mój prawie jedenastomiesięczny synek właśnie wszedł w etap zachwytów nad wszystkim. parujący garnek jest fascynujący, a zabawka wydająca ten sam dźwięk po raz 15 w ciągu kilku minut jest czymś niezmiernie zajmującym i wywołuje dźwięki podziwu. śmiejemy się z tego, ale jest w tym coś uroczego. zachwyca go wszystko - krzewy, kwiatki, ptaki, książki, zabawki, butelka po wodzie mineralnej, pudełko.... chyba spróbuję się od niego uczyć. bo w miarę upływu czasu, jakoś tracimy tę zdolność. wszystko wydaje nam się zwyczajne, przeciętne, znane. a przecież można inaczej. można zatrzymać się na chwilę i zachwycić wyglądem nieba, stokrotką rosnącą na przydomowym trawniku, śpiewem ptaków... i nagle życie zaczyna być bardziej kolorowe. a ja staję się spokojniejsza, bardziej wyciszona. życie zwalnia i chce się odetchnąć głębiej. nawet od niespełna rocznego dziecka można się czegoś nauczyć. trzeba tylko chcieć...
poniedziałek, 26 maja 2008
piątek, 23 maja 2008
zdecyduj się człowieku
doszłam ostatnio do wniosku, że przykładową matką polką to ja nigdy nie będę. zwyczajnie się do tego nie nadaję... jest coś, co mnie przeraża - a mianowicie to, że każdy kolejny dzień wygląda tak samo. zbyt wczesne wstawanie, jedzenie, zabawa, drzemka, jedzenie, spacer, drzemka, jedzenie, zabawa, jedzenie, jeszcze trochę zabawy, kąpiel, jedzenie i sen... (oczywiście suto przeplatane przewijaniem). to samo codziennie... chyba nie mogłabym pracować w fabryce na jakiejś taśmie produkcyjnej. ale w tym wszystkim jest pewien paradoks. niby każdego dnia to samo, a jednak mój syn dba o to, żeby czasami czymś mnie zaskoczyć. i chociaż zwykle pierwsza drzemka jest około półtoragodzinna, to od czasu do czasu trwa 'aż' pół godziny. i niestety z reguły... wyprowadza mnie to z równowagi! niby to samo każdego dnia mnie męczy, a jednak taka zmiana denerwuje. no to czego ja właściwie chcę? może to tylko kwestia czego ten element zaskoczenia dotyczy (a krótsza drzemka potrafi troszeczkę zburzyć z góry zaplanowany porządek dnia)? tylko chyba czasami podobnie jest w życiu. denerwuje nas schematyczność, ciągle te same obrazy przewijające się przed oczami. ale kiedy coś się zmieni, to od razu się jeżymy. bo przecież zakłócony został nasz odwieczny porządek - zawsze tak było, a tu nagle.... no właśnie. to czego my tak naprawdę chcemy???
wtorek, 20 maja 2008
uczniem być
ostatnio przechodziłam obok pewnego kościoła, nad którego wejściem umieszczono duży napis mówiący o ile dobrze zapamiętałam: 'bądźmy uczniami Chrystusa'. miejsce dla takiego napisu właściwe, ale... no właśnie. zaczęłam się zastanawiać, czy napis jest skierowany do osób przychodzących do tego kościoła, czy może do tych, którzy obok niego tylko przechodzą. bo jednak jest pewna różnica. jeżeli do przechodniów, którzy nie są zainteresowani, to może wzbudzić jakąś iskierkę ciekawości. może sprawić, że zaczną się zastanawiać. być może zachęci ich do refleksji na swoim życiem.
a jeśli do tych, którzy są stałymi bywalcami, to czy naprawdę trzeba im o tym przypominać? tak sobie myślę, że pewnie czasami się to przyda, ale jednak nie powinno tak być. uczniowie Chrystusa - chrześcijanie. teoretycznie każdy, kto mieni się chrześcijaninem powinien być Jego uczniem i naśladowcą. jeśli nim nie jest, to tak naprawdę nie jest także chrześcijaninem.... jeśli chodzimy do kościoła, a nie jesteśmy uczniami Chrystusa, to dlaczego tam chodzimy? uczeń charakteryzuje się tym, że ciągle się uczy, nie jest doskonały, ale dąży do tego, aby jak najlepiej naśladować swojego Nauczyciela. ale czy trzeba mu przypominać, że ma być uczniem? on tym uczniem jest z wyboru, a zatem sam chętnie poddaje się nauce i ze wszystkich sił stara się naśladować swojego Mistrza. chyba smutno musi być Nauczycielowi, jeśli ci, którzy nazywają siebie Jego uczniami, jednocześnie nie spełniają warunków bycia uczniem. bo czy to znaczy, że są nimi z przymusu? przyzwyczajenia? ze względu na to, co ludzie powiedzą?
szkoda, że tak łatwo nam przyjmować religię, ale nie chcemy przyjąć stylu życia. a chrześcijaństwo to właśnie styl życia. kiedy staje się religią, traci swój sens....
...
za każdym razem, kiedy wchodzę na swój blog, żeby coś napisać, zawsze towarzyszy mi oczekiwanie - czy tym razem ktoś doda komentarz do tego, co napisałam??? niestety w większości przypadków kończy się rozczarowaniem :( niby rozpoczynając pisanie nie myślałam o jakichś konkretnych czytelnikach, czy też o popularności. niemniej jednak gdzieś tam w głębi serca po cichutku sobie myślałam, że miło byłoby gdyby czasami, ktoś skomentował te moje wynurzenia.... cóż, widocznie jest to kolejny sposób na ćwiczenie moich postaw :) a może po prostu to pisanie nie jest aż tak interesujące? hehehe.... jednak czasami chętnie myślimy o sobie troszeczkę za dużo niż powinniśmy. a przecież miałam pisać przede wszystkim dla siebie... :)
poniedziałek, 19 maja 2008
prawie jak w filmie
wiem, że prawie robi wielką różnicę.... ale... ostatnio odwiedziłam moje rodzinne miasto. miałam tam parę spraw do załatwienia, ale znalazła się też chwila, żeby przejść się po centrum i zobaczyć, co się zmieniło. i właśnie wtedy czułam się tak, jakbym była w świecie, który nie jest moim, któremu się tylko przyglądam, jak w filmie. wszyscy się dokądś spieszyli, a ja powoli sobie szłam przyglądając się przechodniom, wystawom, kawiarniom... i wszystko jak gdyby odbywało się poza mną. dziwne uczucie. ale w pewnym sensie przyjemne. miło tak patrzeć z dystansem na otaczający mnie świat. wolno iść przed siebie, wiedząc że nigdzie mi się nie spieszy...
środa, 14 maja 2008
odrobina zazdości
ja to jednak dziwna jestem... ale to żadna nowość :) usłyszałam dzisiaj w inspirującym mnie często programie telewizyjnym, że dla niektórych odrobina zazdrości wyrażana poprzez 'drobną sprzeczkę z rzucaniem talerzami' jest jak najbardziej wskazana w związku. a ja jeszcze nigdy w męża talerzem nie rzuciłam!!! chyba coś ze mną jest nie tak? ale jak już na wstępie zaznaczyłam - w końcu ja dziwna jestem. wydaje mi się, że związek przede wszystkim należy budować na wzajemnym zaufaniu. zazdrość często wynika z braku tegoż zaufania, ale także z powodu niskiego poczucia własnej wartości (znowu to poczucie wartości..) czasami mam wrażenie, że ja to z innej bajki jestem. w jakimś innym świecie żyję. ale może tak jest. u nas w domu nie rzuca się talerzami, ale też nie ma zazdrości. wiemy dlaczego chcemy być razem i budujemy nasz związek na solidnym fundamencie. zazdrość jest chorobą i dlatego wolę jej unikać, bo jak każda choroba - niszczy przede wszystkim jej nieszczęśliwego posiadacza, a przy okazji otoczenie, które ma by ostoją i radością w tym biegu, które nazywamy życiem.
poniedziałek, 12 maja 2008
wielki człowiek w małym świecie
przeczytałam dzisiaj, że zmarła wielka kobieta - pani Irena Sendlerowa. zawsze wzrusza mnie ogromnie postawa ludzi takich, jak pani Sendlerowa. szczególnie ostatnio, może na skutek czytanych książek, bardzo dotyka mnie wyjątkowa postawa, jaką wiele osób zachowało w czasie koszmaru drugiej wojny. zastanawiam się, czy zgodnie z powiedzeniem wyjątkowe okoliczności wymagają wyjątkowych środków, czy po prostu przyzwoici ludzie, pełni współczucia i miłości wobec drugiego człowieka bez względu na sytuację potrafią stanąć na wysokości zadania. niektórzy twierdzą, że wojna potrafiła z ludzi wyciągnąć to, co najlepszego w nich było (z niektórych również to, co najgorsze...). ale czy to znaczy, że ci sami ludzie teraz byliby bardziej bezduszni i obojętni na los kogoś obok? jakoś nie potrafię tego sobie wyobrazić.... może wtedy to bohaterstwo było spotęgowane przez ogrom tragedii, jaka miała miejsce? ale i teraz są ludzie, którzy dają siebie, ratując innych. może nie przed śmiercią w obozach, ale przed śmiercią, jaką jest samotność, przemoc, brak akceptacji. ludzie wokoło umierają i potrzeba następców pani Ireny, aby ich uratować...
niedziela, 11 maja 2008
wytłumaczę się
zauważyłam, że wokoło jest wielu ludzi, którzy często się tłumaczą - a to, że garnitur założyli, albo z czegoś zrezygnowali, albo że włosy obcięli.... są sytuacje, w których należy się wytłumaczyć. ale chodzi mi o to, że niektórzy robią coś w swoim życiu - czy to drobne rzeczy, czy jakieś większe, bardziej znaczące - ale ciągle się z tego tłumaczą. tak, jak gdyby czuli się winni, albo bronili się przed jakąś reakcją (wyśmiania?). psychologiem to ja nie jestem, ale tak mi się wydaje, że chyba za dużo mamy kompleksów i brakuje nam poczucia własnej wartości. bo jeśli podejmuję jakąś decyzję, to znaczy, że jest ona dla mnie dobra i wierzę, że postępuję właściwie. a skoro tak, to po co się tłumaczyć? co komu do tego, że ja dzisiaj w garniturze chodzę? albo, że włosy obcięłam? mówi się, że tylko winni się tłumaczą. pewnie nie zawsze, ale coś jednak jest w tym powiedzeniu. tylko winni czemu? że zdecydowaliśmy inaczej niż ktoś tego oczekiwał? że ubieramy się zgodnie z potrzebą chwili? że mamy ochotę zmienić fryzurę? a może tak dla odmiany poczujmy się dumni z ładnego garnituru, nowej fryzury, czy życiowej decyzji, którą podjęliśmy i z której konsekwencjami i tak to my będziemy żyć. nie tłumaczmy się wszystkim wokoło, schowajmy te nasze kompleksy pod szafę i podnieśmy na chwilę głowę wyżej - jest wiosna, świeci słońce.... życie jest za krótkie, żeby ciągle się tłumaczyć. może lepiej popracujmy nad podbudowaniem poczucia własnej wartości i z uśmiechem nośmy ten garnitur...
piątek, 9 maja 2008
nadęta wiedza
ucząc się nowych rzeczy dochodzimy do takiego momentu, kiedy wydaje nam się, że już wszystko wiemy. od tego momentu możemy albo stać się aroganccy i twierdzić, że wszystkie rozumy zjedliśmy i tak wiemy dobrze, jak ten świat jest skonstruowany. albo możemy uczyć się kolejnych rzeczy i dochodzić do wniosku, że im więcej wiemy, tym tak naprawdę wiemy mniej. a zdobywana wiedza wzbudzi w nas pokorę i ostrożność w szybkim ferowaniu wyroków i osądzaniu. wolę tę drugą postawę... rozwijając się i poznając świat musimy w pewnym momencie dojść do wniosku, że nigdy nie będziemy w stanie zrozumieć i wiedzieć wszystkiego. jeśli wydaje nam się, że wiemy wszystko, nie potrafimy przyjąć już nic więcej, a tym samym ograniczamy i okradamy siebie z możliwości dotarcia jeszcze dalej, jeszcze głębiej. w swojej pracy, czy to tłumacząc, czy prowadząc szkolenia, często spotykam się z postawą 'a co wy mi możecie nowego powiedzieć'. niestety ludzie o takim nastawieniu nie osiągają za wiele. natomiast ogromnie szanuję tych, którzy bez względu na wiek, a także wiedzę, zawsze są otwarci na naukę i chętni poznawać coś nowego. oni twierdzą, że jeszcze wiele mogą się nauczyć i dzięki temu dochodzą do wspaniałych rezultatów w życiu i pracy. ale nie ma w tym nic dziwnego - w końcu 'pokorni odziedziczą ziemię' ;)
czwartek, 8 maja 2008
skrót myślowy
właśnie przeczytałam początek poprzedniego posta i aż się do siebie uśmiechnęłam: 'w tym roku Bóg ponownie nas zaskoczył - było rewelacyjnie' hehehe... czyli, że wątpiliśmy, że On może spowodować, że będzie rewelacyjnie?? nie, wyszedł mi niezły skrót myślowy. zaskoczył nas, bo było jeszcze lepiej niż w ubiegłym roku. zaskoczył nas, bo znowu odkryliśmy, że z Nim wszystko jest możliwe.
okazuje się, że czasami skróty myślowe mogą troszeczkę namieszać :)
radykalni
radykalni to konferencja młodych chrześcijan, którą od kilku lat organizujemy w długi majowy weekend. w tym roku po raz kolejny Bóg nas zaskoczył - było rewelacyjnie. wspaniale jest móc uczestniczyć w wydarzeniu, które pomaga młodym ludziom znaleźć sens życia, nabrać nadziei i uwierzyć, że marzenia - nawet te największe i najśmielsze - mogą się spełniać. kiedyś usłyszałam, że taka impreza, to tylko nakręcanie ludzi. opinia oczywiście była negatywna, bo wygłaszająca ją osoba stwierdziła, że takie coś jest bez sensu. po przemyśleniu stwierdzam, że owszem - nakręcamy ludzi. ale pojawia się pytanie - kto nie nakręca? my przynajmniej nakręcamy ich pozytywnie. staramy się ich przekonać, że mogą wiele osiągnąć, jeśli pozwolą Bogu kierować swoim życiem. ci, którzy uważają, że takie coś jest złe, też się nakręcają - tylko w drugą stronę. wolą narzekać i twierdzić, że przecież i tak się nic nie uda. mówią, że oni też kiedyś mieli takie marzenia, ale cóż z nich zostało.... czy to nie jest nakręcanie? z tych dwóch wolę jednak pozytywne, bo ono daje dobre rezultaty. co z tego, że wszyscy będziemy malkontentami i będziemy siedzieć z nosem na kwintę kiwając smutno głowami jakie to życie jest nie sprawiedliwe i smutne? co nam przyjdzie z rezygnacji z nadziei i narzekania? ludzie, którzy zarzucają innym, że rozpalając nadzieję i zachęcając do marzeń niszczą życie ludziom, tak naprawdę boją się, że może jednak tamci mają rację. i pewnie mają żal do samych siebie, że kiedyś porzucili nadzieję i zrezygnowali z marzeń. dlatego my nadal będziemy pozytywnie nakręcać ludzi! będziemy im mówić, żeby mieli wielkie marzenia, żeby dążyli do ich realizacji i wierzyli w ich spełnienie. i będziemy im kibicować powtarzając, że z Bogiem możemy wszystko. za dużo jest pesymizmu, negatywizmu i smutku w świecie, w którym żyjemy. ktoś powinien to zmienić. dlaczego nie mają to być radykalni?
jestem
po trudach ostatnich dni udało mi się w końcu znaleźć czas, okazję i siłę, żeby napisać coś na blogu. znajomy, który mnie zainspirował do tego pisania, powiedział, że jak się już zacznie, to trzeba pisać regularnie, bo jeśli nic nie ma przez dłuższy czas, to czytelnicy się zniechęcają. mam nadzieję, że moi się nie zniechęcili.... a jeśli - trudno. ale tłumaczenie w połączeniu z przeziębieniem nie stworzyło dogodnych warunków do pisania. krótko mówiąc, długi weekend chociaż wspaniały i bogaty w niesamowite przeżycia, to jednak bardzo był męczący. ale jestem. i myślę, że teraz coś mi się uda od czasu do czasu napisać. może nawet coś mądrego... :)
czwartek, 1 maja 2008
cytat dnia
'honorne oczekiwanie, że niczego nigdy nie potrzebuje się od otoczenia, jest prostym wywyższaniem się, a nie skromnością.'
jest to cytat z książki pani Stefanii Grodzieńskiej 'nie ma z czego się śmiać'. pozycja rewelacyjna, tak samo jak jej autorka. ale to zdanie szczególnie mi się spodobało. bardzo trafne...
poniedziałek, 28 kwietnia 2008
na rozstaju dróg
w sobotę, jak to Polacy mają w zwyczaju, wybraliśmy się na zakupy do miejsca, którego nie darzę uczuciem, a które jest jednak bardzo przydatne. (dla niedomyślnych - chodzi o super, czy też hipermarket) w owym sklepie przez głośniki można było usłyszeć piosenki - całe dwie, puszczane w koło. moja niesforna głowa, która wbrew moim wskazówkom koduje rzeczy zbędne, a w szczególności melodie wpadające w ucho (szczególnie z reklam o bardzo durnowatych tekstach - tragedia, potem cały czas mi w głowie coś śpiewa...) oczywiście wyłapała słowa jednej z nich i postanowiła zapamiętać refren: 'jak anioła głos usłyszałem ją, powiedziała mi, tak to ona, na rozstaju dróg, stoi dobry Bóg, On wskaże ci drogę'. po paru godzinach uporczywego utrwalania sobie tego refrenu zaczęłam się zastanawiać nad jego znaczeniem. nie mam pojęcia co autor chciał przez to powiedzieć, ale pomyślałam sobie, że coś w tych słowach jest - we fragmencie: 'na rozstaju dróg stoi dobry Bóg, On wskaże ci drogę'. w naszym kraju wiele jest tak zwanych świątków przydrożnych. często na rozstaju dróg właśnie stoi krzyż. dlaczego? bo tak się podobało tym, którzy go stawiali? a może dlatego, że właśnie na rozstaju dróg tak bardzo potrzebujemy pomocy z góry. kiedy trwoga to do Boga - tak się kiedyś mówiło. bardzo to prawdziwe. dochodząc do rozstaju na naszej drodze życiowej, zazwyczaj jesteśmy zaskoczeni, niejednokrotnie wystraszeni. nie wiemy, którą drogę wybrać. niektórzy zawsze chcą decydować sami. ale wielu podświadomie nawet poszukuje pomocy. tak bardzo boimy się dokonać niewłaściwego wyboru. nie wiem, jakie są pozostałe słowa wspomnianej piosenki, ale te w prosty sposób pokazują wielką prawdę - On pomoże wybrać właściwą drogę. czasami tylko trzeba Go lepiej poznać, a tak jak stary dobry przyjaciel, z którym rozumiemy się bez słów, wskaże nam właściwą drogę.
wiosna... cieplejszy wieje wiatr
uwielbiam wiosnę, szczególnie tę cieplejszą jej część, kiedy jest już zielono, zaczynają kwitnąć bzy... jest w tej porze coś szczególnego, dla mnie w pewnym sensie magicznego. kiedyś doszłam do wniosku, że cieszę, iż przyszło mi żyć w takiej strefie klimatycznej, w której wiosna występuje. ludzie pozbawieni wiosny w takim wydaniu mają czego żałować...
wiosna spowodowała, że częściej i na dłużej wychodzimy z bartkiem na dwór (albo na pole, jak mawiają krakusy... hm czas chyba się do tego określenia zacząć przyzwyczajać). synek wszystkiemu się przygląda, nowościom dziwi dając tego dowód poprzez śmieszne dźwięki, jakie z siebie wydobywa. na obecnym etapie ma zadatki na ekologa, albo biologa jakiegoś, bo roślinki wszelkie go niezmiernie interesują. chociaż z tym ekologiem to chyba nie do końca, bo zrywa różne części tychże roślinek. a jak już dostanie w swoje łapki patyczek, to nawet zdjąć okrycie wierzchnie z niego ciężko, bo nie wypuszcza go z rąk (patyczka znaczy się). i ten wspomniany patyczek właśnie natchnął mnie do napisania.... podczas postoju przy jakimś kolejnym krzaczku (ciekawe, że mówiąc o dziecku w wielu wypadkach zdrabnia się wszystko, co zdrobnić się da... ja zatrzymałabym się przy krzaku, z bartkiem stoję już przy krzaczku) zerwałam mu jedną gałązkę (właśnie, nie gałąź!). był zachwycony i machał nią sobie przez resztę spaceru. gałązka miała już bardzo ładne zielone listki, ale po chwili spędzonej w spoconej łapce bartusia, listki oklapły. gałązka już nie wyglądała jak okaz wiosny... oderwana od źródła swojej energii, szybko straciła 'siły'. z nami jest podobnie. każdy z nas ma swoje źródło energii. dla mnie jest to Bóg. wiem, że odłączona od Niego szybko stracę energię i siłę, by żyć i trwać. ale pielęgnując ten stan połączenia, czy też wszczepienia w potężny pień Bożej łaski będę rozkwitać, a wiosna będzie nie tylko doświadczeniem zewnętrznym. a ja kocham wiosnę...
poniedziałek, 21 kwietnia 2008
jak to drzewiej bywało..
czytałam niedawno artykuł, w którym pewien dziennikarz ubolewał nad tym, jak nieprzystosowany jest świat wokoło do potrzeb matek, a także ojców z małymi dziećmi. okazało się, że w naszym pięknym kraju do muzeum raczej się z wózkiem wybrać nie ma co, bo muzea są nieprzystosowane (przynajmniej to wspomniane w artykule). oczywiście największa bolączka to brak miejsc do karmienia czy przewijania. podobno we francji w pociągach znajdują się specjalne pomieszczenia do tego właśnie celu. hmmm, wyobrażam sobie nasz pociąg osobowy i pomieszczenie do przewijania... hihihihi. dowiedziałam się także, iż w nowym terminalu na warszawskim okęciu myśli się o przyszłości (takie hasło gdzieś tam zostało umieszczone), ale nikt nie wpadł na to, że przewijać może także tato - wspomniany dziennikarz po przylocie nie mógł zmienić pieluszki córeczce, bo przewijak znajdował się w damskiej toalecie.
artykuł ciekawy, zagadnienie bardzo mi bliskie - mogłabym sama wiele napisać na temat takich braków. a ponieważ opublikowany w internecie, oczywiście były tez komentarze. i jeden z nich bardzo ciekawie się zaczynał, coś mniej więcej takiego: 'dawniej takich udogodnień nie było, a jakoś sobie radziliśmy'. nie wiem co było dalej, bo nie miałam ochoty się wgłębiać. ale jednak zastanowił mnie ten początek. pewnie, że kiedyś nie było takich rzeczy, jakimi dysponujemy teraz. ale kiedyś ludzie polowali na jedzenie i mieszkali w jaskiniach. kiedyś kąpali się raz w roku i używali specjalnych młoteczków, żeby zabijać wszy na głowie... jak człowiek musi, to sobie z wieloma rzeczami poradzi. i chociaż może nadmierny pęd za wszelkimi nowinkami nie jest najlepszy, to jednak chyba po to się świat rozwija, żeby korzystać z tego wszystkiego, co jest nam dane, by łatwiej i lepiej się żyło. można żyć tak, jak 50 lat temu, tylko po co? czy ułatwienie życia matce z malutkim dzieckiem jest takie straszne? czy naprawdę lepiej, żeby było tak jak kiedyś - niech się męczy, tak jak jej matka i babka? czasami naprawdę nie rozumiem niektórych ludzi...
piątek, 18 kwietnia 2008
co wolno...
bartek wszedł w ten rozkoszny etap, w którym poznaje świat wspinając się po wszystkim, po czym się tylko da. wędruje po mieszkaniu i próbuje, gdzie mu się uda stanąć i z wysokości swoich kilkudziesięciu centymetrów zobaczyć otoczenie. bo zawsze to inna perspektywa. a w końcu każdy lubi sobie czasem popatrzeć na świat 'z góry' ;) ale dzięki temu jego mózg jest także bombardowany jednym komunikatem - 'nie wolno!'. co prawda przetwarzanie tego komunikatu, a także reakcja na niego nie przebiegają tak, jak życzyłaby sobie tego wołająca mamusia, ale na pewno słowa te rozpozna już zawsze i wszędzie.
'nie wolno' takie krótkie stwierdzenie, a ile ma w sobie mocy. towarzyszy nam od dzieciństwa i zdaje się nigdy nas nie opuszczać. i chyba zawsze wyzwala te same emocje - kojarzy się źle, bo przecież próbuje pozbawić nas dobrej zabawy... czy zawsze? kiedy mówię do synka, że mu czegoś nie wolno, to wcale nie mam ochoty zepsuć mu zabawy. po prostu wiem, że jeśli to zrobi, to może sobie zrobić krzywdę, będzie go bolało, będzie cierpiał... chcę go ochronić. nie uda mi się przed wszystkim, ale mogę mu zaoszczędzić trochę łez.
życie w oparciu o to, co wolno a czego nie wolno staje się smutne i narzuca ograniczenia. dopiero zrozumienie, co stoi za stwierdzeniem 'nie wolno' pozwala nam zobaczyć jego sens. oczywiście odrzucenie takich zasad wcale nie daje wolności, ale naraża nas na więcej zranień i bólu. Apostoł Paweł powiedział: 'wszystko mi wolno, ale nie wszystko jest pożyteczne'. i w tym tkwi klucz. pewnie, wolno bartkowi dotknąć garnka z gotującym się jedzeniem, ale czy to będzie dobre? mówiąc mu 'nie wolno' chronię go przed poparzeniem i strasznym bólem. ludzie często myślą, że Bóg to właśnie ten, który ciągle mówi 'nie wolno'. ale to religia stwarza zestawy 'wolno-nie wolno'. Bóg proponuje styl życia, w którym 'wszystko wolno, ale nie wszystko jest pożyteczne'. ostrzega, co może mnie zranić, poparzyć, zaboleć. pokazuje, co jest dla mnie dobre. bo On wie. wolność nie oznacza, że robi się wszystko. wolność polega na właściwym wyborze.
poniedziałek, 14 kwietnia 2008
o niczym
ostatnio kilka razy tutaj zaglądałam, ale jakoś nie mam ciągle natchnienia... wiosna przyszła, powinnam chyba mieć więcej sił witalnych i chęci oraz zapału do pracy twórczej, a tu nic... :) może przesilenie wiosenne? zawsze można na nie zgonić :) w tej chwili marzy mi się ciepły poranek w jakimś słonecznym miejscu, nad ciepłym morzem, dobra książka...albo najlepiej kilka dobrych książek. i luz psychiczny... hmm, pomarzyć dobra rzecz. a zamiast tego nastawiam się na 4 dni tłumaczenia za trochę ponad dwa tygodnie. potem dwa tygodnie przerwy i kolejne 3 dni tłumaczenia. ale tym razem przynajmniej bez brzucha i małego człowieka w środku.... głos pewnie stracę, ale za to nogi mi nie spuchną! a wakacje trzeba odłożyć na potem.
czwartek, 10 kwietnia 2008
eksluzywnie
czasami staramy się być kimś, kim nie jesteśmy. próbujemy też dostać się do grupy, do której być może w ogóle nie pasujemy... świat tworzy wiele różnych grup. i chociaż nieraz słysząc o społeczeństwach kastowych, piętnujemy je, to jednak sami funkcjonujemy w świecie kast. tylko nazywają się one trochę inaczej. są kluby i towarzystwa, do których można należeć, jeśli spełnia się odpowiednie warunki. są też grupy, które tworzą się na skutek pewnego wspólnego mianownika, np. wykonywanego zawodu. nie ma w tym chyba nic dziwnego, może nawet nic złego. przykre jest jednak to, że każdy z nas zawsze będzie wyłączony z jakiejś grupy, bądź grup... czasami nawet staranie dostania się do takiej grupy jest smutne. ja w liceum przez pewien czas próbowałam wkupić się w łaski takiej małej kasty klasowej. dobrze, że w miarę wcześnie zorientowałam się, że to nie ma sensu, bo nie warto... ludzie spoza niej okazali się dużo bardziej wartościowi i po 11 latach ma z nimi o czym rozmawiać. a z kastą - już gorzej.
jeśli coś jest ekskluzywne, to znaczy że wyłącza ze swojego grona tych, którzy nie spełniają wymagań. ale chyba najgorsze jest to, że religia również tworzy grupy ekskluzywne - wyłącza niektórych ludzi. szczególnie przykre jest to w przypadku chrześcijaństwa, które powinno nieść w sobie wartości prezentowane przez Jezusa. a Ten nie wyłączał nikogo. On przyszedł dla wszystkich. to Jego odrzucono i odrzuca się do dzisiaj. ale On nigdy tego nie robił. brzydził się grzechem, ale nie człowiekiem. może dlatego chrześcijaństwo tak naprawdę nie jest religią, a stylem życia. kiedy sprowadza się je jedynie do religii, wówczas gubi się gdzieś jego sedno - miłość do Boga i człowieka. a miłość, ta prawdziwa Boża miłość nie wyklucza nikogo.
niedziela, 6 kwietnia 2008
strata czasu
czasami robimy różne rzeczy, które wydają nam się tak mało znaczące, że zaczynamy myśleć, iż tracimy czas. bo kiedy się rozejrzymy wokoło, to okazuje się, że liczy się to, co wielkie, głośne, widoczne, spektakularne.... a to, co się dzieje gdzieś na boku, z dala od oczu świata, często uznawane jest za nieistotne. uważa się nawet, że nie robiąc nic takiego widocznego, zwyczajnie marnujemy czas. ale czy zawsze to, co znaczące, musi być głośne i widoczne? ostatnio moje dni upływają pod znakiem zabaw z dziewięciomiesięcznym chłopczykiem. i czasami pojawiają się takie myśli: 'przecież tyle rzeczy mogłabym zrobić w tym czasie. jaka to strata czasu...' ale potem pojawia się refleksja - czas spędzony z synem, to inwestycja w człowieka, który kiedyś będzie podejmował ważne życiowe decyzje. moja zabawa z nim na pewno nie jest marnowaniem czasu. być może jest to najlepsza rzecz, jaką zrobię w ciągu całego mojego życia. bo kto wie, kim będzie mój chłopczyk? może moje siedzenie z nim na podłodze, chociaż niewidoczne i mało spektakularne to taka mała podwalina, początek inwestycji w życie człowieka, który zmieni bieg historii?
ciekawe, że chociaż pozory mylą, to jednak i tak świat kręci się wokół tego, co błyszczy, głośno krzyczy, jest widoczne z daleka... to, co dobre i wartościowe często rodzi się w ciszy, z dala od zgiełku pędzącego świata...
środa, 2 kwietnia 2008
cytat
Abraham Lincoln powiedział: 'naszym zadaniem nie jest twierdzić, że Bóg jest po naszej stronie, ale modlić się usilnie, żebyśmy my byli po Jego stronie'.
hmm... niektórzy chyba powinni sobie wziąć to mocno do serca...
wtorek, 1 kwietnia 2008
żyjący przeżytek
że jestem trochę staroświecka i z innej epoki, to wiem. że moje poglądy nie są za bardzo popularne to też wiem. ale ciągle mnie zadziwia, jak bardzo ludzie uzależnili się od wulgaryzmów. mieszkamy niedaleko szkoły średniej. codziennie pod naszymi oknami przechodzą dziesiątki młodych ludzi. przykre jest to, że bez względu na płeć i wiek ich rozmowy praktycznie w 99% mają wspólny mianownik - całe mnóstwo tzw. 'przecinków'. czyli co drugie słowo to wyraz. i co ciekawe już nawet nie zwracają na to uwagi. abstrahując od tego, jak nieprzyjemne dla ucha (przynajmniej mojego) są takie wypowiedzi, to przecież świadczy to o ogromnie ubogim słownictwie tych ludzi. nie jest to jakaś krucjata wymierzona w tę 'okropną dzisiejszą młodzież', bo przecież od kogoś muszą się tego uczyć... teraz już nawet w tv niejednokrotnie się słyszy przekleństwa i wydaje się, że to jest 'trendy'. a mnie się ta moda nie podoba. bo czy zawsze trzeba tak bardzo gonić za modą? i czy jeśli nawet coś stało się tak powszechne, to należy to akceptować? ja się na to nie zgadzam...
środa, 26 marca 2008
królem być
świąteczna ramówka jak zwykle pełna była nowości i okrutnie zachęcała do siedzenie przed tv.... w poszukiwaniu najciekawszej propozycji w poniedziałkowy wieczór natknęliśmy się na 'madagaskar' i po stwierdzeniu, że jest to najlepsza opcja, po prostu zaczęliśmy oglądać. żyrafa jaka jest, każdy widzi, dlatego nie będę opisywać wspomnianego filmu. ale zwróciła moją uwagę jedna wypowiedź. w reakcji na stwierdzenie, że oto lew - prawdziwy król - samozwańczy król lemur bodajże powiedział: 'a co to za król? gdzie jego korona? jeśli jest królem, to powinien mieć koronę! ja mam koronę! dlatego ja jestem królem!' właśnie - mam koronę, to jestem królem. tak łatwo jest wykorzystywać pewne rzeczy, nazwy, tytuły, po to tylko, aby poczuć się lepiej, we własnych oczach stać się kimś lepszym. tylko, czy jak ja sobie koronę założę, to będę królową? nie bardzo... ale łatwiej jest budować swój autorytet wykorzystując takie elementy. po co się starać i swoim postępowaniem, życiem pokazywać, kim się jest? przecież jeśli będą na mnie mówić król, to już wszystko załatwione. czy aby na pewno? są ludzie, których trzeba tytułować, ale wcale nie darzy się ich szacunkiem, bo ich życie nie dorasta do tytułu jaki noszą. a są tacy, którzy o tytuły nie dbają, ale swoim postępowaniem pokazują, że tak naprawdę noszą koronę... chyba to drugie bardziej mi odpowiada.
'Pod trzema rzeczami drży ziemia, owszem czterech unieść nie może:
Niewolnika, gdy zostaje królem,
głupca, gdy żyje w dostatkach,
wzgardzonej, gdy zostaje żoną,
służącej, gdy dziedziczy po swojej pani.'
Przyp. 30:21-23
coś w tym jest....
poniedziałek, 24 marca 2008
ostatni samuraj
film ten widziałam już wcześniej. przyznaje, że mi się podobał. wyszłam z kina naprawdę zadowolona, że zdecydowaliśmy się go zobaczyć. dwie rzeczy szczególnie zwróciły moją uwagę. jedna z nich, to niszczenie tego, co stare w pogoni za nowym, 'lepszym'. cesarz postanowił zerwać z tradycją na rzecz nowoczesności. chcąc przypodobać się ludziom dążącym do 'ucywilizowania' japonii, prześladował tych, którzy gotowi byli oddać za niego życie. historia zna wiele przypadków, kiedy wprowadzenie nowego porządku wiązało się ze zniszczeniem wszystkiego, co symbolizowało lub kojarzyło się ze starym. tylko co z tego wychodziło? carska rosja reprezentowała zniewolenie, biedę, ogromną przepaść między ludźmi, wykorzystywanie ludzi.... a co dał nowy porządek? wszyscy byli równi, ale niektórzy równiejsi, a zniewolenie nie zniknęło, zmieniło tylko swoje źródło. przyjmowanie tego, co nowe wcale nie musi oznaczać niszczenia wszystkiego, co stare. cesarz zrozumiał swój błąd, ale trochę za późno....
druga rzecz, która mnie uderzyła, to rozmowa cesarza z kapitanem granym przez toma cruise. cesarza zapytał kapitana o samuraja, który zginął jako buntownik, choć wierzył, że walczy w obronie cesarza właśnie: 'opowiesz mi, jak zginął?'. na co ten odpowiedział: 'opowiem ci, jak żył'. czasami koncentrujemy się na jakimś krótkim epizodzie z życia człowieka, podczas gdy to całokształt da nam prawdziwy jego obraz i pozwoli właściwie spojrzeć na jego dokonania. dobrze jest uczyć się na czyichś błędach, ale lepiej przyglądać im się w perspektywie całego życia i wtedy wyciągać wnioski. dla samuraja ważne było, jak umierał. ale dla ludzi, którzy zostali ważniejsze było to, jak żył. bo z jego życia i postaw mogli tak wiele się nauczyć.
druga rzecz, która mnie uderzyła, to rozmowa cesarza z kapitanem granym przez toma cruise. cesarza zapytał kapitana o samuraja, który zginął jako buntownik, choć wierzył, że walczy w obronie cesarza właśnie: 'opowiesz mi, jak zginął?'. na co ten odpowiedział: 'opowiem ci, jak żył'. czasami koncentrujemy się na jakimś krótkim epizodzie z życia człowieka, podczas gdy to całokształt da nam prawdziwy jego obraz i pozwoli właściwie spojrzeć na jego dokonania. dobrze jest uczyć się na czyichś błędach, ale lepiej przyglądać im się w perspektywie całego życia i wtedy wyciągać wnioski. dla samuraja ważne było, jak umierał. ale dla ludzi, którzy zostali ważniejsze było to, jak żył. bo z jego życia i postaw mogli tak wiele się nauczyć.
piątek, 21 marca 2008
wielki post
obiło mi się o uszy, że pewna wypowiedź dominikanina na temat wielkiego postu spowodowała dosyć duże zamieszanie. pojawiły się pytania, czym naprawdę jest post i jak powinno się go obchodzić. i oczywiście wiele różnych tłumaczeń... a ja sobie tak myślę, że może czasem powinno się tradycję odsunąć na bok i sięgnąć do źródła, w tym przypadku do Pisma Świętego. bo co z tego, że przez lata sobie wytworzymy różne zachowania właściwe i niewłaściwe dla jakiegoś okresu, skoro być może w ten sposób odejdziemy od prawdziwego sensu danej sprawy? dla mnie czas wielkiego postu nie różni się niczym od pozostałej części roku. dlaczego? bo dla mnie relacja z Bogiem to styl życia. i nie potrzebuję jakiegoś konkretnego czasu w roku, kiedy szczególnie nad nią pracuję... a właśnie, bo przecież w poście nie chodzi o to, by jakoś szczególnie się umartwiać, ale o to, by zbliżyć się do Boga. On sam powiedział jaki post jest Mu bliski:
'Czyż to jest post, jaki Ja uznaję,
dzień, w którym się człowiek umartwia?
Czy zwieszanie głowy jak sitowie
i użycie woru z popiołem na posłanie -
czyż to nazwiesz postem
i dniem miłym Panu?
Czyż nie jest raczej ten post, który wybieram:
rozerwać kajdany zła,
rozwiązać więzy niewoli,
wypuścić wolno uciśnionych
i wszelkie jarzmo połamać;
dzielić swój chleb z głodnym,
wprowadzić w dom biednych tułaczy,
nagiego, którego ujrzysz, przyodziać
i nie odwrócić się od współziomków."
Iz. 58:5-7
myślę, że w takim wydaniu post nabiera trochę innego znaczenia i sensu. rezygnacja z jedzenia pewnych rzeczy na jakiś czas jest dobra. ale jeśli mówimy o tym w kontekście wiary, to tylko wtedy, gdy stoi za tym coś więcej - chęć jeszcze większego pogłębienia więzi z Bogiem, doświadczenia jeszcze bardziej Jego bliskości i miłości. post dla postu to głodówka. czy wielki post jest bez sensu? nie, o ile jest zgodny z Bożym zrozumieniem idei postu.
czwartek, 20 marca 2008
choinka na Wielkanoc
za oknem właśnie jest śnieżna zadymka... niby nic w tym dziwnego, w końcu w marcu jak w garncu (bez wycieczek osobistych proszę ;). ale jednak kiedy w Boże Narodzenie śniegu nie ma, a Wielkanoc zapowiada się biała, to jakoś tak dziwnie się robi.... chyba nie umiem się przyzwyczaić do tych zmian klimatycznych.... tęsknię za zimą w zimę, latem w lato, porami pośrednimi choć może są mało przyjemne, za wiosną, która przychodzi niespodziewanie ale z reguły w tym samym czasie.... mamy w domu takie coś, co najlepiej określić mianem chochoła - troszkę badyli związanych sznurkiem :) taka ozdoba (może opis na to nie wskazuje, ale tak jest w istocie). w grudniu służy nam za choinkę, w ciągu roku jest po prostu ozdobą. rok temu śmialiśmy się, że na Wielkanoc tylko zamienimy bombki na pisanki.... o ironio w tym roku prawdziwie będziemy mieli choinkę ozdobioną pisankami. i będzie doskonale pasowała do aury panującej za oknem...
Brian Houston powiedział...
"Ludzie ciasnego umysłu prędzej zauważą tę przypadłość u innych niż u siebie samych"
z drugiej strony
"Niektórzy mają umysł tak otwarty, że wypada im mózg..."
czyli znowu najlepiej znaleźć równowagę :)
wtorek, 18 marca 2008
o decyzjach raz jeszcze.... a może o przyjaźni?
a gdyby tak odwrócić sytuację. gdyby to o nas chodziło i to my mielibyśmy podjąć decyzję. czego byśmy oczekiwali od ludzi, którym daliśmy prawo wglądu w nasze życie? na pewno chcielibyśmy wsparcia i zachęty. może niekoniecznie podobałoby nam się, gdyby ten ktoś uważał, że popełniamy błąd. może nawet nie chcielibyśmy tego słuchać. ale w końcowym rozrachunku to właśnie szczerość tej osoby skłoniła nas przecież do większego otwarcia się na nią. zatem w głębi duszy pragnęlibyśmy szczerości, nawet jeśli akurat byłaby dla nas bolesna. bo w sytuacjach trudnych trzeba nam ludzi, którzy nie tylko mówią to, co jest miłe dla naszego ucha. potrzebujemy też takich, którzy powiedzą nam prawdę. powiedzą to, co powinniśmy usłyszeć. a jeśli pomimo ostrzeżeń i tak pójdziemy własną drogą, to jednak chcielibyśmy, żeby nasz przyjaciel był przy nas. i w przypadku porażki pomógł się pozbierać, a w przypadku sukcesu potrafił cieszyć się z nami przyznając, że się pomylił. tak sobie myślę, że o to chyba chodzi. ale może się mylę...
o decyzjach
czasami ktoś pozwala nam wejść do swojego życia trochę głębiej niż innym. dają nam prawo wyrażania opinii, kwestionowania ich decyzji, dawania porad. to cieszy, bo sprawia, że mamy kogoś bliskiego. ale jest to też dużą odpowiedzialnością. nie tylko dlatego, że ten ktoś na nas polega i oczekuje z naszej strony wsparcia i pomocy. również dlatego, że to ciągle jest jego życie, a nie nasze. kiedy ktoś podejmuje decyzję, której my sami byśmy nie podjęli, łatwo jest nam go skrytykować i udowadniać, że na pewno mu się nie uda. a przecież, to nie nasze życie. ja to ja, a ten ktoś jest zupełnie inną osobą. to, co mnie mogłoby się nie udać, wcale nie musi się nie udać tej osobie. na nasze powodzenie składa się tak wiele czynników. jednym z nich jest również przyjaciel, który mimo tego, iż nie popiera naszej decyzji, jednak nadal nas wspiera. bo szczerość i otwartość są podstawą. ale jeśli nawet nie zgadzamy się z czyjąś decyzją, to możemy o tym powiedzieć, ale nie musimy od razu człowieka skreślać. gorzej, kiedy mamy obawy, a nic nie mówimy i potem wytykamy błędy. jednak nawet wyrażając swoje zdanie, nie zakładajmy z góry porażki. prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. i jeśli bieda jednak przyjdzie na przyjaciela na skutek błędnej decyzji, to zamiast powiedzieć: 'a nie mówiłam?!', lepiej wspólnie się zastanowić co zrobić, żeby wyjść z trudności. a może wbrew naszym czarnym scenariuszom wszystko dobrze się ułoży? i oby tak było.
poniedziałek, 17 marca 2008
nauka raczkowania
nasz synek ma upodobanie do poruszania się do tyłu. i chociaż czasami zdarzy mu się przesunąć do przodu, ciągle jednak wydaje mu się to arcytrudne. ciekawe, że próbując coś dostać robi parę ruchów do przodu, ale już po chwili się rozkłada na podłodze i zaczyna cofać. następnie siada i się wkurza, że nie wziął sobie upatrzonej rzeczy. jak sobie tak na niego patrzę, to mi się widzi, że my często w życiu tak właśnie raczkujemy. z jakichś powodów łatwiej nam iść do tyłu. a kiedy robimy kilka kroków w przód i nie osiągamy zamierzonego celu, to szybko rezygnujemy i wycofujemy się na znaną nam pozycję. podobno dzieci czasami najpierw zaczynają chodzić, a dopiero potem raczkują. nie wiem, przekonam się pewnie niedługo. a jak to jest w życiu? czy jest jakiś inny etap? niektórzy marzą o lataniu, tylko czy można latać, nie nauczywszy się najpierw chodzenia do przodu? latanie kojarzy się z wolnością, ale jeśli stale się cofamy, to chyba trudno osiągnąć coś nowego. a wolność, to niejednokrotnie nowe i nieznane. może warto jednak najpierw zaryzykować i ponawiając próbę zmierzać do przodu...
piątek, 14 marca 2008
halo, mówi się...
usłyszałam dzisiaj, że kiedy kobieta wybiera się na elegancką kolację, bal czy jakiś raut i ma na sobie biżuterię, np. złotą bransoletkę, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby miała również słuchawkę bluetooth powlekaną iluśtamkaratowym złotem i mogła być w kontakcie z otoczeniem... hmm, abstrahując od tego iluśtamkaratowego złota, to jeśli taka kobieta, czy też mężczyzna, to akurat bez znaczenia, nie potrafi być w kontakcie z otoczeniem na owej kolacji czy balu bez takich gadżetów, to strasznie mi przykro... no chyba, że to otoczenie nie jest warte kontaktu i trzeba być w kontakcie z jakimś innym otoczeniem. ja jednak dochodzę do wniosku, że jestem z innej epoki. ciągle wydaje mi się, że dobre wychowanie polega również na tym, że na spotkaniach wyłączam telefon... ale cóż, jak mówi moja koleżanka: jestem inna niż inni. kiedy przychodzą do mnie goście, to o ile celem nie jest wspólne oglądanie filmu, wolę wyłączyć telewizor. kiedy z kimś rozmawiam, to patrzę na rozmówcę. a na spotkaniach, kolacjach, balach (hmm, na żadnym chyba nie byłam) na pewno nie korzystam z bluetooth'a, bo telefon mam wyłączony, a często nie mam go nawet przy sobie. widać nie idę za modą, nie nadążam za najnowszymi trendami. ale chyba wolę być staromodna i okazywać szacunek tym, z którymi się kontaktuję.
środa, 12 marca 2008
on i On
dziwne to wszystko jest. tak już jesteśmy skonstruowani, że każdy człowiek poszukuje tak zwanej drugiej połówki. tak bardzo pragniemy 'kogoś mieć', że jeśli się to nie spełnia, to czujemy się sfrustrowani. a z drugiej strony utrata tego kogoś bliskiego, albo zawód z jego powodu sprawia, że frustracja jest jeszcze większa... i wychodzi na to, że i tak źle i tak nie dobrze... a jednak ciągle dążymy do pary... rezygnacja z tego dążenia nie byłaby dobrym pomysłem. ale życie w ciągłej frustracji też nie jest właściwe. co zatem robić? hmm, nie wiem :) złoty środek w tej sytuacji też chyba nie istnieje. może te frustracje trzeba przeżyć? może warto też budować życie na czymś trwalszym i mocniejszym niż inny człowiek. pewnie nie jest to łatwe, ale stanowi jedyną gwarancję zachowania zdrowia psychicznego. pustka w sercu spowodowana potrzebą innej osoby nie jest tak wielka, jak ta, która wynika z pragnienia wieczności, która w każdym z nas jest. tyle, że brak drugiego człowieka doskwiera bardziej, bo jest namacalny i łatwo go zauważyć. wieczność związana jest z tym, który nas zaprojektował. Jego nie widać, a zatem łatwiej zagłuszyć tęsknotę za Nim. szczególnie, że duchowość rzadko jest trendy.... do bycia z kimś tak mocno i chętnie dążymy. do bycia z Nim często nie jest nam po drodze. może gdyby trochę to zmienić, frustracja spowodowana brakiem drugiej połówki byłaby mniejsza?
wtorek, 4 marca 2008
przedzierając się przez szumy
człowiek to jest dziwne zwierzę. jako jedyny żyjący organizm posiadł umiejętność mówienia, a jednocześnie chyba żadne inne stworzenie nie ma tylu problemów z komunikacją! tak często zakładamy, że druga strona wie, o co nam chodzi, a okazuje się, że wcale tak nie jest. i później wychodzi tak, że ja myślałam tak, a ktoś myślał inaczej i jakoś nam się nie udało spotkać... i wychodzą z tego różne dziwne nieporozumienia. czasami warto jednak zwyczajnie powiedzieć o co nam chodzi, a nie oczekiwać, że druga osoba to odgadnie. a przez szumy na łączach nagle zbiera się dużo różnych niedogadanych rzeczy i potem rośnie mur. a przez mur ciężko się przebić. i tak budujemy sobie te mury, odgradzamy się od siebie, a wystarczyłoby zwyczajnie pogadać. bo po co dana nam jest umiejętność porozumiewania się za pomocą mowy, skoro wolimy zakładać i oczekiwać, że ktoś się domyśli... jednak warto rozmawiać :) (chyba już to kiedyś pisałam)
poniedziałek, 3 marca 2008
...
życie jest dziwne. czasami popełniamy błędy, ale stają się one dla nas nauczką. wyciągamy wnioski i idziemy dalej. ale są takie sfery naszej egzystencji, w których wydaje się, że ciągle gonimy w piętkę. niby mamy nauczkę, ale jakoś nie korzystamy z niej. rozczarowujemy się po raz kolejny, a i tak za jakiś czas robimy dokładnie to samo. i o dziwo to rozczarowanie wcale nie boli mniej... dlaczego? chciałoby się wziąć lekcję i nie wracać już w to samo miejsce. ale wracamy. może w ten sposób ćwiczymy naszą wrażliwość? być może są tacy, którzy się 'uniewrażliwiają' i potem już pewne sytuacje czy zachowania ich nie ruszają. ja do takich nie należę. niestety. i jakoś nie umiem się 'zatwardzić' (tylko bez skojarzeń proszę) i się nie przejmować. gdyby tak dało się wyłączyć umysł, wygonić pewne myśli, wykasować dane, sformatować twardy dysk, zresetować komputer... ale się nie da. z drugiej strony jak coś takiego mi się przytrafia, to ponownie przekonuję się, że z moją wrażliwością wszystko w porządku :) szkoda tylko, że za każdym razem to tak samo boli...
jaka ja.... magda :)
kiedy byłam młodsza (może powinnam napisać młoda?) nie raz zdarzało mi się myśleć, że gdybym tylko potrafiła inaczej się zachować, inaczej zareagować... obserwowałam innych i chciałam być taka cicha, mniej gadatliwa, mówiąca przemyślane rzeczy, jak oni. ale wydawało mi się, że już z tego trochę wyrosłam. jednak mi się tylko wydawało! czytam sobie blogi moich koleżanek i zaczynam myśleć: gdybym ja tak umiała ładnie poetycko pisać... albo tak filozoficznie... i aż sama się do siebie uśmiechnęłam. jednak pewne sprawy nie znają wieku. a ja tu wypisuje ciągle o tym, żeby lubić siebie, nie udawać innych, nie upodabniać się do innych, itp. itd. cóż, widać taka już natura ludzka :) a przecież ja w sumie lubię to swoje pisanie. może nie jest takie bardzo poważne, do poezji mu daleko. ale taka przecież jestem. i wyrażam siebie. gdybym nagle zmieniła sposób pisania, to byłoby to sztuczne, nieprawdziwe. to nie byłabym ja. i chociaż codzienny program tv dla siedzących w domu może nie jest inspiracją najwyższych lotów, ale jeśli wnioski są sensowne, to co mi tam :) to mój mały wkład w różnorodność. a różnorodność jest piękna.
sobota, 1 marca 2008
forma i treść
mówi się, że jak cię widzą, tak cię piszą. i pewnie coś w tym jest. podobno pierwsze 30 sekund pierwszego kontaktu może zdecydować o tym, czy na przykład dostanie się pracę, albo czy spodoba się nam dane miejsce. czyli pierwsze wrażenie odgrywa ważną rolę. ale na dłuższą metę nie można ciągle żyć pierwszym wrażeniem. z czasem wchodzimy głębiej w znajomość, środowisko, miejsce. i zaczynamy dostrzegać to, czego na pierwszy rzut oka nie widać. i to ten drugi i kolejny 'rzut oka' (właśnie sobie to wyobraziłam.... hmm czasami zbyt bujna wyobraźnia przeszkadza :) pomaga nam odkryć treść. forma jest istotna i dobrze jest, gdy pierwsze wrażenie jest pozytywne. ale gorzej, gdy przerasta treść. moje życie to dla wielu ładnie opakowana paczka: piękne pudełeczko rodziny, kolorowy papier wymarzonego mieszkania, ozdobna wstążka przyjaciół i znajomych. ale to opakowanie jest tylko zewnętrznym wyrazem treści, do której dokopać mogą się jedynie ci, którzy pokuszą się o zaangażowanie w bliższe poznanie mojej osoby. na pierwszy rzut oka jestem spokojna i cierpliwa, nawet cicha. ale to ci, którzy chcą mnie poznać wiedzą, że wbudowany we mnie choleryk wcale nie jest nieczynnym wulkanem, a jego uśpienie jest chwilowe :) wokoło jest tak wiele form, tak bardzo chcemy robić dobre wrażenie. ale to treść daje przyjaźnie na całe życie. to ona powoduje, że po zdjęciu opakowania okazuje się, że wnętrze jest piękniejsze, dużo cenniejsze. pływanie po powierzchni może da nam grono wielbicieli, 'pozycję', pewną dozę poczucia akceptacji. ale tylko zanurzenie się daje pełnię. czy w tej pełni jest samo szczęście? na pewno nie. ale czy życie bez bólu byłoby pełne? czy cierpienie nie sprawia, że stajemy się lepsi, silniejsi, bardziej wartościowi? znane są słowa 'wypłyń na głębię', może nawet przez różne dziwne zawirowania trochę się wytarły. ale one oddają sens istnienia. ta głębia czasem przeraża, ale i ekscytuje. a świadomość, że autor tych słów jest w tej głębi z nami, dodaje nam siły i motywacji.
piątek, 29 lutego 2008
post 101
czas sobie płynie i okazało się, że już 100 postów udało mi się zamieścić! jestem z siebie dumna :)
czasami się zastanawiam dlaczego są ludzie, którzy nie potrafią normalnie szczerze mówić o pewnych sprawach. zawsze muszą coś przeinaczyć i zmienić tak, że wygląda to źle i negatywnie. nie potrafią się cieszyć szczęściem innych, a ich zachowanie jest takie, jakby się bali, żeby im przypadkiem ktoś czegoś nie zarzucił. tylko czego? i dlaczego? wkurza mnie brak konsekwencji i szczerości. brak brania odpowiedzialności za swoje zachowanie. szczególnie w przypadku ludzi, którzy powinni stanowić przykład jako przywódcy. wkurza mnie politykowanie w sferach życia, w których go być nie powinno. wkurza mnie budowanie tylko własnych królestw, gdy wokoło jest tyle pracy do wykonania.... a ludzie giną... wkurza mnie zawiść i zazdrość. wkurza mnie szukanie tylko swego. wkurza mnie ograniczone myślenie i zaściankowość. strach przed nowym i krytykanctwo... a ludzie giną... co z tym zrobimy?
czwartek, 28 lutego 2008
blogowanie czas zacząć
dzisiaj właśnie sobie poczytałam blogi dwóch moich koleżanek z liceum. nawet mi się troszkę miło zrobiło, bo chyba mam jakiś udział w zainspirowaniu ich do tego! cieszę się :) bo to są bardzo mądre osóbki i piszą naprawdę ciekawie. swoją drogą, to internet rzeczywiście daje ogromne możliwości. nie tylko pozwolił odnowić kontakty, ale także pomaga znaleźć ludzi, którzy myślą podobnie. a to jest bardzo cenne. i jak to określiła jedna ze wspomnianych koleżanek, czytając przemyślenia osób, które podobnie patrzą na świat, przestajemy czuć się jak outsiderzy... powiem we wspaniałym wszechobecnym języku: 'go girls!' oby tak dalej :)
być jak....
no właśnie, kto? był kiedyś taki film 'być jak john malkovic'. dzisiaj w programie, który dostarcza mi często inspiracji (chodzi o dzień dobry tvn oczywiście) wystąpiła pani, która postanowiła być jak angelina jolie. z wyglądu ją trochę przypominała, więc tylko odrobinę sobie pomogła i już - angelina jak żywa. na pytanie prowadzących po co być podobnym do kogoś, odpowiedziała, że 'mianowicie' po to, aby osiągnąć sukces (mianowicie to chyba jej ulubione słówko, bo każde zdanie zaczynała od niego). w zaprezentowanym materiale owa pani stała przed lustrem i powtarzała sobie: 'jesteś piękna'. ale skoro staje się jak angelina, a ta uważana jest za piękną, to dlaczego jeszcze musi się w tym przekonaniu utwierdzać? zapytano ją również, czy nie lepiej być podobnym do siebie. nie słyszałam odpowiedzi, bo zakłócenia w postaci mojego syna nie pozwoliły mi się na niej skupić. na pewno rozpoczęła od mianowicie.... mianowicie szkoda mi tej pani. jak bardzo trzeba siebie nie lubić, żeby za wszelką cenę starać się być podobną do kogoś innego? najwięcej czasu w życiu spędzamy sami ze sobą, ciężko tak musi być komuś, kto siebie nie akceptuje. dlaczego tak bardzo chcemy być kimś innym? dlaczego nie próbujemy polubić siebie? pewnie, że dobrze jest się zmieniać, ale nie chodzi raczej o to, żeby stawać się kimś innym. ja lubię siebie. czasami denerwuję sama siebie, wkurza mnie nieraz moje zachowanie. ale lubię siebie. dobrze się ze sobą czuję. pewnie, są aspekty mojego wyglądu, które mi nie do końca odpowiadają. ale jeśli wolę zjeść ciacho niż się poruszać, to już inna historia. ale generalnie lubię siebie. i cieszę się, że nie jestem jak ktośtam, bo najlepiej być sobą. w końcu to nam zawsze najlepiej wychodzi.
poniedziałek, 25 lutego 2008
brońmy honoru ojczyzny!
właśnie przeczytałam na jednym z portali, że pewna 'gwiazda' będzie "bronić honoru Polski na eurowizji". czyli jeśli jej się nie uda, to stracimy honor jako kraj?? może to zabrzmi dziwnie, ale słabiutki byłby ten honor, gdyby zależał od jednej piosenkarki (tak na marginesie, to średnio znanej). a poza tym, to czy eurowizja jest akurat takim miejscem, w którym ten honor jest tak ważny? ja chyba jestem z innej bajki jednak... i jeszcze jedno - czy nie ma rodaków, którzy mogliby w obronie honoru ojczyzny stanąć? albo naprawdę kiepsko jest z tym honorem, albo ktoś stanowczo przesadził z tym szumnym tytułem.
niedziela, 24 lutego 2008
najpiękniejsi
ostatnio wręczano nagrody 'viva najpiękniejsi'. nominacji było co niemiara... a wygranych dwoje. i właśnie zwycięzca powiedział (o ironio), że piękna nie powinno się oceniać, bo nikt z nas nie ma na nie wpływu. to znaczy nie jesteśmy w stanie wpłynąć na to, czy jesteśmy piękni, czy też nie. w czasie gali próbowano również znaleźć odpowiedź na pytanie czym jest piękno oraz szukano kanonów piękna na przestrzeni wieków (jak widać uważnie oglądałam hehe). nie wiem dokładnie co kierowało twórcami tej gali, czy chodziło o jakąś ironię, czy miało być śmiesznie i z dystansem. dla mnie średnio to wszystko wyszło. niby mówiło się, że to piękno to jednak sprawa względna, a jednak ktoś taki ranking wymyślił, a gwiazdy tłumnie się tam pokazały. niby to przecież nie o to chodzi, a jednak wielką imprezę trzeba było zorganizować. nie wiem, może po to żeby się zwykli śmiertelnicy nacieszyli widokiem sławnych, bogatych i pięknych i pomarzyli o tym, aby znaleźć się wśród nich... pewnie, że każdy miewa swoich idoli, szczególnie w pewnym wieku. i nie ma w tym nic złego.
ale wracając do tego piękna, są ludzie według obecnie panujących trendów piękni wizualnie, ale ich osobowość nie należy do uroczych. i bywa odwrotnie. są tacy, których wnętrze jest tak bogate i pełne piękna, że chociaż nie grzeszą urodą, to kiedy się na nich patrzy stają się ciekawsi niż tuzin bradów pittów i angelin jolie razem wziętych. a jednak 'wewnętrzne piękno' nie jest popularne. większość woli upodabniać się zewnętrznie do pięknych i bogatych sław. ciągle to co zewnętrzne dla wielu tak bardzo się liczy... a przecież uroda przemija, a z charakterem i osobowością jesteśmy związani do końca życia. może warto jednak dążyć do upiększania wnętrza?
piątek, 22 lutego 2008
blog roku
chyba dzisiaj, albo wczoraj była gala "blog roku". nie wiem, kto wygrał, ja na pewno nie :) hehehe ale ci, co wygrywają to mają tysiące czytelników i komentarzy. ja chyba się na to nie piszę, bo i blog taki troszkę niszowy. a jeszcze ostatnio jakoś mało piszę.... muszę znowu się 'wziąć w garść' :) jakoś ostatnio dzień dobry tvn nie dostarcza mi zbyt wielu inspiracji. może za mało oglądam? a może z powodu dziwacznej aury wczesne przesilenie wiosenne mnie dopadło? nie wiem... w życiu też wiele się dzieje, to i myśli krążą wokół innych spraw. swoją drogą ciekawe, że czasami człowiek jest szczególnie 'płodny' :) a przychodzi też czas posuchy. dobrze, że nie jestem pisarką, bo miałabym problem. a tu terminy nie gonią, jedynie niektórzy znajomi czasami coś powiedzą, że dawno nie pisałam. ale poprawę już raz obiecywałam, więcej nie będę :) i tak cieszę się, że już całkiem długo sobie piszę.
czwartek, 21 lutego 2008
kobiety są...rozrzutne
właśnie dzisiaj się o tym dowiedziałam. hmm... a ja jakoś nigdy tak o sobie nie myślałam. pewnie się myliłam, skoro w telewizorze powiedzieli, że kobiety są rozrzutne. ciekawa teza, szczególnie że w wielu domach to kobiety zajmują się tzw. budżetem domowym. chyba wiele polskich domów nie poradziłoby sobie, gdyby owa teza była prawdą... na pewno bywają takie kobiety, ale są również rozrzutni mężczyźni. nie wiem czemu, ale generalizowanie w wielu przypadkach jakoś mi nie pasuje. łatwo tak sobie stwierdzić biorąc za przykład gwiazdki 'szołbiznesu', które na rozrzutność pewnie stać. ale żeby tak od razu wrzucać wszystkich do jednego worka? nieładnie...
środa, 20 lutego 2008
parę słów o kłamstwach
czytałam ostatnio ciekawy artykuł na temat tego, dlaczego dzieci kłamią. były tam cytowane amerykańskie badania i mam nadzieję, że nie odzwierciedlają do końca polskich realiów. stwierdzono tam, że "większość rodziców słysząc, jak ich dziecko kłamie zakłada, że jest ono zbyt młode, aby rozumieć czym są kłamstwa, albo że kłamanie jest złe. zakładają, że ich dzieci przestaną, kiedy podrosną i nauczą się to rozróżniać. a prawda jest taka, że dzieci, które wcześnie uchwycą niuanse pomiędzy kłamstwami, a prawdą, wykorzystują tę wiedzę na swoją korzyść, co czyni je bardziej skłonnymi do kłamstwa, kiedy nadarzy się okazja." to, że dzieci próbują oszukiwać to pewnie jest uniwersalne. ale zastanawiające jest, że rodzice, których badano uważają, że nie trzeba dzieci uświadamiać, że coś jest kłamstwem, bo one z tego wyrosną... ciekawa koncepcja, bo jak można wyrosnąć z czegoś, czego się nie rozumie? szczególnie, że jak badania pokazują - dzieci dokładnie wiedzą, co robią.
stwierdzono również, że to rodzice uczą dzieci kłamać. na przykład, kiedy dziecko dostanie prezent, który mu się nie podoba, to zachęcamy je, aby nie okazywało niezadowolenia, ale raczej grzecznie mówiło, że jest ładny. myśląc, że uczymy dzieci grzecznego zachowania, tak naprawdę zachęcamy je do kłamstwa. tak zwane 'białe kłamstwa' towarszyszą dorosłym w interakcjach, a dzieci obserwując nas szybko się uczą. do tego "zachęcane do mówienia tak wielu białych kłamstw i słyszące tak wiele innych, dzieci stopniowo zaczynają się czuć wygodnie będąc nieszczerymi. brak szczerości staje się dosłownie codziennym wydarzeniem. uczą się, że szczerość powoduje jedynie konflikty, a jej brak jest łatwym sposobem uniknięcia konfliktu. i chociaż nie mylą sytuacji białych kłamstw z kłamstwem w celu ukrycia swoich postępków, przenoszą tę emocjonalną podstawę z jednych okoliczności na drugie. psychologicznie łatwiejsze staje się skłamanie rodzicowi." ciekawe prawda.
podobało mi się jeszcze jedno stwierdzenie: "rodzice dzieci zwykle przyklaskują, kiedy dziecko wypowiada białe kłamstwo. często rodzice są dumni, że ich dzieci są 'grzeczne' - nie widzą tego, jako kłamstwo. ciągle zdumiewa mnie pozorna niezdolność rodziców do rozpoznania, że białe kłamstwa to ciągle kłamstwa." właśnie... kłamstwo zawsze pozostanie kłamstwem. może gdy my zaczniemy tak na to patrzeć, to nie beędziemy przekazywać dzieciom fałszywego obrazu tego, co jest 'grzeczne'.
stwierdzono również, że to rodzice uczą dzieci kłamać. na przykład, kiedy dziecko dostanie prezent, który mu się nie podoba, to zachęcamy je, aby nie okazywało niezadowolenia, ale raczej grzecznie mówiło, że jest ładny. myśląc, że uczymy dzieci grzecznego zachowania, tak naprawdę zachęcamy je do kłamstwa. tak zwane 'białe kłamstwa' towarszyszą dorosłym w interakcjach, a dzieci obserwując nas szybko się uczą. do tego "zachęcane do mówienia tak wielu białych kłamstw i słyszące tak wiele innych, dzieci stopniowo zaczynają się czuć wygodnie będąc nieszczerymi. brak szczerości staje się dosłownie codziennym wydarzeniem. uczą się, że szczerość powoduje jedynie konflikty, a jej brak jest łatwym sposobem uniknięcia konfliktu. i chociaż nie mylą sytuacji białych kłamstw z kłamstwem w celu ukrycia swoich postępków, przenoszą tę emocjonalną podstawę z jednych okoliczności na drugie. psychologicznie łatwiejsze staje się skłamanie rodzicowi." ciekawe prawda.
podobało mi się jeszcze jedno stwierdzenie: "rodzice dzieci zwykle przyklaskują, kiedy dziecko wypowiada białe kłamstwo. często rodzice są dumni, że ich dzieci są 'grzeczne' - nie widzą tego, jako kłamstwo. ciągle zdumiewa mnie pozorna niezdolność rodziców do rozpoznania, że białe kłamstwa to ciągle kłamstwa." właśnie... kłamstwo zawsze pozostanie kłamstwem. może gdy my zaczniemy tak na to patrzeć, to nie beędziemy przekazywać dzieciom fałszywego obrazu tego, co jest 'grzeczne'.
poniedziałek, 18 lutego 2008
...tylko miłość zmieni świat...
to są słowa jednej z piosenek mietka szcześniaka i mezzo. notabene płyta z tą właśnie piosenką jest rewelacyjna :) lubię teksty, które mają znaczenie i sens. a te słowa są bardzo prawdziwe. wiem, że o tym całym zmienianiu świata to ja tu ciągle coś wypisuję, ale w końcu jeśli nic nie robimy, żeby wpływać na rzeczywistość, to troszkę strata czasu to nasze życie. i nie chodzi wcale o to, żeby od razu angażować się w jakieś misje pokojowe. tylko o to, żeby swoim życiem pozytywnie wpływać na otaczający nas świat. a miłość właśnie zmienia świat. ona zmienia życie. i to nie tylko ta miłość dwojga ludzi, mężczyzny i kobiety. ale co to jest miłość? dzisiaj dla wielu chyba pojęcie troszkę wyświechtane, może nawet zdewaluowane. a przecież miłość taka szczera, bezwarunkowa, prawdziwa, ciągle jest taka sama. może ludzie nie do końca rozumieją co znaczy miłość? może tym samym słowem nazywają inne uczucia? nie wiem. ale wiem, co dla mnie znaczy miłość i znam jedną definicję tej miłości...
miłość jest cierpliwa, szlachetna, nie zazdrości, nie przechwala się, nie jest zarozumiała, nie postępuje nieprzyzwoicie, nie szuka siebie, nie wybucha gniewem, nie liczy doznanych krzywd, nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz się raduje prawdą. wszystko wytrzymuje, wszystkiemu wierzy, wszystkiemu ufa, wszystko przetrwa. miłość nigdy się nie kończy...
tak samo jak jej twórca i dawca. i taka miłość naprawdę zmienia świat.
piątek, 15 lutego 2008
wieść gminna niesie...
dzisiaj słyszałam, że jest taki portal, na którym można napisać swoją opinię, jeśli jakiś lokal, czy sklep okazał się porażką. internauci opisują swoje doświadczenia z niemiłą obsługą czy kiepskim jedzeniem, uprzedzając innych, aby nie wybierali się do tych miejsc. taka internetowa książka zażaleń, która ma na pewno dużo szerszy zasięg. jedna z osób dyskutujących na temat tego portalu stwierdziła, że lubimy tak sobie ponarzekać i dlatego tego typu miejsca cieszą się ogromną popularnością. pewnie coś w tym jest :) ale z drugiej strony, jeśli gdzieś obsługa pozostała jeszcze w czasach pięknie sparodiowanych w 'misiu' na przykład, to czemu nie dać upustu swojemu niezadowoleniu? może utrata zainteresowania klientów da do myślenia?
ale ciekawe jednak jest to, że łatwiej nam jest pisać to, co negatywne. podobno istnieje taka strona w internecie, którą redagują również internauci, a na której pojwiają się najciekawsze informacje znalezione w sieci. przeważają oczywiście te złe. jak się ogląda wiadomości, to również większość pokazywanego materiału dotyczy spraw nieprzyjemnych, wręcz tragicznych. i jak się tak człowiek naogląda i naczyta, to potem się wydaje, że ten świat to już tak na psy zszedł, że gorzej być nie może... a przecież i zło było zawsze, i dobro również. i teraz też dobre rzeczy się dzieją. tylko, że złe wiadomości zawsze lepiej się sprzedają. w końcu gdyby nie sensacja, to większość tak zwanych obecnie tabloidów (kiedyś po prostu brukowców) nie miałaby racji bytu... ciekawe czy to zamiłowanie to złych wiadomości wynika z potrzeby poczucia się lepiej, że jednak nie jest u mnie tak źle? nie wiem. ale jeśli tak, to przykro. może czasem warto zmienić sposób patrzenia na życie i zacząć dostrzegać pozytywy. a wtedy może nie będziemy tak chętnie sięgać po złe wiadomości.
...
oj dawno mnie tu nie było... cóż, takie życie :) mam nadzieję, że zostanie mi to wybaczone...
wczoraj były walentynki (ale to nie jest powód tego, że nie pisałam!!!), których my z zasady nie obchodzimy. ciekawe, że takie dziwaczne 'święto' budzi w ludziach często dosyć skrajne emocje. jedni je uwielbiają i celebrują, inni nie cierpią i w proteście obchodzą różne bardziej 'narodowe' święta (pan z panoramy proponował większe zpopularyzowanie święta kupały na przykład). ja właściwie jestem obojętnie nastawiona. dziwi mnie taki nadzwyczajny pęd w kierunku nagłego wyznawania sobie miłości. może dla niektórych to jest rozwiązanie, ja wolę gdy to się dzieje na co dzień (proszę o wybaczenie ewentualnych błędów - sprawdzanie pisowni strajkuje, a że w tej materii komputer znacznie uwstecznia, obawiam się, że może mi się zdarzyć parę gaf). słyszałam teorię, że walentynki powstały jako rozwiązanie problemu z kolorem czerwonym, którego nadmiar pozostaje zawsze po świętach. cóż, jakoś ta świąteczna czerwień nie razi tak bardzo.... ale może ja się zwyczajnie czepiam? niech tam sobie "walenci" miłość wyznają 14 lutego (niektórzy nawet postanowili się publicznie w ten dzień oświadczyć!!!), a ja kocham cały rok i mówię o tym nie tylko zimą!
piątek, 8 lutego 2008
pierwszy ząbek
dwa dni temu synek w końcu 'urodził' pierwszego zęba. radość była ogromna :) chociaż chyba znacznie większa z naszej stony... ciekawe jest to, że jak się obserwuje dziecko, to każda nowość tak bardzo nas cieszy. niby nic wielkiego, ale jednak w przypadku takiego małego brzdąca, każda nowa rzecz często oznacza, że świat staje się większy, pełniejszy. i to jest piękne. zarówno oglądanie, jak poznaje świat i jak się zmienia, ale również samo cieszenie się z tych małych-wielkich rzeczy. życie pędzi i nie ogląda się za siebie, a my łatwo dajemy się temu pędowi porwać. w moim przypadku akurat bartek sprawia, że nagle drobiazgi zaczynają nabierać innego znaczenia. ale tak sobie myślę, że zawsze można znaleźć coś takiego, czym możemy się cieszyć, a co jednocześnie pomoże nam zatrzymać się na chwilkę, zwolnić tempa i zwyczajnie delektować się życiem. człowiek goni szczęście, szuka go, a ono tak często jest w tym, co z pozoru małe i nieznaczące... kiedy zaczynamy to dostrzegać, nagle życie staje się bardziej kolorowe. mówi się, że małe jest piękne. i w związku z tym jest też wiele ironicznych komentarzy, ale prawda jest taka, że w małych rzeczach, dorbnych sprawach można właśnie znaleźć radość. to one ubarwiają naszą codzienność. zacznijmy je dostrzegać, bo każdy ząbek to perełka.
poniedziałek, 4 lutego 2008
być najgorszym
na jednym z kanałów jest program pt. 'najgorszy polski kierowca'. nie widziałam ani jednego odcinka, ale z reklam wynika, że uczestnicy rywalizują o miano najgorszego polskiego kierowcy właśnie. niby nic, ale tak sobie myślę, że to trochę bez sensu. no bo, jeśli ktoś ten program wygra, to w pewnym sensie odniesie sukces. czyli bycie najgorszym okaże się czymś dobrym.... i nie chodzi o bycie kierowcą, ale tak ogólnie. można powiedzieć, że ten program jest pochwałą mierności. nie każdy musi być ekspertem we wszystkim, nawet nie powinien. ale zawsze wydawało mi się, że lepiej jest dążyć do tego, żeby stawać się coraz lepszym. jeśli w czymś nie jestem dobra, to raczej w to się nie angażuję. ale jeśli jestem w stanie, to staram się nad sobą pracować i poprawiać swoje umiejętności. ja wiem, że to tylko program telewizyjny, ale chodzi mi o pewną zasadę. jakoś nadal wolę być dumna, że w czymś jestem dobra, a nie że jestem najgorsza....
sobota, 2 lutego 2008
w pogoni za ulotnym
czasami dostajemy coś naprawdę cennego, niekoniecznie jest to coś materialnego, ale coś, co sprawia, że nasze życie nabiera sensu i znaczenia. i cieszymy się tym, ale w pewnym momencie odrzucamy na rzecz czegoś innego, mniej wartościowego. czasem łatwiejszego i na pierwszy rzut oka przyjemniejszego. jednak po czasie okazuje się, że nie było warto... ale czas mija, nie jesteśmy młodsi, a pewnych spraw nie da się odrobić. im więcej o tym myślę, tym bardziej wydaje mi się, że w życiu tak naprawdę nie liczy się to, co łatwe i przyjemne. to co cenne - miłość, przyjaźń, spełnienie - nie przychodzi łatwo, ale nadaje sens życiu. jest też coś jeszcze bardziej wartościowego, coś większego, nieuchwytnego, ponad naturalnego. właściwie każdy za tym goni, ale większość się do tego nie przyznaje. ale tak już jesteśmy skonstruowani - potrzebujemy tego. i jak już uda nam się to znaleźć, dlaczego z tego tak łatwo rezygnujemy? dlaczego przelotne przyjemności tak łatwo nas przyciągają? nie wiem.... ale szkoda mi tych, którzy mając wiele, zaprzepaścili to dla czegoś przemijającego, ulotnego. bo jeśli kiedyś oprzytomnieją, pojawi się żal. żal za tym 'co by było gdyby'... a przecież można inaczej. można żyć pełnią życia i patrzeć wstecz z radością, a nie z żalem.
o co mi chodzi?
mój siedmiomiesięczny syn często czegoś się domaga, ale jakoś nie zawsze jestem w stanie mu pomóc. po prostu nie mam pojęcia o co mu chodzi.... podobno matki instynktownie rozumieją swoje dzieci, nawet kiedy te jeszcze nie potrafią mówić, ale komunikują się za pomocą jęków, płaczu i innych dziwnych dźwięków. cóż, pewnie coś w tym jest. ale co zrobić, kiedy wspomniany mało elokwentny malec sam nie wie czego chce? tu pojawia się problem. bo czegoś chce, ale nie bardzo chyba wie czego, a jego zdesperowana mamuśka wychodzi z siebie, bo już nie potrafi znieść więcej płaczu. (tak dla wyjaśnienia, bartek właśnie ząbkuje :)
gorzej, że z nami bywa podobnie, chociaż posiedliśmy (przynajmniej niektórzy) wspaniałą umiejętność, jaką jest mowa. potrafimy mówić, rozmawiamy, wyrażamy opinie, dzielimy się przemyśleniami. ale czasami sami nie wiemy, czego chcemy, a co za tym idzie nie potrafimy tego wyrazić. no bo co tu mówić, jak się nie wie o co chodzi.... i z reguły raczej nie ząbkujemy.... cóż, jak widać nawet brak problemów związanych z rozwojem organizmu, ani też umiejętność komunikacji nie uwalnia nas od jakże trudnego zagadnienia: 'o co mi chodzi?'
środa, 30 stycznia 2008
pod publiczkę
okazuje się, że jest wielu ludzi, którzy żyją tylko i wyłącznie na pokaz. wszystko co robią, jest pod publiczkę. przyznam, że zetknięcie z tym jednak mnie zszokowało. to jest bardzo przykre, że zamiast żyć w zgodzie z własnym sumieniem i tak, aby jak najlepiej przez to życie, bądź co bądź ciężkie przejść, ludzie wolą się pokazywać. wszystko ma być tak, żeby inni widzieli. nie ważne czy to jest prawda, czy nie.... smutne. szczególnie, że w ostatecznym rozrachunku i tak prawda wychodzi na jaw. może nie zawsze od razu, ale wychodzi. bo jeśli chce się tylko zrobić na innych wrażenie, to trzeba się liczyć z tym, że znajdą się tacy, którzy i tak wiedzą, jaka jest rzeczywistość. możemy udawać kogoś, kim nie jesteśmy. możemy też próbować oczerniać innych, ale to nasze postępowanie mówi samo za siebie. tak naprawdę czyny są głośniejsze niż słowa. i nawet jeśli próbujemy innym pokazać, jacy to my jesteśmy wspaniali, czy wielkoduszni, to tak naprawdę nasze motywacje i tak kiedyś wyjdą na jaw. zatem po co się męczyć? czy nie lepiej być szczerym i żyć szczerze? mnie się wydaje, że tak jest łatwiej.... ale może się mylę? mówi się, że 'jak cię widzą, tak cię piszą'. granie pod publiczkę zdaje egzamin na krótką metę. ci, którzy znają nas dłużej i widzą w różnych okolicznościach i tak będą wiedzieli, jak jest naprawdę. a swoją drogą zastanawiające jest, że tak bardzo chcemy grać. bo o ile w teatrze po skończonym przedstawieniu można wyjść, o tyle w życiu tak się nie da. i jak już raz zaczniemy, to ciężko jest skończyć... pewnie nie jest to popularne, ale może jednak bądźmy sobą i zamiast życia na pokaz, przeżywajmy życie naprawdę.
sobota, 26 stycznia 2008
przyjaciele potrzebni
zawsze uważałam, że przyjaciół ma się niewielu. można mieć wielu dobrych znajomych, ale prawdziwa przyjaźń, to znacznie więcej niż częste widywanie się, czy nawet wspólne zainteresowania. i dlatego nadal tak myślę. ostatnio jednak często spotykam ludzi, którzy co chwilę mówią o przyjaciołach i wygląda na to, że mają ich mnóstwo - tylko są jacyś tacy 'krótkoterminowi'. w życiu bywa różnie i czasami nasze grono przyjaciół ulega pewnym zmianom - jedni odchodzą, inni się pojawiają. ale nie dzieje się to z tygodnia na tydzień. prawdziwa przyjaźń jest bezcenna i najczęściej trwa latami. są przyjaciele, z którymi mamy częsty kontakt. inni są daleko, ale nawet po kilku latach rozmawiamy z nimi tak, jakbyśmy się nigdy nie rozstawali. i to jest piękne. przyjaciele nie muszą zgadzać się we wszystkim. potrafią się wspierać, ale również stawiać wyzwania. pomagają nam wyjść z dołka, cieszą się naszymi sukcesami. wartość przyjaźni jest ogromna. szkoda, że zaangażowanie, jakie za sobą pociąga dla wielu jest zbyt zobowiązujące, zbyt trudne. może gdybyśmy nie bali się tego zaangażowania, łatwiej byłoby nam przejść przez życiowe sztormy? i pewnie psychologowie straciliby część klientów :)
czwartek, 24 stycznia 2008
wejsc w czyjes buty
wjezyku angielskim jest takie powiedzenie wlasnie, a chodzi o to, zeby wczuc sie w czyjas sytuacje. pewnie po polsku tez jest jakis odpowiednik, ale mam aktualnie zacmienie i nic nie przychodzi mi do glowy. a z tymi butami, to jest ciekawe. bo zdarza nam sie miec pretensje do kogos, albo pouczac czy krytykowac, kiedy nie potrafimy tak naprawde zrozumiec jego sytuacji. dopiero, kiedy sami znajdziemy sie w podobnej, dociera do nas, co tamta osoba przezywa. na przyklad czasami tatusiowie nie potrafia zrozumiec zmeczenia i frustracji mamus, ktore spedzaja 24 godziny na dobe z dziecmi. a kiedy im sie przytrafi taka sytuacja, nagle sie sami frustruja, gdy dzieci marudza. ale mama czesto ma tak jeszcze 7 dni w tygodniu, tatcie rzadziej sie to trafia... i pewnie na odwrot. mama nie wie, co tata przezywa w pracy... ale moze czasem warto 'wejsc w czyjes buty'? albo chociaz sprobowac zrozumiec.
krytykanci są wśród nas
po ostatnich protestach nauczycieli w radiowej trójce była audycja, w której słuchacze wypowiadali sie na temat zaistniałej sytuacji. zdziwiło mnie, jak wiele glosów było negatywnych wobec nauczycieli. niektórzy twierdzili, że chętnie pójdą do sądu, jeśli protest nauczycieli wpłynie negatywnie na ich dzieci. ciekawe jest to, że tak łatwo krytykuje się nauczycieli właśnie. z jednej strony zdarzają się nauczyciele, którzy nie powinni wykonywać tego zawodu, ale to są jednostki. ogromna większość to ludzie dobrze wykształceni i przygotowani, którzy kochają dzieci. nauczyciele mają znaczny wpływ na przyszłość dzieci, na to, jakimi staną się ludźmi. na pewno nie tylko oni, ale w końcu w szkole spędza się przynajmniej 12 lat i to w okresie największego i najszybszego rozwoju. nauczyciele niejednokrotnie kształtują nasze patrzenie na świat wokół nas. i nie mówię tutaj o negatywnych pzykładach. i chyba powinno nam zależeć, żeby nauczyciele byli godziwie opłacani. dlaczego wymagamy bardzo wiele, ale nie chcemy się zgodzić, na to, żeby zarabiali porządne pieniądze. nie musieliby się martwić jak dorobić i na pewno z większą radością wykownywaliby swój zawód. bo powołanie to jedno, ale za coś trzeba żyć.
ktoś inny stwierdził, że przecież nauczyciele maja dwa miesiące wakacji więc mogliby sobie wtedy dorobić. pewnie, niech kopią rowy, albo zbierają truskawki.... takich ludzi wysłałabym na tydzień do jakiejś szkoły - nalepiej do gimnazjum. i wtedy zobaczylibyśmy, czy nadal uważaliby, że te dwa miesiące to za dużo. są różne zawody, które traktuje się jako zawody w trudnych warunkach, ciekawe, że nauczyciel się na to nie łapie... a wystarczy wejść do szkoły.
szkoda, że tak łatwo się krytykuje takie zawody - że nauczyciele nie dobrzy, a lekarze to już całkiem... tylko nikt jakoś nie myśli o tym, jak wiele im zawdzięczamy. mamy ogromne oczekiwania i uważamy, że ich 'usługi' nam się należą, ale czy na pewno? a może dla odmiany doceńmy ich ciężką pracę i przestańmy tak ciągle krytykować. przecież się da...
wtorek, 22 stycznia 2008
nie zaluje niczego...
tak spiewala edit piaf (wybaczcie, ale nie wiem jak sie pisze jej nazwisko...). i jest to madre podejscie, ale trudniejsze do wykonania. zalujemy roznych rzeczy, szczegolnie w sytuacjach, ktore nas zaskakuja i nie sa najprzyjemniejsze. zalujemy wypowiadanych slow, tego co zrobilismy, badz nie zrobilismy, swoich postaw i zachowan, a nawet niektorych mysli. i nagle okazuje sie, ze wobec wiecznosci pewne sprawy traca na znaczeniu. niektore rzeczy staja sie zupelnie nieistotne. dlatego tak wazne jest, zeby idac przez zycie tak postepowac, zeby moc razem z francuska piosenkarka powiedziec 'nie zaluje niczego' (nie koniecznie nasladujac jej zycie). bo mozna czasem sie ugryzc w jezyk, mozna pewne rzeczy zostawic dla siebie, mozna nie dociekac swoich racji. w zderzeniu z czyms wiekszym, na co i tak nie mamy wplywu, jak chocby smierc, i tak okaze sie, ze wiele spraw znika. a to, co sie liczy, to milosc i to, co dobrego mozemy innym dac. uczmy sie kochac ludzi, tak szybko odchodza.... uczmy sie zyc z innymi tak, by niczego nie zalowac, gdy juz ich nie bedzie...
poniedziałek, 21 stycznia 2008
najgorszy dzien roku
teraz bedzie bez polskiej czcionki, bo korzystam z komputera, ktory takowej nie posiada. ale mam nadzieje, ze uda sie czytelnikom cos zrozumiec (moze nie koniecznie to, co chce napisac ale cos zawsze :). chyba, ze ten madry blog poprawi mi bledy... slyszalam dzisiaj w jednej ze stacji radiowych, ze dzisiejszy dzien - 21 stycznia, jest uwazany, za najgorszy dzien w roku. ciekawe, kto zrobil takie badania? i dlaczego w ogole ktos pokusil sie o sprawdzenie czegos takiego? dlaczego nie zastanawiamy sie nad tym, ktory dzien jest najlepszy, najmilszy? po co sprawdzac, ktory jest najgorszy? nie rozumiem... pani prowadzaca audycje stwierdzila, ze to miedzy innymi z tego powodu, ze powoli zdajemy sobie sprawe, ze juz nie spelnimy naszych noworocznych postanowien... coz, dziwny powod na wybranie sobie akurat 21 styczniana taki dzien zdawania sobie z tego sprawy. a szczegolnie, ze dzisiaj jest dzien babci - babcie chyba nie czuja sie zbyt zachecone, ze ktos stwierdzil, ze to najgorszy dzien w roku. ludzie chyba czasami zwyczajnie nie maja co robic... :) dla mnie dzisiejszy dzien byl pelen wyzwan (podroz samolotem z polrocznym dzieckiem jest naprawde niezla przygoda...) ale ogolnie uwazam go za udany. z reszta chyba najwazniejsze to pozytywnie sie nastawiac. jak ktos widzi wszystko w czarnych barwach, to co drugi dzien bedzie 'najgorszy' :)
(niestety opcja sprawdzania pisowni nie chce sie uruchomic... wybaczcie ewentualne literowki i bledy)
niedziela, 20 stycznia 2008
coś od Boba (ale nie Budowniczego)
oglądałam ostatnio film "jestem legendą". nie wiem, czy mi się podobał, ale nie o nim chciałam napisać. główny bohater grany przez will'a smith'a w pewnym momencie filmu opowiadał o bob'ie marley'u. podobno gdy kiedyś piosenkarz został poważnie postrzelony, już po dwóch dniach wyszedł ze szpitala i grał koncert. zapytany dlaczego to robi, odpowiedział, że ludzie, którzy czynią zło nie robią sobie dnia wolnego, więc tym bardziej on nie ma na to czasu, ponieważ trzeba temu przeciwdziałać. podobno chciał zmienić świat na lepsze, wyleczyć ludzi z nienawiści, rasizmu. chciał 'rozświetlić ciemność'. nie wiedziałam o tym, ale spodobało mi się to, co powiedział. tak często narzeka się na to, co złego się dzieje, ale tak trudno jest coś zrobić, żeby temu przeciwdziałać. a skoro zło nie bierze dnia wolnego, to tym bardziej ci, którzy chcą mu się przeciwstawić nie powinni sobie robić wakacji. kiedyś chyba napisałam cytat, który mówił o tym, że tragedią jest milczenie dobrych ludzi, ich bierność. ale wspaniałe jest to, że są tacy, którzy nie poddają się, nie biorą wolnego, ale też nie wymawiają się, że przecież i tak nic nie da się zrobić. bo zawsze da się coś zrobić. i my też możemy rozświetlić ciemność!
...
i znowu dostałam po głowie, że dawno nic nie pisałam :) hehehe, chyba powinnam się z tego cieszyć, bo to oznacza, że ktoś mnie jednak czyta!!! ale co zrobić, jak czasami nie mam nawet kiedy usiąść do komputera. a jak jestem zmęczona, to również o natchnienie trudniej :) ale nie będę już się tłumaczyć. obiecałam poprawę i póki co jeszcze mi nie wychodzi, ale kiedyś w końcu wyjdzie. a jutro wyjeżdżam, więc pewnie znowu będzie troszkę przerw w pisaniu, chyba że będę miała dostęp do internetu. może wyjdzie mi mały dziennik z podróży? :) zobaczymy...
czwartek, 17 stycznia 2008
a ku ku raz jeszcze
przy okazji zabawy z pieluszką, ale i filmu 'evan wszechmogący' pomyślałam sobie, że podobnie wygląda sprawa z Bogiem. jeśli już chcemy Go w naszym życiu, to tylko na naszych warunkach. mamy jakieś swoje wyobrażenie o Nim i o Jego sposobie działania, które ukształtowane zostało przez kulturę i tradycję w jakich żyjemy. nie bardzo mamy ochotę zadać sobie trud, żeby sprawdzić, czy taki jest faktycznie. ale oczekujemy, że będzie dla nas trochę jak taki dżin z lampy, albo złota rybka. kiedy będzie potrzeba, to spełni nasze trzy życzenia. a jak coś się dzieje nie tak, to od razu Bogu przypisujemy winę. a to chyba jest nie fair... akceptując fakt istnienia Boga i chcąc Jego ingerencji nie możemy oczekiwać, że będzie (przepraszam za ten kolokwializm) 'tańczył, jak Mu zagramy'. bo jeśli przyjmujemy Boga, to akceptujemy też Jego wszystkie atrybuty. a to oznacza, że zgadzamy się z faktem, iż to On jest Mistrzem i Panem stworzenia. czyli tak naprawdę przyjmując Jego panowanie zgadzamy się na życie zgodnie z Jego zasadami. jeśli nie, to trochę tak, jakbyśmy chcieli stać się obywatelami Polski, ale nie zgadzali się z funkcjonującym w tym kraju prawem i postanowili go nie przestrzegać, ale ustanowić własne zasady i zgodnie z nimi żyć. mnie się prawo może nie podobać, ale żyjąc w tym kraju przestrzegam go, bo wiem, że tak jest właściwie. w przypadku Boga, to nie On mi narzuca zasady postępowania, ale to ja postanawiam je przyjąć, kiedy decyduję się zostać obywatelem Jego królestwa. jeśli tego nie chcę, to po co angażuję do swojego życia Boga? myślę, że czasami trochę nam się miesza. może dlatego, że nie próbujemy naprawdę poznać Boga, a jedynie przejmujemy tradycyjne myślenie o Nim. ja znam mojego bartka i wiem, jaka zabawa mu się podoba. ktoś, kto zna go z moich opowiadań i widzi go od czasu do czasu, nie potrafi zrozumieć, jego oczekiwań...
spójrz im w oczy
słyszałam dzisiaj wypowiedź pewnej niepełnosprawnej kobiety, która starała się o pracę nauczyciela. oczywiście sprawa wcale nie była prosta. nikt nie chciał jej dać pracy. w końcu w sprawę zaangażowała się gazeta, której redakcja postanowiła sprawdzić, czy rzeczywiście nie ma pracy dla niepełnosprawnych. okazało się, że kiedy wspomniana kobieta dzwoniła do szkół i wspominała o swojej niepełnosprawności od razu słyszała odmowę. inaczej było w przypadku spotkania twarzą w twarz - i to właśnie zwróciło moją uwagę - podczas takiego spotkanie już nie tak obcesowo stwierdzano, że tej pracy nie ma. starająca się o posadę nauczyciela stwierdziła, że chyba trudniej jest tak otwarcie w twarz mówić nam niemiłe rzeczy. bardzo to prawdziwe ale i przykre. bo chyba trochę świadczy o tym, że jesteśmy tchórzliwi. jak nas nie widzą, to potrafimy powiedzieć, co myślimy, ale bezpośrednio to już trudniej. a w takiej sytuacji to tym bardziej jest to smutne. podobno w czasie spotkań nie było aż tak negatywnych reakcji, ale za to rozmówcy woleli patrzeć na dziennikarkę towarzyszącą osobie na wózku, niż na kobietę starającą się o pracę. ciekawe, że nie umiemy sobie radzić w takich sytuacjach. dlaczego traktujemy niepełnosprawność jak trąd? boimy się jej? tylko dlaczego? czy to, co nieznane i trudne zawsze musi być spychane na margines? skąd w nas tyle obaw...
poniedziałek, 14 stycznia 2008
a ku ku
kiedyś jedna z naszych znajomych bawiła się z bartkiem przy pomocy tetrowej pieluszki w tzw. 'a ku ku'. bartek za wszelką cenę próbował złapać pieluszkę i wpakować ją sobie do buzi. po kilku takich próbach z jego strony usłyszałam, jak osoba bawiąca się mówi: 'oj nie, tak bartuś to się nie będziemy bawić. jeśli mamy się bawić, to nie możesz łapać pieluszki'. w sumie logiczne, chociaż nie wiem czy paromiesięczne dziecko zgadza się z taką logiką. sytuacja ta skłoniła mnie do zastanowienia. zdarza się, że właśnie chcąc bawić się z dzieckiem, narzucamy mu nasze warunki. uważamy, że tylko wtedy zabawa będzie udana, jeśli wszystko odbędzie się zgodnie z tym, jak my tę zabawę widzimy. i nie chodzi mi tutaj o jakieś reguły związane z bezpieczeństwem czy tym, co jest dobre, a co złe. ale raczej o to, że nam się wydaje, że tak powinna ta zabawa wyglądać i narzucamy to dziecku. a ono może tę sprawę widzieć zupełnie inaczej. i ma prawo - w końcu to dla niego ta zabawa. chyba czasami w życiu jest podobnie. jeśli już chcemy coś zrobić, to z reguły na naszych warunkach. wydaje nam się, że wiemy najlepiej, jak to powinno wyglądać, a jeśli ktoś chce inaczej, to się sprzeciwiamy. a może czasem warto pomyśleć czyja to zabawa? bartek lubi zabawę w 'a ku ku', ale lubi też łapać pieluszkę i pchać ją sobie do buzi. i wolno mu - ma dopiero pół roku. a w tej zabawie przecież chodzi o to, żeby to on był zadowolony. bo chociaż może nam się to wydawać niezrozumiałe - nie zawsze chodzi o nas! powiem więcej, bardzo często nie chodzi o nas...
nowomowa
że do języka polskiego weszło wiele słów obcego pochodzenia, to wiem. że wiele angielskich słów zostało spolszczonych, to również wiem. ale są rzeczy, które ciągle mi się nie mieszczą w głowie. usłyszałam dzisiaj określenie "każualowo" (chodziło o angielskie określenie ubioru 'casual', czyli swobodny, codzienny). padło ono z ust człowieka, który namiętnie krytykuje wszystkich, którzy się nie ubierają według jego upodobań. może ja i modnie się nie ubieram, ale jak w telewizorze słyszę takie nowotwory słowne, to - przepraszam za określenie - krew mnie zalewa. już od pewnego czasu dziennikarze przykładają niewielką wagę do tego, żeby mówić ładnie i czysto po polsku. ale jednak takie wstawki to już przesada. co prawda ów "każualowy" pan dziennikarzem nie jest, ale jednak w telewizorze występuje. i nawet jeśli na modzie się zna, to chyba przesada, żeby tak język kaleczyć. tylko może ja się nie znam? może ja staromodna jestem? nie wiem, ale cenię sobie ludzi, którzy wypowiadając się publicznie potrafią zrobić użytek z pięknej polskiej mowy, bez ulepszaczy...
niedziela, 13 stycznia 2008
lotnicze wizje
ostatnio mój mąż opowiedział mi o pewnym artykule, który przeczytał. ponieważ lubi czytać na temat linii lotniczych i przelotów, często trafia na ciekawe informacje (jest też niezły w wyszukiwaniu tanich połączeń lotniczych :) wspomniany artykuł mówił o tym, że kiedy w azji buduje się lotniska, to robi się to z uwzględnieniem przyszłości, podczas gdy w europie lotniska buduje się na bieżące potrzeby. efekt jest taki, że w azji lotniska jeszcze długo są w stanie funkcjonować i przyjmować coraz więcej pasażerów, natomiast w europie często dopiero wybudowane lotnisko jest już za małe. czyli oni mają wizję rozwoju, a my ciągle gonimy... (w piętkę). przykładem jest lotnisko w singapurze - trzy milionowy kraj ma lotnisko, które jest w stanie obsłużyć siedemdziesiąt milionów pasażerów rocznie! dla porównania lotnisko w krakowie choć rozbudowywane, już teraz wiadomo, że po zakończeniu nowy terminal będzie za mały... ciekawe jest to, że w życiu częściej bywamy jak europejczycy, a nie azjaci (oczywiście porównanie dotyczy tych lotnisk, a nie wyglądu! to drugie jest raczej oczywiste :) to znaczy, że nie mamy wizji przyszłości, ale myślimy tylko o tym, co teraz. łatwiej jest żyć z dnia na dzień. a jednak kiedy nie mamy wizji dla swojego życia, to raczej jest to trochę wegetacja. nikt nie jest tutaj przez przypadek i nasze życie ma sens. ale nie mając wizji dla niego sami się tego sensu pozbawiamy. a szkoda... może warto wziąć przykład z azjatów i mieć wizję dla własnego życia.
czwartek, 10 stycznia 2008
szczęśliwe barwy
ostatnio można oglądać kolejny fantastyczny serial w naszej cudownej telewizji. tytuł sugeruje pogodną, ciepłą historię, ale każdy fragmencik, jaki nieopacznie zobaczyłam (może ze trzy razy mi się to przytrafiło) był raczej smutnawy. może ja po prostu nie rozumiem tytułu, a twórcom chodziło o szare i smutne barwy? nie wiem. w każdym razie jeden z aktorów tam grających mówiąc o swojej roli powiedział, że 'zazdrość pozwala stwierdzić, iż nie jest się tej drugiej osobie obojętnym'. może dlatego ja tego tytułu nie zrozumiałam (pewnie fabuły też bym nie doceniła...), bo dla mnie zazdrość wcale czymś takim nie jest! wydaje mi się, że zazdrość to brak zaufania, a brak zaufania nie może świadczyć o szczerym związku. nie chciałbym się przekonać, że 'nie jestem obojętna tej drugiej osobie' na podstawie jej zazdrości. ale cóż, ja zawsze byłam inna, więc nic dziwnego, że nie nadążam za serialami.....
a to kompleks właśnie
dzisiejszy dzień dobry tvn dostarczył mi znowu kilku tematów do przemyśleń :) między innymi rozmawiano na temat kompleksów kobiet. usłyszałam tam, że Polki są bardzo zakompleksione, a winę za ten stan rzeczy ponoszą głównie mężczyźni... cóż, nie wiem czy można tak całą winę na biednych facetów zrzucać. ale zaciekawiła mnie jedna wypowiedź w pokazanym materiale. pewna pani stwierdziła, że jak człowiek nie ma kompleksów, to jest z nim coś nie tak. no i tak się zastanowiłam - że większość ludzi ma kompleksy to fakt, że niektórzy bywają zwyczajnie nadęci i zadufani w sobie, to też prawda, ale żeby tak od razu stwierdzać, że jak ktoś kompleksów nie ma, to jest jakiś nie bardzo... ja znam człowieka, który bufonem nie jest, arogancki również nie bywa, a jednak kompleksów raczej nie posiada. on zwyczajnie zna swoją wartość! wie kim jest, zna swoje słabe i mocne strony i dobrze się czuje z samym sobą. i chyba o to chodzi. a za to, że jesteśmy zakompleksieni (bo nie dotyczy to tylko kobiet) odpowiada wiele czynników. grunt to znaleźć się kiedyś w miejscu, w którym zwyczajnie siebie polubimy. ja jestem na dobrej drodze, ale wiem, że jeszcze trochę przede mną. ale postanowiłam, że nie zostanę zakompleksiona. mam wartość i to jest ważne. znalazłam ją w Tym, który mnie zaprojektował, w Bogu. to wiele ułatwia :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)