazji się zawieść, rozczarować. i powoli zaczynamy przez takie okulary patrzeć na całe swoje życie. nie oczekujemy, że nam się poszczęści i dostaniemy podwyżkę, nie wierzymy, że uda nam się coś osiągnąć. i właściwie w ten sposób od razu stawiamy się na pozycji przegranej. nie chcę tutaj stwierdzić, że swoją wiarą, bądź niewiarą jesteśmy w stanie zmusić szefa do przyznania nam podwyżki. ale coś w tym jest. jeśli w swojej głowie zakładasz, że i tak się nie uda - raczej na pewno się nie uda. jeśli w swoich myślach przegrałeś - to przegrałeś. pozytywne nastawienie i oczekiwanie dobrych rezultatów sprawia, że zwiększamy swoje szanse na osiągnięcie sukcesu. strach przed rozczarowaniem i bólem powoduje, że wolimy zadowolić się czymś gorszym, porażką. wydaje nam się, że w ten sposób chronimy siebie. tylko, że w ten sposób okradamy się z wielu wspaniałych przeżyć. kiedy idziemy do restauracji i zamawiamy jakąś potrawę to z reguły dostajemy to, co zamówimy (chyba, że restauracja jakaś nie teges). i jeśli zamówimy coś najmniejszego, najtańszego i najmniej smacznego - nie dostaniemy propozycji szefa kuchni za najwyższą cenę. i chociaż w życiu nie możemy "zamówić" sobie wszystkiego, to jednak nasza postawa ma ogromne znaczenie. nie oczekując nic dobrego, nie możemy się spodziewać, że coś dobrego nam się przytrafi. może czas zacząć bardziej optymistycznie patrzeć na życie i oczekiwać również tych dobrych rzeczy?
wtorek, 25 listopada 2008
o przyjaźni
oglądaliśmy dzisiaj komedię. była niezła, chociaż odrobinę męcząca. ale pokazała, a może przypomniała mi jedną ważną rzecz. to, jakimi ludźmi się otaczamy, kształtuje nas. jeśli przebywamy wśród ludzi, którzy nie do końca nas akceptują, nie okazują nam szacunku, miłości, nie doceniają nas, to ciągle staramy się zrobić wszystko, żeby jednak być dla nich wystarczająco dobrzy. nie jesteśmy sobą, tak bardzo się staramy, że zaczynamy przybierać role, które mogłyby nam pomóc zostać zaakceptowanymi. tracimy swoją tożsamość, gubimy siebie, męczymy się. jeśli natomiast nasze otoczenie dostrzega naszą wartość, akceptuje i kocha nas takimi, jakimi jesteśmy, wówczas rozkwitamy. pozostajemy sobą, nabieramy ochoty, by zmieniać w sobie to, co faktycznie jest złe. mamy siłę by stawać się lepszymi, bo ktoś w nas dostrzega wartościowego człowieka. mówi się: 'pokaż mi, co jesz, a ja ci powiem, jakim jesteś człowiekiem' (albo coś w tym stylu). można też powiedzieć: 'pokaż mi swoich przyjaciół, a ja ci pokażę twoją przyszłość'. ludzie nam najbliżsi pomagają nam albo rozkwitnąć, albo zwiędnąć. a to determinuje, czy nasza przyszłość jest jasna, czy też ciemna i smutna. dobrze mieć wokół siebie wartościowych ludzi. dzięki nim jesteśmy lepszymi ludźmi. i szczęśliwszymi.
poniedziałek, 24 listopada 2008
śnieg
dla mojego Bartka to pierwszy śnieg w jego życiu - pierwszy, który zobaczył. niesamowite jest to, że za każdym razem, kiedy wygląda przez balkon, jest zdumiony widokiem. i to jest takie piękne... i śnieg ma swój wyjątkowy urok. przykrywa szary smutny świat, który nagle wygląda tak bajkowo. nic dziwnego, że budzi nieustający podziw w małym chłopcu, który świat odkrywa całym sobą, a każda nowa rzecz jest wspaniała, niesamowita i... nowa przez długi czas :) dziecko potrafi cieszyć się czymś za każdym razem, nawet jeśli widzi to po raz drugi czy trzeci. jest tak wiele cech malucha, które chciałabym umieć odnowić w sobie. odnaleźć dawno zapomniane i zagubione radości z drobnych spraw, ufność tak szczerą i tak ogromną. stać się jak dziecko - nie jest to wcale takie łatwe... nawet jeśli i mnie cieszy biała pierzynka okrywająca świat za moim oknem.
niedziela, 23 listopada 2008
boli
są takie sytuacje kiedy mam wrażenie, że zostałam na drugi, albo i trzeci rok w tej samej klasie. rani mnie ta sama osoba, w podobny sposób, a ja ciągle tak samo to przeżywam. nie potrafię się na to przygotować, nie potrafię uodpornić i chociaż powinnam być na zawód przygotowana po wcześniejszych doświadczeniach, to i tak na nowo wszystko analizuję i trawię. i ciągle tak samo boli. a może nawet bardziej? może nadzieja, że tym razem będzie inaczej, powoduje, że ból jest bardziej dotkliwy? chciałabym umieć wznieść się ponad to. chciałabym umieć przykryć wszystko miłością. chciałabym nie czuć żalu i rozczarowania, że znowu zostałam zapomniana, odepchnięta, odsunięta na dalszy plan. i kiedy czuję się wykorzystana, potrzebna tylko wtedy, kiedy akurat nie ma nikogo innego, zastanawiam się po co to wszystko? po co się starać? po co pomagać? po co otwierać serce? i wtedy sobie przypominam, że nie robię tego dla wdzięczności. daję siebie, aby ktoś mógł zajść dalej, osiągnąć więcej, stać się kimś innym, może lepszym. tylko, że to i tak boli. a stara prawda, że wdzięczność starzeje się najszybciej, chociaż dobrze mi znana, niewiele pomaga.
środa, 5 listopada 2008
tak mało, a tak dużo
czasami tak niewiele potrzeba. nieraz trudzimy się, żeby w jakiś szczególny sposób okazać komuś swoje uczucia, szacunek, radość z posiadania kogoś tak bliskiego. i to jest miłe. pokazuje nasze zaangażowanie. ale czasami właśnie wystarczy tak niewiele. po prostu spotkanie, odwiedziny, bycie razem. to co najcenniejszego możemy sobie dać, to czas jaki jesteśmy gotowi dla siebie poświęcić. dzisiaj wszystko dzieje się szybko. szybko żyjemy i dlatego tak ważne są te wspólne chwile, kiedy razem zatrzymujemy się na moment, aby tak zwyczajnie ze sobą pobyć. to bycie utrwala przyjaźń, wzmacnia więzy rodzinne i wyraźnie mówi - zależy mi, kocham. tak mało, a jednak tak dużo. jest ktoś, kto ma dla nas cały czas, kto sam jest ponad czasem. wystarczy, że my zatrzymamy się na chwilę w tym biegu przez życie i Jemu oddamy kilka naszych cennych chwil. Jemu zależy. a nam? On kocha. a my?
piątek, 31 października 2008
wybiórcza ekologia
niedawno wiele sieci supermarketów zaprzestało dawać swoim klientom tak zwane jednorazówki (tudzież 'zrywki') w imię ekologii. niektóre nawet zaproponowały torby ekologiczne - biodegradowalne. nazwa fantastyczna, im mądrzej brzmi, tym lepsi jesteśmy ;) szkoda tylko, ze wystarczy się przejść na stoisko z owocami i warzywami, a ekologia znika jak kamfora... tam już nie ma toreb biodegradowalnych czy innych zastępujących plastikowe jednorazówki. dużo szumu, a i tak nadal zaśmiecamy ziemię. ale z przodu, przy kasach wszystko wygląda ładnie.
czwartek, 30 października 2008
mądrość i kobieta
nie żebym uważała, że to zestawienie nie pasuje ;) od dłuższego czasu znajomi mają opis na gg: 'mądrość jest jak kobieta, zawsze się spóźnia'. i za każdym razem, jak to czytam to troszkę mnie to drażni. i nie chodzi o to spóźnianie, bo ja akurat kobietą jestem i raczej się nie spóźniam. uważam spóźnianie za brak szacunku wobec osób, z którymi się spotyka. ale o tę mądrość mi chodzi. bo czy mądrość może się spóźnić? mądrość można zdobywać, można jej nabierać. sama nie przychodzi. a skoro sama nie przychodzi, to czy potrafi się spóźnić? a może to my się spóźniamy z jej zdobywaniem? a może czasami zamiast wziąć lekcję od życia, wolimy za każdym razem popełniać te same błędy? na pewno są sytuacje, w których mądrości nam brakuje i nie jest to nasza wina, ale właśnie wtedy możemy jej nabrać. uczymy się na błędach, mądrość zdobywamy przez całe życie. kobiety się spóźniają, mężczyźni też. a mądrość czeka, żebyśmy ją zdobyli.
poniedziałek, 27 października 2008
pozory mylą...
a to dla tych wszytkich, którym się wydaje, że muszą koniecznie się zmienić, żeby wyglądac, jak modelki....
poniedziałek, 20 października 2008
czy wierność jest zawsze trudna?
to pytanie zakłada, że wierność jest trudna. zastanawia się jedynie, czy zawsze.... czasami mam wrażenie, że żyję w świecie zbiorowej schizofrenii. w jednym programie telewizyjnym mówi się o polskim papieżu i wartościach, jakie chciał w swoich rodakach zaszczepić, a za chwilę podważa się podstawowe wartości, na jakich powinno opierać się nasze życie. jeżeli wierność jest trudna, to po co zawierać przyjaźnie, związki, funkcjonować w jakichkolwiek zależnościach społecznych? to pytanie spowodowało, że zaczęłam się zastanawiać nad czymś, co nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy. nigdy nie wydawało mi się, że wierność jest trudna. jest dla mnie czymś tak normalnym, jak to że oddycham. nie wyobrażam sobie żadnej głębszej więzi emocjonalnej bez wierności. nie potrafiłabym żyć nie będąc wierną swoim przekonaniom. trudna wierność? może w schizofrenicznej rzeczywistości, w której słowa odpowiedzialność, opieka, miłość są archaizmami, których nikt już nie rozumie, albo nie chce rozumieć. wspaniale jest przy okazji rocznicy powspominać i poopowiadać sobie, jakie to piękne wartości wpajał polakom papież, ale przecież życie to już zupełnie inna bajka.... schizofrenia jest chorobą. dlaczego niektórzy sami ją wybierają?
wtorek, 14 października 2008
roboty drogowe
w naszej metropolii postanowiono zrobić porządek z różnymi ulicami i trochę je ponaprawiać. okazało się, że po wyłączeniu z ruchu dwóch ulic, w mieście jest bardzo ciasno... niedawno rozpoczął się remont skrzyżowania tuż przy naszym osiedlu. w związku z tym zrobiono objazdy - sprawa zrozumiała. nagle ciche za zwyczaj uliczki naszego małego osiedla stały się świadkiem zadziwiających wyczynów kierowców. o ile przyjezdni faktycznie mogą się czuć lekko zagubieni, to jednak nie potrafię zrozumieć 'tubylców'. okazuje się, że równoległe skrzyżowanie stało się łamigłówką niezwykle trudną do rozwiązania - no bo kto powinien jechać pierwszy??? a jazda pod prąd, to przecież nic nadzwyczajnego... wystarczy wyłączyć jeden malutki element z drogi, którą poruszamy się każdego dnia i ludzie się gubią. jeździmy na pamięć i wytrąceni z rytmu nie potrafimy zareagować w podstawowych sytuacjach w ruchu drogowym. a gdy w życiu, z misternie połączonej w całość układanki zostanie usunięty jeden mały element, czujemy się równie zagubieni. a może nawet bardziej. może żyjemy też trochę na pamięć? a może wydaje nam się, że raz ułożone puzzle muszą już pozostać niezmienione? owszem można dołożyć coś nowego, ale nie usuwać. bo będzie dziura, bo zakłócimy ustalony od dawna porządek. i jak wtedy się odnajdziemy? zaczniemy jeździć pod prąd?
wtorek, 7 października 2008
zapalimy?
zakupiłam ostatnio pisemko 'bluszcz'. jest to nowy (a właściwie wznowiony) miesięcznik dla kobiet. ale nie jest to taka zwykła kolorowa gazeta dla pań. myślę, że spokojnie mogę powiedzieć, iż jest to pismo stanowczo wyższych lotów. publikują tam zarówno panie, jak i panowie, którzy wiele mają wspólnego z literaturą, publicystyką, historią. dużo ciekawych artykułów, fragmenty powieści, felietony. krótko mówiąc - dużo dobrego czytania. podoba mi się. chyba zostanę stałą czytelniczką.
i od razu na początek krytyka :) jeden z artykułów dotyczy palenia. napisany ciekawie i ze swadą, nawet zgadzam się z niektórymi argumentami. jednak generalnie się nie zgadzam :) nie uważam, że zakazy palenia są bezsensem. autorka radzi oddzielić dorosłych od dzieci i nie prowadzić małoletnich do miejsc, w których spotykają się dorośli ludzie. a w ten sposób nie trzeba będzie wprowadzać zakazów. o ile zgadzam się, że piwiarnia, pub czy innej maści knajpa nie jest najlepszym miejscem dla dziecka, to dlaczego mam nie chodzić do restauracji? dlatego, że mam dziecko? a może powinnam je zostawić na zewnątrz? jest taka jedna 'restauracja', w której nie wolno palić, a i dla dzieci jest specjalne miejsce. wszędzie ją można znaleźć - reklamuje się przez charakterystyczne złote łuki. tylko podobno jedzenie tam niezbyt zdrowe.... czyli co - nie zakazywać palenia w restauracjach, a zamiast tego rodziny z dziećmi niech chodzą tam, gdzie z zasady nie wolno palić. i niech nam rośnie pokolenie na 'fastfudach'... a co z dorosłymi, którzy nie palą i nie lubią dymu? nam też zostaje wielkie M :)
sobota, 4 października 2008
goooool!
wyprawa na mecz piłki nożnej kiedyś kojarzyła się ze świetną atmosferą, wspólnymi okrzykami (cenzuralnymi), śpiewem i mnóstwem wrażeń - sportowych rzecz jasna. obecnie obok tego wszystkiego dochodzą jeszcze tzw. 'kibole' i udaje im się wspaniale przyćmić wspomniane wyżej elementy. dzisiaj ulicą przejeżdżało kilka samochodów policyjnych na sygnale. wszystkie jechały w stronę stadionu. nie wiem, czy akurat był mecz, ale pewien mały chłopiec w odpowiedzi na pytanie dokąd te auta jadą, usłyszał od babci odpowiedź: 'na stadion. kibice przyszli na mecz'. ciekawe, że duża ilość policji kojarzy się ludziom głównie z meczami.... szkoda, że takie sytuacje stały się normalnością. no właśnie, co to jest normalność?
obrazy z dzieciństwa
dziś rano włączyłam telewizor i ku swojemu zdumieniu na jednym z kanałów znalazłam 'anię z zielonego wzgórza'. to ciągle jedna z moich ulubionych książek, a i wersję filmową lubię oglądać. postanowiłam przedstawić anię mojemu piętnastomiesięcznemu synkowi. podobało mu się ;) chociaż nie oglądał zbyt długo (a to akurat dobrze, bo przecież małe dzieci nie powinny oglądać telewizji!!!). te znajome obrazy przynoszą bardzo miłe skojarzenia. emanuje z nich ciepło, uśmiech, pozytywna energia. dzisiaj szczególnie uderzyła mnie rozmowa mateusza i maryli po tym jak mateusz przywiózł anię ze stacji kolejowej. maryla argumentowała, dlaczego nie potrzebują dziewczynki, na co mateusz odpowiedział: 'może ona nas potrzebuje'. wszystko w życiu traktujemy w kategoriach 'potrzebuję-nie potrzebuję'. jeśli coś jest dobre dla mnie, to pasuje. jeśli nie - to po co robić sobie kłopot? a może nie o to tylko chodzi? może obok wszystkich 'potrzebuję' czasami warto zrobić miejsce dla 'on/ona/ono mnie potrzebuje'? odkładając na bok argumenty i swoje potrzeby, dojrzeć potrzebę w drugim człowieku. to wymaga odwagi, ale i rezygnacji chociaż na chwilę z własnego ja. i nigdy nie będziemy w stanie przewidzieć, jak ogromny wpływ możemy wywrzeć na czyjeś życie. tylko czy się odważymy?
czwartek, 2 października 2008
dobre wychowanie?
zastanwiam się czy takie określenie nie stało się archaizmem.... niestety. byłam dzisiaj na pewnym przedstawieniu. mogłam się dobrze przyjrzeć widowni, bo co jakiś czas stałam na scenie (tłumaczyłam amerykanów, którzy pokazywali fantastyczne wyczyny siłowe - tacy 'strongmeni' tylko na żywo, a nie w tv). pamiętam, że kiedy w dzieciństwie chodziłam na przedstawienia, to normalne było siedzienie do samego końca i nie rozmawianie w czasie, gdy na scenie ktoś mówił. a właściwie w trakcie całego spektaklu siedziało się cicho, nawet jeśli średnio się nam podobało. dzisiaj stwierdziłam, że takie zachowanie dla wielu nie stanowi normy. wstawanie w trakcie, wychodzenie i rozmowy były dla niektórych sprawą zupełnie normalną. trochę to przykre. bo może shakespeare to nie był, ale jednak ktoś się produkował na scenie i chyba ze zwykłej przyzwoitości wypadałoby się zachować. pocieszające jest to, że wielu widzów pozostało na miejscach i nie przeszkadzało innym w oglądaniu. szkoda, że tak zwana kindersztuba jest teraz towarem deficytowym. może to wina bezstresowego wychowania? a może takie czasy nastały, że nawet gwiazdki szczycą się tym, że w życiu codniennym używają wulgaryzmów? a ja i tak będe postępować po swojemu. nawet jeśli to przestarzałe i niemodne.
wtorek, 30 września 2008
jeszcze o jesieni
dzisiaj, kiedy spacerowałam z synem zauważyłam, że w ogródkach na trawnikach pojawiły się stokrotki. to samo widziałam w zeszłym roku. nie znam się na roślinach, z biologii nigdy nie byłam mocna, a i to czego się nauczyłam już dawno poszło w niepamięć :) ale wydało mi się to dziwne. stokrotki widziałam wiosną, a tu jesienią znowu się pojawiają. stanowią taką miłą niespodziankę. pośród jesiennych kwiatów, kolorowych liści, kasztanów i żołędzi rosną sobie białe delikatne kwiatuszki. trochę tak, jakby zapomniały, że to nie ich czas. są tak malutkie, że nie zawsze można je zobaczyć. trzeba zwolnić tempo, zatrzymać się na chwilę i zachwycić pięknem otaczającego nas świata. wtedy je dostrzeżemy. podobnie jak w życiu - pędząc ciągle przed siebie w wyścigu szczurów często widzimy niewiele. wszystko wydaje się rozmyte, szare. ale gdy zwolnimy, zatrzymamy się na chwilę, dostrzeżemy stokrotki. te drobne, delikatne rzeczy, które nadają życiu smak i kolor, a na naszych twarzach wywołują uśmiech.
poniedziałek, 29 września 2008
jesienne chipsy
z reklam to się człowiek może dowiedzieć tyle o sobie i o życiu.... bo na przykład najlepiej smak jesieni utrwalić w chipsach. po co ciasto ze śliwkami? po co przetwory? chipsy o smaku grzybów w śmietanie i od razu pachnie jesienią! a co z męskim poczuciem wartości? wystarczy szampon do włosów i wyleczony łupież, a od razu facet poczuje się pewniej. a czy wyobrażasz sobie kuchnię bez stolnicy? ja tak, ale ja to dziwna jestem. no i oczywiście każda dziewczyna, która chce, żeby jej się chłopak oświadczył koniecznie musi korzystać z odpowiedniej pasty do zębów. bo nie da rady - żaden się nie oświadczy, jak zęby nie będą błyszcząco białe! (a co, jak ktoś ma żółtą kość???) gdyby nie reklamy, życie byłoby takie niepełne. i człowiek taki niedokształcony. jak to dobrze, że wymyślono marketing - i żyje się lepiej ;)
wtorek, 16 września 2008
.99
ceny z końcówką 99 nie stanowią nowości. jest to tak zwany chwyt marketingowy, który powoduje, że chętniej kupujemy produkty z taką końcówką. bo 4,99 to nie to samo co 5. ludzie pytani czy na taką cenę mówią, że to już 5 zł czy raczej 4, odpowiadają, że przecież do ciągle 4 zł.... i tutaj pokuszę się o niepopularną tezę - może gdyby matematyka była odrobinę ważniejsza w szkole i gdyby więcej się do niej przykładać, to nie wpadalibyśmy w pułapkę handlowców i nie kupowalibyśmy telewizora za 2999 tylko dlatego, że to jednak nie 3000... o ile pamiętam, to uczona nas, że w przypadku zaokrąglania ułamków to, co jest powyżej 5 po przecinku zaokrągla się do góry. dla mnie jakakolwiek cena z końcówką 99 wcale nie jest niższa - ja zaokrąglam do góry. wizualnie łatwo można ulec iluzji, ale jeśli coś się wie, to się wie i nie tak łatwo ulec chwytom marketingowym. ale może ja po prostu jestem dziwna?
poniedziałek, 15 września 2008
inny rodzaj iluzji
zaciekawił mnie tytuł w jednym z portali internetowych 'Chrystus zamiast kokainy' czy coś podobnego. chciałam zobaczyć, co to jest, ale niestety nie udało mi się odtworzyć filmu. przeczytałam jedynie nagłówek, który mówił, że ewangeliccy duchowni w slumsach gdzieś bodajże w kolumbii oferują zbawienie handlarzom narkotyków. akurat dla mnie sprawa nie dziwna. zwróciłam jednak uwagę na jeden z komentarzy - "otrzymali inny rodzaj iluzji". i to mnie zastanowiło. to prawda, że nie każdy wierzy w Boga i nie każdy musi wierzyć w Boga. zapewne wielu ludzi twierdzi, że wiara to iluzja. tylko takie podsumowanie w tym przypadku trochę mnie ruszyło. jakkolwiek dziwaczne się może komuś wydawać, że są ludzie, którzy uważają, że ich wiara i ich Bóg może pomóc przezwyciężyć nałogi i uzależnienia, czy zmienić życie, to takie podsumowanie przejścia od sprzedawania śmierci do życia dla Boga i innych wydaje mi się bardzo płytkie. bo iluzja, jaką dają narkotyki doprowadza z reguły do jednego - zniszczenia. a wiara w Boga, nawet jeśli dla kogoś jest iluzją (i nie mówię tu o fanatyzmie, ale o zdrowej i szczerej wierze) buduje, a nie niszczy, pomaga żyć, a nie zabija. stwierdzając, że tacy ludzie otrzymali tylko inny rodzaj iluzji mówimy, że właściwie to wszystko jedno, której iluzji się poddają. ale czy na pewno. bo jeśli taki handlarz narkotyków naprawdę się nawróci, wyjdzie z nałogu i przestanie pomagać innym w samozniszczeniu, to ja myślę, że to nie jest wszystko jedno. dla mnie wiara nie jest iluzją. jest moim życiem. ale jeśli ktoś nie widzi różnicy między iluzją narkotyków, a "iluzją" wiary, to może sam podlega jakiejś iluzji? tylko jakiej? a może dla niego wiara to to samo co religia, a chrześcijaństwo kojarzy się z krucjatami? może czasem warto pofatygować się i sięgnąć do źródeł, a przy okazji przyklasnąć tym, którzy zamiast siedzieć na tyłku i krytykować innych, próbują zmienić świat, w którym żyją.
niedziela, 14 września 2008
notatka o czymś
skoro już o programach rozrywkowych mowa, to oglądaliśmy wczoraj 'mam talent'. ujęła mnie wypowiedź jednej dziewczynki - jedenastolatki, która śpiewała piosenkę czesława niemena. zapytana przez prowadzącego, dlaczego wybrała piosenkę właśnie tego autora, odpowiedziała, że 'lubi, kiedy piosenka jest o czymś'. piękne. szczególnie w ustach tak młodej osoby. ja nie należę do tych, którzy bez muzyki nie potrafią żyć. owszem lubię posłuchać, ale nie muszę. muzyka nie towarzyszy mi non stop. ale ja też lubię, jak piosenka jest o czymś. dobra muzyka to jedno, dobry tekst to zupełnie inna historia. i tak jak wśród wielu tytułów tak zwanych 'tabloidów', kiedyś potocznie zwanych brukowcami oraz kolorowych magazynów i innych tytułów prasowych trzeba dobrze przebierać, żeby znaleźć wartościową lekturę, tak samo w piosenkach. wiele tekstów jest o niczym, albo odzwierciedla to, co możemy poczytać lub zobaczyć w plotkarskich programach. na szczęście są teksty ponadczasowe, jak wspomniana piosenka czesława niemena. i są ludzie, którzy dzisiaj również piszą piosenki o czymś. oby więcej było takich młodych osób, jak jedenastoletnia kamila (mam nadzieję, że dobrze zapamiętałam jej imię), dla których treść ciągle jest ważna.
ranking gwiazd?
stacje telewizyjne prześcigają się w tworzeniu i pokazywaniu nowych teleturniejów i programów rozrywkowych, w których gwiazdy, bądź zwykli śmiertelnicy rywalizują ze sobą w tańcu, śpiewie itp. i w związku z tym mamy również wysyp jurorów różnej maści. niedawno na jednym z portali internetowych przeczytałam, że któraś z gazet robiła ranking, kto wypłynie, a kto 'odpłynie' w nowym sezonie telewizyjnym. wśród gwiazd i gwiazdeczek byli także jurorzy nowych i starych programów. o dziwo, dla jednych zostanie jurorem okazywało się nobilitacją i 'wypłynięciem', ale już dla innych ma oznaczać 'odpłynięcie' i zejście na drugi plan w tak zwanej 'branży'. dziwne, bo zarówno jedni, jak i drudzy i tak mają od dawna ustaloną pozycję na rynku, chociaż często w swoje branży. i może wystąpienie w tv przyda im popularności, to raczej nie zmieni ich statusu gwiazdy. dlatego zastanawiam się, po co takie rankingi? i komu one mają służyć? bo pewnie komuś się przysłużą.... szkoda, że dzisiaj wszystko polega na porównywaniu się, upodabnianiu do innych. magdalena samozwaniec powiedziała kiedyś: '...a za moich czasów to każda starała się być inna. żadnej do głowy nie przyszło, aby się na kimś wzorować czy naśladować, może dlatego, że każda chciała pokazać, co ma najładniejszego, a schować to, co miała niezbyt udanego.' uważam, że warto wzorować się na innych, ale w sposób zdrowy. a ciągłe porównywanie się nie pomaga w budowaniu poczucia własnej wartości. bo zawsze znajdzie się ktoś ładniejszy, zgrabniejszy, wyższy, niższy, bogatszy, biedniejszy, mądrzejszy, głupszy... a w mediach zawsze ktoś wypłynie, ktoś odpłynie, dzisiaj 'gwiazda', jutro nikt nie pamięta, jak się nazywa. a my to wszystko oglądamy i czasami zapominamy, że to tylko telewizja.
piątek, 12 września 2008
idzie jesień
dzisiaj na spacerze z bartkiem zostaliśmy 'otoczeni' jesienią. było chłodno, wilgotno i ponuro. a gdzie złota jesień? i czy babie lato tak szybko powinno się kończyć? nie wiem, czy jest to sprawa wieku, czy zmiany klimatu, ale ostatnio pory roku mnie zaskakują swoim nadejściem. nie jestem na nie przygotowana! pory roku powtarzają się cyklicznie, a i tak potrafią mnie zaskoczyć. a co ze zmianami w życiu? niektóre nadchodzą powoli i zdążymy się do nich przyzwyczaić. ale te są rzadkością. zwykle pojawiają się nagle. i jak się z nimi oswoić? może dlatego tak trudno jest nam się dostosować, zmienić. a jednak zmiany są nieuniknione i bardzo nam potrzebne. zmieniając się żyjemy. bez zmiany jesteśmy narażeni na wegetację. gdyby tylko były łatwiejsze :)
poniedziałek, 8 września 2008
bezstresowe wychowanie
dzisiaj rano padał deszcz. w związku z tym spacer mógł się odbyć dopiero po południu. wyszliśmy sobie z bartkiem przed blok i po chwili mój syn zobaczył pierwszą kałużę... muszę tutaj nadmienić, że on wodę uwielbia. nie trudno sobie wyobrazić, co się stało potem - bartek biegiem ruszył w stronę wspomnianej kałuży i od razu wsadził w nią ręce... stwierdziłam - trudno, i tak pewnie by się wypaprał, więc nie będę się przejmować. niestety nie przewidziałam tego, co nastąpiło po chwili.... bartek z wielką radością usiadł sobie.... nie, nie obok - w kałuży! powinnam była wiedzieć, że tak się to skończy. ale cóż, nauczka na przyszłość. pozwoliłam mu więc chwilkę się pobabrać w wodzie, pobiec do następnej kałuży i tam również sobie usiąść. i tak był brudny i mokry, więc co za różnica? i wtedy właśnie nadszedł starszy pan z psem, spotkał drugiego starszego pana z psem, chyba znajomego i oczywiście nie omieszkał skomentować sytuację, której był świadkiem: 'proszę, mama pozwala się bawić w kałuży'. domyślam się, że w jego stwierdzeniu nie było dobrodusznego podtekstu: 'super chłopie, korzystaj bo masz fajnie'. było to raczej wypowiedziane z przekąsem, jak gdyby chciał powiedzieć: 'ach ci dzisiejsi rodzice. już na wszystko dzieciom pozwalają.' i pewnie nasz widok do tego skłaniał. a jednak - przecież wcale tak nie jest. nie zna mnie, ani moich metod wychowawczych. nie wiedział, co się wydarzyło przed jego pojawieniem. tak szybko wydajemy opinie i osądzamy bliźnich.... takie to proste. a ile krzywdy tym wyrządzamy? mnie jest wszytko jedno, co pan z psem, a nawet dwóch panów z psami, o mnie myśli. już nawet sobie wyobrażam, jak będą o mnie opowiadać swoim żonom :) tylko że są sytuacje, w których szybki osąd może bardzo skrzywdzić drugą osobę. a ile złego wyrządza nam samym?
niedziela, 7 września 2008
w niepamięci
znalazłam dzisiaj pewien pomnik, o którego istnieniu nie miałam pojęcia. jest poświęcony 44 więźniom politycznym zamordowanym przez hitlerowców. znajduje się w takim miejscu, że trzeba albo być mieszkańcem dzielnicy, albo interesować się historią i swoim miastem. bardzo ładny i cichy zakątek, ale trochę....zapomniany. te odwiedziny sprawiły, że pomyślałam o tysiącach pomników postawionych dla dzielnych ludzi, o których często już się nie pamięta. szczytny cel, ale wkrótce zapomniane miejsce... podobnie jest z cmentarzami. uwielbiam włóczyć się po starych cmentarzach (wiem, dziwna jestem) i czytać nagrobki ludzi zmarłych na początku ubiegłego wieku, albo i wcześniej. zawsze wyobrażam sobie, jak mogło wyglądać ich życie. na tych grobach rzadko można zobaczyć kwiaty. niestety ci, którzy o nich pamiętali pewnie spoczywają już w swoich grobach... właśnie - o pomnikach szybko się zapomina. stawia się je, aby pamiętać. a tak szybko się zapomina. dobrze, że są ludzie - pasjonaci, którzy nie pozwalają nam zapomnieć. oni przypominają dlaczego stawiamy pomniki, komu i za co. oni żyją wartościami ludzi, których pamięć kultywują. i to te wartości pomagają nam ocalić od zapomnienia cennych, mądrych, odważnych i kochanych ludzi. ludzi, którzy są tacy jak my, ale w chwili próby potrafili wznieść się ponad swoje słabości. zapomniane pomniki kiedyś pewnie znikną, ale pamięć o tych, na których cześć stanęły pozostanie dzięki wartościom, którymi żyli, a które przetrwały w nas.
Subskrybuj:
Posty (Atom)