środa, 26 marca 2008

królem być

świąteczna ramówka jak zwykle pełna była nowości i okrutnie zachęcała do siedzenie przed tv.... w poszukiwaniu najciekawszej propozycji w poniedziałkowy wieczór natknęliśmy się na 'madagaskar' i po stwierdzeniu, że jest to najlepsza opcja, po prostu zaczęliśmy oglądać. żyrafa jaka jest, każdy widzi, dlatego nie będę opisywać wspomnianego filmu. ale zwróciła moją uwagę jedna wypowiedź. w reakcji na stwierdzenie, że oto lew - prawdziwy król - samozwańczy król lemur bodajże powiedział: 'a co to za król? gdzie jego korona? jeśli jest królem, to powinien mieć koronę! ja mam koronę! dlatego ja jestem królem!' właśnie - mam koronę, to jestem królem. tak łatwo jest wykorzystywać pewne rzeczy, nazwy, tytuły, po to tylko, aby poczuć się lepiej, we własnych oczach stać się kimś lepszym. tylko, czy jak ja sobie koronę założę, to będę królową? nie bardzo... ale łatwiej jest budować swój autorytet wykorzystując takie elementy. po co się starać i swoim postępowaniem, życiem pokazywać, kim się jest? przecież jeśli będą na mnie mówić król, to już wszystko załatwione. czy aby na pewno? są ludzie, których trzeba tytułować, ale wcale nie darzy się ich szacunkiem, bo ich życie nie dorasta do tytułu jaki noszą. a są tacy, którzy o tytuły nie dbają, ale swoim postępowaniem pokazują, że tak naprawdę noszą koronę... chyba to drugie bardziej mi odpowiada.
'Pod trzema rzeczami drży ziemia, owszem czterech unieść nie może:
Niewolnika, gdy zostaje królem,
głupca, gdy żyje w dostatkach,
wzgardzonej, gdy zostaje żoną,
służącej, gdy dziedziczy po swojej pani.'
Przyp. 30:21-23
coś w tym jest....

poniedziałek, 24 marca 2008

ostatni samuraj

film ten widziałam już wcześniej. przyznaje, że mi się podobał. wyszłam z kina naprawdę zadowolona, że zdecydowaliśmy się go zobaczyć. dwie rzeczy szczególnie zwróciły moją uwagę. jedna z nich, to niszczenie tego, co stare w pogoni za nowym, 'lepszym'. cesarz postanowił zerwać z tradycją na rzecz nowoczesności. chcąc przypodobać się ludziom dążącym do 'ucywilizowania' japonii, prześladował tych, którzy gotowi byli oddać za niego życie. historia zna wiele przypadków, kiedy wprowadzenie nowego porządku wiązało się ze zniszczeniem wszystkiego, co symbolizowało lub kojarzyło się ze starym. tylko co z tego wychodziło? carska rosja reprezentowała zniewolenie, biedę, ogromną przepaść między ludźmi, wykorzystywanie ludzi.... a co dał nowy porządek? wszyscy byli równi, ale niektórzy równiejsi, a zniewolenie nie zniknęło, zmieniło tylko swoje źródło. przyjmowanie tego, co nowe wcale nie musi oznaczać niszczenia wszystkiego, co stare. cesarz zrozumiał swój błąd, ale trochę za późno....
druga rzecz, która mnie uderzyła, to rozmowa cesarza z kapitanem granym przez toma cruise. cesarza zapytał kapitana o samuraja, który zginął jako buntownik, choć wierzył, że walczy w obronie cesarza właśnie: 'opowiesz mi, jak zginął?'. na co ten odpowiedział: 'opowiem ci, jak żył'. czasami koncentrujemy się na jakimś krótkim epizodzie z życia człowieka, podczas gdy to całokształt da nam prawdziwy jego obraz i pozwoli właściwie spojrzeć na jego dokonania. dobrze jest uczyć się na czyichś błędach, ale lepiej przyglądać im się w perspektywie całego życia i wtedy wyciągać wnioski. dla samuraja ważne było, jak umierał. ale dla ludzi, którzy zostali ważniejsze było to, jak żył. bo z jego życia i postaw mogli tak wiele się nauczyć.

piątek, 21 marca 2008

wielki post

obiło mi się o uszy, że pewna wypowiedź dominikanina na temat wielkiego postu spowodowała dosyć duże zamieszanie. pojawiły się pytania, czym naprawdę jest post i jak powinno się go obchodzić. i oczywiście wiele różnych tłumaczeń... a ja sobie tak myślę, że może czasem powinno się tradycję odsunąć na bok i sięgnąć do źródła, w tym przypadku do Pisma Świętego. bo co z tego, że przez lata sobie wytworzymy różne zachowania właściwe i niewłaściwe dla jakiegoś okresu, skoro być może w ten sposób odejdziemy od prawdziwego sensu danej sprawy? dla mnie czas wielkiego postu nie różni się niczym od pozostałej części roku. dlaczego? bo dla mnie relacja z Bogiem to styl życia. i nie potrzebuję jakiegoś konkretnego czasu w roku, kiedy szczególnie nad nią pracuję... a właśnie, bo przecież w poście nie chodzi o to, by jakoś szczególnie się umartwiać, ale o to, by zbliżyć się do Boga. On sam powiedział jaki post jest Mu bliski:
'Czyż to jest post, jaki Ja uznaję,
dzień, w którym się człowiek umartwia?
Czy zwieszanie głowy jak sitowie
i użycie woru z popiołem na posłanie -
czyż to nazwiesz postem
i dniem miłym Panu?
Czyż nie jest raczej ten post, który wybieram:
rozerwać kajdany zła,
rozwiązać więzy niewoli,
wypuścić wolno uciśnionych
i wszelkie jarzmo połamać;
dzielić swój chleb z głodnym,
wprowadzić w dom biednych tułaczy,
nagiego, którego ujrzysz, przyodziać
i nie odwrócić się od współziomków."
Iz. 58:5-7
myślę, że w takim wydaniu post nabiera trochę innego znaczenia i sensu. rezygnacja z jedzenia pewnych rzeczy na jakiś czas jest dobra. ale jeśli mówimy o tym w kontekście wiary, to tylko wtedy, gdy stoi za tym coś więcej - chęć jeszcze większego pogłębienia więzi z Bogiem, doświadczenia jeszcze bardziej Jego bliskości i miłości. post dla postu to głodówka. czy wielki post jest bez sensu? nie, o ile jest zgodny z Bożym zrozumieniem idei postu.

czwartek, 20 marca 2008

choinka na Wielkanoc

za oknem właśnie jest śnieżna zadymka... niby nic w tym dziwnego, w końcu w marcu jak w garncu (bez wycieczek osobistych proszę ;). ale jednak kiedy w Boże Narodzenie śniegu nie ma, a Wielkanoc zapowiada się biała, to jakoś tak dziwnie się robi.... chyba nie umiem się przyzwyczaić do tych zmian klimatycznych.... tęsknię za zimą w zimę, latem w lato, porami pośrednimi choć może są mało przyjemne, za wiosną, która przychodzi niespodziewanie ale z reguły w tym samym czasie.... mamy w domu takie coś, co najlepiej określić mianem chochoła - troszkę badyli związanych sznurkiem :) taka ozdoba (może opis na to nie wskazuje, ale tak jest w istocie). w grudniu służy nam za choinkę, w ciągu roku jest po prostu ozdobą. rok temu śmialiśmy się, że na Wielkanoc tylko zamienimy bombki na pisanki.... o ironio w tym roku prawdziwie będziemy mieli choinkę ozdobioną pisankami. i będzie doskonale pasowała do aury panującej za oknem...

Brian Houston powiedział...

"Ludzie ciasnego umysłu prędzej zauważą tę przypadłość u innych niż u siebie samych"
z drugiej strony
"Niektórzy mają umysł tak otwarty, że wypada im mózg..."
czyli znowu najlepiej znaleźć równowagę :)

wtorek, 18 marca 2008

o decyzjach raz jeszcze.... a może o przyjaźni?

a gdyby tak odwrócić sytuację. gdyby to o nas chodziło i to my mielibyśmy podjąć decyzję. czego byśmy oczekiwali od ludzi, którym daliśmy prawo wglądu w nasze życie? na pewno chcielibyśmy wsparcia i zachęty. może niekoniecznie podobałoby nam się, gdyby ten ktoś uważał, że popełniamy błąd. może nawet nie chcielibyśmy tego słuchać. ale w końcowym rozrachunku to właśnie szczerość tej osoby skłoniła nas przecież do większego otwarcia się na nią. zatem w głębi duszy pragnęlibyśmy szczerości, nawet jeśli akurat byłaby dla nas bolesna. bo w sytuacjach trudnych trzeba nam ludzi, którzy nie tylko mówią to, co jest miłe dla naszego ucha. potrzebujemy też takich, którzy powiedzą nam prawdę. powiedzą to, co powinniśmy usłyszeć. a jeśli pomimo ostrzeżeń i tak pójdziemy własną drogą, to jednak chcielibyśmy, żeby nasz przyjaciel był przy nas. i w przypadku porażki pomógł się pozbierać, a w przypadku sukcesu potrafił cieszyć się z nami przyznając, że się pomylił. tak sobie myślę, że o to chyba chodzi. ale może się mylę...

o decyzjach

czasami ktoś pozwala nam wejść do swojego życia trochę głębiej niż innym. dają nam prawo wyrażania opinii, kwestionowania ich decyzji, dawania porad. to cieszy, bo sprawia, że mamy kogoś bliskiego. ale jest to też dużą odpowiedzialnością. nie tylko dlatego, że ten ktoś na nas polega i oczekuje z naszej strony wsparcia i pomocy. również dlatego, że to ciągle jest jego życie, a nie nasze. kiedy ktoś podejmuje decyzję, której my sami byśmy nie podjęli, łatwo jest nam go skrytykować i udowadniać, że na pewno mu się nie uda. a przecież, to nie nasze życie. ja to ja, a ten ktoś jest zupełnie inną osobą. to, co mnie mogłoby się nie udać, wcale nie musi się nie udać tej osobie. na nasze powodzenie składa się tak wiele czynników. jednym z nich jest również przyjaciel, który mimo tego, iż nie popiera naszej decyzji, jednak nadal nas wspiera. bo szczerość i otwartość są podstawą. ale jeśli nawet nie zgadzamy się z czyjąś decyzją, to możemy o tym powiedzieć, ale nie musimy od razu człowieka skreślać. gorzej, kiedy mamy obawy, a nic nie mówimy i potem wytykamy błędy. jednak nawet wyrażając swoje zdanie, nie zakładajmy z góry porażki. prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. i jeśli bieda jednak przyjdzie na przyjaciela na skutek błędnej decyzji, to zamiast powiedzieć: 'a nie mówiłam?!', lepiej wspólnie się zastanowić co zrobić, żeby wyjść z trudności. a może wbrew naszym czarnym scenariuszom wszystko dobrze się ułoży? i oby tak było.

poniedziałek, 17 marca 2008

nauka raczkowania

nasz synek ma upodobanie do poruszania się do tyłu. i chociaż czasami zdarzy mu się przesunąć do przodu, ciągle jednak wydaje mu się to arcytrudne. ciekawe, że próbując coś dostać robi parę ruchów do przodu, ale już po chwili się rozkłada na podłodze i zaczyna cofać. następnie siada i się wkurza, że nie wziął sobie upatrzonej rzeczy. jak sobie tak na niego patrzę, to mi się widzi, że my często w życiu tak właśnie raczkujemy. z jakichś powodów łatwiej nam iść do tyłu. a kiedy robimy kilka kroków w przód i nie osiągamy zamierzonego celu, to szybko rezygnujemy i wycofujemy się na znaną nam pozycję. podobno dzieci czasami najpierw zaczynają chodzić, a dopiero potem raczkują. nie wiem, przekonam się pewnie niedługo. a jak to jest w życiu? czy jest jakiś inny etap? niektórzy marzą o lataniu, tylko czy można latać, nie nauczywszy się najpierw chodzenia do przodu? latanie kojarzy się z wolnością, ale jeśli stale się cofamy, to chyba trudno osiągnąć coś nowego. a wolność, to niejednokrotnie nowe i nieznane. może warto jednak najpierw zaryzykować i ponawiając próbę zmierzać do przodu...

piątek, 14 marca 2008

halo, mówi się...

usłyszałam dzisiaj, że kiedy kobieta wybiera się na elegancką kolację, bal czy jakiś raut i ma na sobie biżuterię, np. złotą bransoletkę, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby miała również słuchawkę bluetooth powlekaną iluśtamkaratowym złotem i mogła być w kontakcie z otoczeniem... hmm, abstrahując od tego iluśtamkaratowego złota, to jeśli taka kobieta, czy też mężczyzna, to akurat bez znaczenia, nie potrafi być w kontakcie z otoczeniem na owej kolacji czy balu bez takich gadżetów, to strasznie mi przykro... no chyba, że to otoczenie nie jest warte kontaktu i trzeba być w kontakcie z jakimś innym otoczeniem. ja jednak dochodzę do wniosku, że jestem z innej epoki. ciągle wydaje mi się, że dobre wychowanie polega również na tym, że na spotkaniach wyłączam telefon... ale cóż, jak mówi moja koleżanka: jestem inna niż inni. kiedy przychodzą do mnie goście, to o ile celem nie jest wspólne oglądanie filmu, wolę wyłączyć telewizor. kiedy z kimś rozmawiam, to patrzę na rozmówcę. a na spotkaniach, kolacjach, balach (hmm, na żadnym chyba nie byłam) na pewno nie korzystam z bluetooth'a, bo telefon mam wyłączony, a często nie mam go nawet przy sobie. widać nie idę za modą, nie nadążam za najnowszymi trendami. ale chyba wolę być staromodna i okazywać szacunek tym, z którymi się kontaktuję.

środa, 12 marca 2008

on i On

dziwne to wszystko jest. tak już jesteśmy skonstruowani, że każdy człowiek poszukuje tak zwanej drugiej połówki. tak bardzo pragniemy 'kogoś mieć', że jeśli się to nie spełnia, to czujemy się sfrustrowani. a z drugiej strony utrata tego kogoś bliskiego, albo zawód z jego powodu sprawia, że frustracja jest jeszcze większa... i wychodzi na to, że i tak źle i tak nie dobrze... a jednak ciągle dążymy do pary... rezygnacja z tego dążenia nie byłaby dobrym pomysłem. ale życie w ciągłej frustracji też nie jest właściwe. co zatem robić? hmm, nie wiem :) złoty środek w tej sytuacji też chyba nie istnieje. może te frustracje trzeba przeżyć? może warto też budować życie na czymś trwalszym i mocniejszym niż inny człowiek. pewnie nie jest to łatwe, ale stanowi jedyną gwarancję zachowania zdrowia psychicznego. pustka w sercu spowodowana potrzebą innej osoby nie jest tak wielka, jak ta, która wynika z pragnienia wieczności, która w każdym z nas jest. tyle, że brak drugiego człowieka doskwiera bardziej, bo jest namacalny i łatwo go zauważyć. wieczność związana jest z tym, który nas zaprojektował. Jego nie widać, a zatem łatwiej zagłuszyć tęsknotę za Nim. szczególnie, że duchowość rzadko jest trendy.... do bycia z kimś tak mocno i chętnie dążymy. do bycia z Nim często nie jest nam po drodze. może gdyby trochę to zmienić, frustracja spowodowana brakiem drugiej połówki byłaby mniejsza?

wtorek, 4 marca 2008

przedzierając się przez szumy

człowiek to jest dziwne zwierzę. jako jedyny żyjący organizm posiadł umiejętność mówienia, a jednocześnie chyba żadne inne stworzenie nie ma tylu problemów z komunikacją! tak często zakładamy, że druga strona wie, o co nam chodzi, a okazuje się, że wcale tak nie jest. i później wychodzi tak, że ja myślałam tak, a ktoś myślał inaczej i jakoś nam się nie udało spotkać... i wychodzą z tego różne dziwne nieporozumienia. czasami warto jednak zwyczajnie powiedzieć o co nam chodzi, a nie oczekiwać, że druga osoba to odgadnie. a przez szumy na łączach nagle zbiera się dużo różnych niedogadanych rzeczy i potem rośnie mur. a przez mur ciężko się przebić. i tak budujemy sobie te mury, odgradzamy się od siebie, a wystarczyłoby zwyczajnie pogadać. bo po co dana nam jest umiejętność porozumiewania się za pomocą mowy, skoro wolimy zakładać i oczekiwać, że ktoś się domyśli... jednak warto rozmawiać :) (chyba już to kiedyś pisałam)

poniedziałek, 3 marca 2008

...

życie jest dziwne. czasami popełniamy błędy, ale stają się one dla nas nauczką. wyciągamy wnioski i idziemy dalej. ale są takie sfery naszej egzystencji, w których wydaje się, że ciągle gonimy w piętkę. niby mamy nauczkę, ale jakoś nie korzystamy z niej. rozczarowujemy się po raz kolejny, a i tak za jakiś czas robimy dokładnie to samo. i o dziwo to rozczarowanie wcale nie boli mniej... dlaczego? chciałoby się wziąć lekcję i nie wracać już w to samo miejsce. ale wracamy. może w ten sposób ćwiczymy naszą wrażliwość? być może są tacy, którzy się 'uniewrażliwiają' i potem już pewne sytuacje czy zachowania ich nie ruszają. ja do takich nie należę. niestety. i jakoś nie umiem się 'zatwardzić' (tylko bez skojarzeń proszę) i się nie przejmować. gdyby tak dało się wyłączyć umysł, wygonić pewne myśli, wykasować dane, sformatować twardy dysk, zresetować komputer... ale się nie da. z drugiej strony jak coś takiego mi się przytrafia, to ponownie przekonuję się, że z moją wrażliwością wszystko w porządku :) szkoda tylko, że za każdym razem to tak samo boli...

jaka ja.... magda :)

kiedy byłam młodsza (może powinnam napisać młoda?) nie raz zdarzało mi się myśleć, że gdybym tylko potrafiła inaczej się zachować, inaczej zareagować... obserwowałam innych i chciałam być taka cicha, mniej gadatliwa, mówiąca przemyślane rzeczy, jak oni. ale wydawało mi się, że już z tego trochę wyrosłam. jednak mi się tylko wydawało! czytam sobie blogi moich koleżanek i zaczynam myśleć: gdybym ja tak umiała ładnie poetycko pisać... albo tak filozoficznie... i aż sama się do siebie uśmiechnęłam. jednak pewne sprawy nie znają wieku. a ja tu wypisuje ciągle o tym, żeby lubić siebie, nie udawać innych, nie upodabniać się do innych, itp. itd. cóż, widać taka już natura ludzka :) a przecież ja w sumie lubię to swoje pisanie. może nie jest takie bardzo poważne, do poezji mu daleko. ale taka przecież jestem. i wyrażam siebie. gdybym nagle zmieniła sposób pisania, to byłoby to sztuczne, nieprawdziwe. to nie byłabym ja. i chociaż codzienny program tv dla siedzących w domu może nie jest inspiracją najwyższych lotów, ale jeśli wnioski są sensowne, to co mi tam :) to mój mały wkład w różnorodność. a różnorodność jest piękna.

sobota, 1 marca 2008

forma i treść

mówi się, że jak cię widzą, tak cię piszą. i pewnie coś w tym jest. podobno pierwsze 30 sekund pierwszego kontaktu może zdecydować o tym, czy na przykład dostanie się pracę, albo czy spodoba się nam dane miejsce. czyli pierwsze wrażenie odgrywa ważną rolę. ale na dłuższą metę nie można ciągle żyć pierwszym wrażeniem. z czasem wchodzimy głębiej w znajomość, środowisko, miejsce. i zaczynamy dostrzegać to, czego na pierwszy rzut oka nie widać. i to ten drugi i kolejny 'rzut oka' (właśnie sobie to wyobraziłam.... hmm czasami zbyt bujna wyobraźnia przeszkadza :) pomaga nam odkryć treść. forma jest istotna i dobrze jest, gdy pierwsze wrażenie jest pozytywne. ale gorzej, gdy przerasta treść. moje życie to dla wielu ładnie opakowana paczka: piękne pudełeczko rodziny, kolorowy papier wymarzonego mieszkania, ozdobna wstążka przyjaciół i znajomych. ale to opakowanie jest tylko zewnętrznym wyrazem treści, do której dokopać mogą się jedynie ci, którzy pokuszą się o zaangażowanie w bliższe poznanie mojej osoby. na pierwszy rzut oka jestem spokojna i cierpliwa, nawet cicha. ale to ci, którzy chcą mnie poznać wiedzą, że wbudowany we mnie choleryk wcale nie jest nieczynnym wulkanem, a jego uśpienie jest chwilowe :) wokoło jest tak wiele form, tak bardzo chcemy robić dobre wrażenie. ale to treść daje przyjaźnie na całe życie. to ona powoduje, że po zdjęciu opakowania okazuje się, że wnętrze jest piękniejsze, dużo cenniejsze. pływanie po powierzchni może da nam grono wielbicieli, 'pozycję', pewną dozę poczucia akceptacji. ale tylko zanurzenie się daje pełnię. czy w tej pełni jest samo szczęście? na pewno nie. ale czy życie bez bólu byłoby pełne? czy cierpienie nie sprawia, że stajemy się lepsi, silniejsi, bardziej wartościowi? znane są słowa 'wypłyń na głębię', może nawet przez różne dziwne zawirowania trochę się wytarły. ale one oddają sens istnienia. ta głębia czasem przeraża, ale i ekscytuje. a świadomość, że autor tych słów jest w tej głębi z nami, dodaje nam siły i motywacji.

piątek, 29 lutego 2008

post 101

czas sobie płynie i okazało się, że już 100 postów udało mi się zamieścić! jestem z siebie dumna :)
czasami się zastanawiam dlaczego są ludzie, którzy nie potrafią normalnie szczerze mówić o pewnych sprawach. zawsze muszą coś przeinaczyć i zmienić tak, że wygląda to źle i negatywnie. nie potrafią się cieszyć szczęściem innych, a ich zachowanie jest takie, jakby się bali, żeby im przypadkiem ktoś czegoś nie zarzucił. tylko czego? i dlaczego? wkurza mnie brak konsekwencji i szczerości. brak brania odpowiedzialności za swoje zachowanie. szczególnie w przypadku ludzi, którzy powinni stanowić przykład jako przywódcy. wkurza mnie politykowanie w sferach życia, w których go być nie powinno. wkurza mnie budowanie tylko własnych królestw, gdy wokoło jest tyle pracy do wykonania.... a ludzie giną... wkurza mnie zawiść i zazdrość. wkurza mnie szukanie tylko swego. wkurza mnie ograniczone myślenie i zaściankowość. strach przed nowym i krytykanctwo... a ludzie giną... co z tym zrobimy?

czwartek, 28 lutego 2008

blogowanie czas zacząć

dzisiaj właśnie sobie poczytałam blogi dwóch moich koleżanek z liceum. nawet mi się troszkę miło zrobiło, bo chyba mam jakiś udział w zainspirowaniu ich do tego! cieszę się :) bo to są bardzo mądre osóbki i piszą naprawdę ciekawie. swoją drogą, to internet rzeczywiście daje ogromne możliwości. nie tylko pozwolił odnowić kontakty, ale także pomaga znaleźć ludzi, którzy myślą podobnie. a to jest bardzo cenne. i jak to określiła jedna ze wspomnianych koleżanek, czytając przemyślenia osób, które podobnie patrzą na świat, przestajemy czuć się jak outsiderzy... powiem we wspaniałym wszechobecnym języku: 'go girls!' oby tak dalej :)

być jak....

no właśnie, kto? był kiedyś taki film 'być jak john malkovic'. dzisiaj w programie, który dostarcza mi często inspiracji (chodzi o dzień dobry tvn oczywiście) wystąpiła pani, która postanowiła być jak angelina jolie. z wyglądu ją trochę przypominała, więc tylko odrobinę sobie pomogła i już - angelina jak żywa. na pytanie prowadzących po co być podobnym do kogoś, odpowiedziała, że 'mianowicie' po to, aby osiągnąć sukces (mianowicie to chyba jej ulubione słówko, bo każde zdanie zaczynała od niego). w zaprezentowanym materiale owa pani stała przed lustrem i powtarzała sobie: 'jesteś piękna'. ale skoro staje się jak angelina, a ta uważana jest za piękną, to dlaczego jeszcze musi się w tym przekonaniu utwierdzać? zapytano ją również, czy nie lepiej być podobnym do siebie. nie słyszałam odpowiedzi, bo zakłócenia w postaci mojego syna nie pozwoliły mi się na niej skupić. na pewno rozpoczęła od mianowicie.... mianowicie szkoda mi tej pani. jak bardzo trzeba siebie nie lubić, żeby za wszelką cenę starać się być podobną do kogoś innego? najwięcej czasu w życiu spędzamy sami ze sobą, ciężko tak musi być komuś, kto siebie nie akceptuje. dlaczego tak bardzo chcemy być kimś innym? dlaczego nie próbujemy polubić siebie? pewnie, że dobrze jest się zmieniać, ale nie chodzi raczej o to, żeby stawać się kimś innym. ja lubię siebie. czasami denerwuję sama siebie, wkurza mnie nieraz moje zachowanie. ale lubię siebie. dobrze się ze sobą czuję. pewnie, są aspekty mojego wyglądu, które mi nie do końca odpowiadają. ale jeśli wolę zjeść ciacho niż się poruszać, to już inna historia. ale generalnie lubię siebie. i cieszę się, że nie jestem jak ktośtam, bo najlepiej być sobą. w końcu to nam zawsze najlepiej wychodzi.

poniedziałek, 25 lutego 2008

brońmy honoru ojczyzny!

właśnie przeczytałam na jednym z portali, że pewna 'gwiazda' będzie "bronić honoru Polski na eurowizji". czyli jeśli jej się nie uda, to stracimy honor jako kraj?? może to zabrzmi dziwnie, ale słabiutki byłby ten honor, gdyby zależał od jednej piosenkarki (tak na marginesie, to średnio znanej). a poza tym, to czy eurowizja jest akurat takim miejscem, w którym ten honor jest tak ważny? ja chyba jestem z innej bajki jednak... i jeszcze jedno - czy nie ma rodaków, którzy mogliby w obronie honoru ojczyzny stanąć? albo naprawdę kiepsko jest z tym honorem, albo ktoś stanowczo przesadził z tym szumnym tytułem.

niedziela, 24 lutego 2008

najpiękniejsi

ostatnio wręczano nagrody 'viva najpiękniejsi'. nominacji było co niemiara... a wygranych dwoje. i właśnie zwycięzca powiedział (o ironio), że piękna nie powinno się oceniać, bo nikt z nas nie ma na nie wpływu. to znaczy nie jesteśmy w stanie wpłynąć na to, czy jesteśmy piękni, czy też nie. w czasie gali próbowano również znaleźć odpowiedź na pytanie czym jest piękno oraz szukano kanonów piękna na przestrzeni wieków (jak widać uważnie oglądałam hehe). nie wiem dokładnie co kierowało twórcami tej gali, czy chodziło o jakąś ironię, czy miało być śmiesznie i z dystansem. dla mnie średnio to wszystko wyszło. niby mówiło się, że to piękno to jednak sprawa względna, a jednak ktoś taki ranking wymyślił, a gwiazdy tłumnie się tam pokazały. niby to przecież nie o to chodzi, a jednak wielką imprezę trzeba było zorganizować. nie wiem, może po to żeby się zwykli śmiertelnicy nacieszyli widokiem sławnych, bogatych i pięknych i pomarzyli o tym, aby znaleźć się wśród nich... pewnie, że każdy miewa swoich idoli, szczególnie w pewnym wieku. i nie ma w tym nic złego.
ale wracając do tego piękna, są ludzie według obecnie panujących trendów piękni wizualnie, ale ich osobowość nie należy do uroczych. i bywa odwrotnie. są tacy, których wnętrze jest tak bogate i pełne piękna, że chociaż nie grzeszą urodą, to kiedy się na nich patrzy stają się ciekawsi niż tuzin bradów pittów i angelin jolie razem wziętych. a jednak 'wewnętrzne piękno' nie jest popularne. większość woli upodabniać się zewnętrznie do pięknych i bogatych sław. ciągle to co zewnętrzne dla wielu tak bardzo się liczy... a przecież uroda przemija, a z charakterem i osobowością jesteśmy związani do końca życia. może warto jednak dążyć do upiększania wnętrza?

piątek, 22 lutego 2008

blog roku

chyba dzisiaj, albo wczoraj była gala "blog roku". nie wiem, kto wygrał, ja na pewno nie :) hehehe ale ci, co wygrywają to mają tysiące czytelników i komentarzy. ja chyba się na to nie piszę, bo i blog taki troszkę niszowy. a jeszcze ostatnio jakoś mało piszę.... muszę znowu się 'wziąć w garść' :) jakoś ostatnio dzień dobry tvn nie dostarcza mi zbyt wielu inspiracji. może za mało oglądam? a może z powodu dziwacznej aury wczesne przesilenie wiosenne mnie dopadło? nie wiem... w życiu też wiele się dzieje, to i myśli krążą wokół innych spraw. swoją drogą ciekawe, że czasami człowiek jest szczególnie 'płodny' :) a przychodzi też czas posuchy. dobrze, że nie jestem pisarką, bo miałabym problem. a tu terminy nie gonią, jedynie niektórzy znajomi czasami coś powiedzą, że dawno nie pisałam. ale poprawę już raz obiecywałam, więcej nie będę :) i tak cieszę się, że już całkiem długo sobie piszę.

czwartek, 21 lutego 2008

kobiety są...rozrzutne

właśnie dzisiaj się o tym dowiedziałam. hmm... a ja jakoś nigdy tak o sobie nie myślałam. pewnie się myliłam, skoro w telewizorze powiedzieli, że kobiety są rozrzutne. ciekawa teza, szczególnie że w wielu domach to kobiety zajmują się tzw. budżetem domowym. chyba wiele polskich domów nie poradziłoby sobie, gdyby owa teza była prawdą... na pewno bywają takie kobiety, ale są również rozrzutni mężczyźni. nie wiem czemu, ale generalizowanie w wielu przypadkach jakoś mi nie pasuje. łatwo tak sobie stwierdzić biorąc za przykład gwiazdki 'szołbiznesu', które na rozrzutność pewnie stać. ale żeby tak od razu wrzucać wszystkich do jednego worka? nieładnie...

środa, 20 lutego 2008

parę słów o kłamstwach

czytałam ostatnio ciekawy artykuł na temat tego, dlaczego dzieci kłamią. były tam cytowane amerykańskie badania i mam nadzieję, że nie odzwierciedlają do końca polskich realiów. stwierdzono tam, że "większość rodziców słysząc, jak ich dziecko kłamie zakłada, że jest ono zbyt młode, aby rozumieć czym są kłamstwa, albo że kłamanie jest złe. zakładają, że ich dzieci przestaną, kiedy podrosną i nauczą się to rozróżniać. a prawda jest taka, że dzieci, które wcześnie uchwycą niuanse pomiędzy kłamstwami, a prawdą, wykorzystują tę wiedzę na swoją korzyść, co czyni je bardziej skłonnymi do kłamstwa, kiedy nadarzy się okazja." to, że dzieci próbują oszukiwać to pewnie jest uniwersalne. ale zastanawiające jest, że rodzice, których badano uważają, że nie trzeba dzieci uświadamiać, że coś jest kłamstwem, bo one z tego wyrosną... ciekawa koncepcja, bo jak można wyrosnąć z czegoś, czego się nie rozumie? szczególnie, że jak badania pokazują - dzieci dokładnie wiedzą, co robią.
stwierdzono również, że to rodzice uczą dzieci kłamać. na przykład, kiedy dziecko dostanie prezent, który mu się nie podoba, to zachęcamy je, aby nie okazywało niezadowolenia, ale raczej grzecznie mówiło, że jest ładny. myśląc, że uczymy dzieci grzecznego zachowania, tak naprawdę zachęcamy je do kłamstwa. tak zwane 'białe kłamstwa' towarszyszą dorosłym w interakcjach, a dzieci obserwując nas szybko się uczą. do tego "zachęcane do mówienia tak wielu białych kłamstw i słyszące tak wiele innych, dzieci stopniowo zaczynają się czuć wygodnie będąc nieszczerymi. brak szczerości staje się dosłownie codziennym wydarzeniem. uczą się, że szczerość powoduje jedynie konflikty, a jej brak jest łatwym sposobem uniknięcia konfliktu. i chociaż nie mylą sytuacji białych kłamstw z kłamstwem w celu ukrycia swoich postępków, przenoszą tę emocjonalną podstawę z jednych okoliczności na drugie. psychologicznie łatwiejsze staje się skłamanie rodzicowi." ciekawe prawda.
podobało mi się jeszcze jedno stwierdzenie: "rodzice dzieci zwykle przyklaskują, kiedy dziecko wypowiada białe kłamstwo. często rodzice są dumni, że ich dzieci są 'grzeczne' - nie widzą tego, jako kłamstwo. ciągle zdumiewa mnie pozorna niezdolność rodziców do rozpoznania, że białe kłamstwa to ciągle kłamstwa." właśnie... kłamstwo zawsze pozostanie kłamstwem. może gdy my zaczniemy tak na to patrzeć, to nie beędziemy przekazywać dzieciom fałszywego obrazu tego, co jest 'grzeczne'.

poniedziałek, 18 lutego 2008

...tylko miłość zmieni świat...

to są słowa jednej z piosenek mietka szcześniaka i mezzo. notabene płyta z tą właśnie piosenką jest rewelacyjna :) lubię teksty, które mają znaczenie i sens. a te słowa są bardzo prawdziwe. wiem, że o tym całym zmienianiu świata to ja tu ciągle coś wypisuję, ale w końcu jeśli nic nie robimy, żeby wpływać na rzeczywistość, to troszkę strata czasu to nasze życie. i nie chodzi wcale o to, żeby od razu angażować się w jakieś misje pokojowe. tylko o to, żeby swoim życiem pozytywnie wpływać na otaczający nas świat. a miłość właśnie zmienia świat. ona zmienia życie. i to nie tylko ta miłość dwojga ludzi, mężczyzny i kobiety. ale co to jest miłość? dzisiaj dla wielu chyba pojęcie troszkę wyświechtane, może nawet zdewaluowane. a przecież miłość taka szczera, bezwarunkowa, prawdziwa, ciągle jest taka sama. może ludzie nie do końca rozumieją co znaczy miłość? może tym samym słowem nazywają inne uczucia? nie wiem. ale wiem, co dla mnie znaczy miłość i znam jedną definicję tej miłości...
miłość jest cierpliwa, szlachetna, nie zazdrości, nie przechwala się, nie jest zarozumiała, nie postępuje nieprzyzwoicie, nie szuka siebie, nie wybucha gniewem, nie liczy doznanych krzywd, nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz się raduje prawdą. wszystko wytrzymuje, wszystkiemu wierzy, wszystkiemu ufa, wszystko przetrwa. miłość nigdy się nie kończy...
tak samo jak jej twórca i dawca. i taka miłość naprawdę zmienia świat.

piątek, 15 lutego 2008

wieść gminna niesie...

dzisiaj słyszałam, że jest taki portal, na którym można napisać swoją opinię, jeśli jakiś lokal, czy sklep okazał się porażką. internauci opisują swoje doświadczenia z niemiłą obsługą czy kiepskim jedzeniem, uprzedzając innych, aby nie wybierali się do tych miejsc. taka internetowa książka zażaleń, która ma na pewno dużo szerszy zasięg. jedna z osób dyskutujących na temat tego portalu stwierdziła, że lubimy tak sobie ponarzekać i dlatego tego typu miejsca cieszą się ogromną popularnością. pewnie coś w tym jest :) ale z drugiej strony, jeśli gdzieś obsługa pozostała jeszcze w czasach pięknie sparodiowanych w 'misiu' na przykład, to czemu nie dać upustu swojemu niezadowoleniu? może utrata zainteresowania klientów da do myślenia?
ale ciekawe jednak jest to, że łatwiej nam jest pisać to, co negatywne. podobno istnieje taka strona w internecie, którą redagują również internauci, a na której pojwiają się najciekawsze informacje znalezione w sieci. przeważają oczywiście te złe. jak się ogląda wiadomości, to również większość pokazywanego materiału dotyczy spraw nieprzyjemnych, wręcz tragicznych. i jak się tak człowiek naogląda i naczyta, to potem się wydaje, że ten świat to już tak na psy zszedł, że gorzej być nie może... a przecież i zło było zawsze, i dobro również. i teraz też dobre rzeczy się dzieją. tylko, że złe wiadomości zawsze lepiej się sprzedają. w końcu gdyby nie sensacja, to większość tak zwanych obecnie tabloidów (kiedyś po prostu brukowców) nie miałaby racji bytu... ciekawe czy to zamiłowanie to złych wiadomości wynika z potrzeby poczucia się lepiej, że jednak nie jest u mnie tak źle? nie wiem. ale jeśli tak, to przykro. może czasem warto zmienić sposób patrzenia na życie i zacząć dostrzegać pozytywy. a wtedy może nie będziemy tak chętnie sięgać po złe wiadomości.

...

oj dawno mnie tu nie było... cóż, takie życie :) mam nadzieję, że zostanie mi to wybaczone...
wczoraj były walentynki (ale to nie jest powód tego, że nie pisałam!!!), których my z zasady nie obchodzimy. ciekawe, że takie dziwaczne 'święto' budzi w ludziach często dosyć skrajne emocje. jedni je uwielbiają i celebrują, inni nie cierpią i w proteście obchodzą różne bardziej 'narodowe' święta (pan z panoramy proponował większe zpopularyzowanie święta kupały na przykład). ja właściwie jestem obojętnie nastawiona. dziwi mnie taki nadzwyczajny pęd w kierunku nagłego wyznawania sobie miłości. może dla niektórych to jest rozwiązanie, ja wolę gdy to się dzieje na co dzień (proszę o wybaczenie ewentualnych błędów - sprawdzanie pisowni strajkuje, a że w tej materii komputer znacznie uwstecznia, obawiam się, że może mi się zdarzyć parę gaf). słyszałam teorię, że walentynki powstały jako rozwiązanie problemu z kolorem czerwonym, którego nadmiar pozostaje zawsze po świętach. cóż, jakoś ta świąteczna czerwień nie razi tak bardzo.... ale może ja się zwyczajnie czepiam? niech tam sobie "walenci" miłość wyznają 14 lutego (niektórzy nawet postanowili się publicznie w ten dzień oświadczyć!!!), a ja kocham cały rok i mówię o tym nie tylko zimą!

piątek, 8 lutego 2008

pierwszy ząbek

dwa dni temu synek w końcu 'urodził' pierwszego zęba. radość była ogromna :) chociaż chyba znacznie większa z naszej stony... ciekawe jest to, że jak się obserwuje dziecko, to każda nowość tak bardzo nas cieszy. niby nic wielkiego, ale jednak w przypadku takiego małego brzdąca, każda nowa rzecz często oznacza, że świat staje się większy, pełniejszy. i to jest piękne. zarówno oglądanie, jak poznaje świat i jak się zmienia, ale również samo cieszenie się z tych małych-wielkich rzeczy. życie pędzi i nie ogląda się za siebie, a my łatwo dajemy się temu pędowi porwać. w moim przypadku akurat bartek sprawia, że nagle drobiazgi zaczynają nabierać innego znaczenia. ale tak sobie myślę, że zawsze można znaleźć coś takiego, czym możemy się cieszyć, a co jednocześnie pomoże nam zatrzymać się na chwilkę, zwolnić tempa i zwyczajnie delektować się życiem. człowiek goni szczęście, szuka go, a ono tak często jest w tym, co z pozoru małe i nieznaczące... kiedy zaczynamy to dostrzegać, nagle życie staje się bardziej kolorowe. mówi się, że małe jest piękne. i w związku z tym jest też wiele ironicznych komentarzy, ale prawda jest taka, że w małych rzeczach, dorbnych sprawach można właśnie znaleźć radość. to one ubarwiają naszą codzienność. zacznijmy je dostrzegać, bo każdy ząbek to perełka.

poniedziałek, 4 lutego 2008

być najgorszym

na jednym z kanałów jest program pt. 'najgorszy polski kierowca'. nie widziałam ani jednego odcinka, ale z reklam wynika, że uczestnicy rywalizują o miano najgorszego polskiego kierowcy właśnie. niby nic, ale tak sobie myślę, że to trochę bez sensu. no bo, jeśli ktoś ten program wygra, to w pewnym sensie odniesie sukces. czyli bycie najgorszym okaże się czymś dobrym.... i nie chodzi o bycie kierowcą, ale tak ogólnie. można powiedzieć, że ten program jest pochwałą mierności. nie każdy musi być ekspertem we wszystkim, nawet nie powinien. ale zawsze wydawało mi się, że lepiej jest dążyć do tego, żeby stawać się coraz lepszym. jeśli w czymś nie jestem dobra, to raczej w to się nie angażuję. ale jeśli jestem w stanie, to staram się nad sobą pracować i poprawiać swoje umiejętności. ja wiem, że to tylko program telewizyjny, ale chodzi mi o pewną zasadę. jakoś nadal wolę być dumna, że w czymś jestem dobra, a nie że jestem najgorsza....

sobota, 2 lutego 2008

w pogoni za ulotnym

czasami dostajemy coś naprawdę cennego, niekoniecznie jest to coś materialnego, ale coś, co sprawia, że nasze życie nabiera sensu i znaczenia. i cieszymy się tym, ale w pewnym momencie odrzucamy na rzecz czegoś innego, mniej wartościowego. czasem łatwiejszego i na pierwszy rzut oka przyjemniejszego. jednak po czasie okazuje się, że nie było warto... ale czas mija, nie jesteśmy młodsi, a pewnych spraw nie da się odrobić. im więcej o tym myślę, tym bardziej wydaje mi się, że w życiu tak naprawdę nie liczy się to, co łatwe i przyjemne. to co cenne - miłość, przyjaźń, spełnienie - nie przychodzi łatwo, ale nadaje sens życiu. jest też coś jeszcze bardziej wartościowego, coś większego, nieuchwytnego, ponad naturalnego. właściwie każdy za tym goni, ale większość się do tego nie przyznaje. ale tak już jesteśmy skonstruowani - potrzebujemy tego. i jak już uda nam się to znaleźć, dlaczego z tego tak łatwo rezygnujemy? dlaczego przelotne przyjemności tak łatwo nas przyciągają? nie wiem.... ale szkoda mi tych, którzy mając wiele, zaprzepaścili to dla czegoś przemijającego, ulotnego. bo jeśli kiedyś oprzytomnieją, pojawi się żal. żal za tym 'co by było gdyby'... a przecież można inaczej. można żyć pełnią życia i patrzeć wstecz z radością, a nie z żalem.

o co mi chodzi?

mój siedmiomiesięczny syn często czegoś się domaga, ale jakoś nie zawsze jestem w stanie mu pomóc. po prostu nie mam pojęcia o co mu chodzi.... podobno matki instynktownie rozumieją swoje dzieci, nawet kiedy te jeszcze nie potrafią mówić, ale komunikują się za pomocą jęków, płaczu i innych dziwnych dźwięków. cóż, pewnie coś w tym jest. ale co zrobić, kiedy wspomniany mało elokwentny malec sam nie wie czego chce? tu pojawia się problem. bo czegoś chce, ale nie bardzo chyba wie czego, a jego zdesperowana mamuśka wychodzi z siebie, bo już nie potrafi znieść więcej płaczu. (tak dla wyjaśnienia, bartek właśnie ząbkuje :)


gorzej, że z nami bywa podobnie, chociaż posiedliśmy (przynajmniej niektórzy) wspaniałą umiejętność, jaką jest mowa. potrafimy mówić, rozmawiamy, wyrażamy opinie, dzielimy się przemyśleniami. ale czasami sami nie wiemy, czego chcemy, a co za tym idzie nie potrafimy tego wyrazić. no bo co tu mówić, jak się nie wie o co chodzi.... i z reguły raczej nie ząbkujemy.... cóż, jak widać nawet brak problemów związanych z rozwojem organizmu, ani też umiejętność komunikacji nie uwalnia nas od jakże trudnego zagadnienia: 'o co mi chodzi?'

środa, 30 stycznia 2008

pod publiczkę

okazuje się, że jest wielu ludzi, którzy żyją tylko i wyłącznie na pokaz. wszystko co robią, jest pod publiczkę. przyznam, że zetknięcie z tym jednak mnie zszokowało. to jest bardzo przykre, że zamiast żyć w zgodzie z własnym sumieniem i tak, aby jak najlepiej przez to życie, bądź co bądź ciężkie przejść, ludzie wolą się pokazywać. wszystko ma być tak, żeby inni widzieli. nie ważne czy to jest prawda, czy nie.... smutne. szczególnie, że w ostatecznym rozrachunku i tak prawda wychodzi na jaw. może nie zawsze od razu, ale wychodzi. bo jeśli chce się tylko zrobić na innych wrażenie, to trzeba się liczyć z tym, że znajdą się tacy, którzy i tak wiedzą, jaka jest rzeczywistość. możemy udawać kogoś, kim nie jesteśmy. możemy też próbować oczerniać innych, ale to nasze postępowanie mówi samo za siebie. tak naprawdę czyny są głośniejsze niż słowa. i nawet jeśli próbujemy innym pokazać, jacy to my jesteśmy wspaniali, czy wielkoduszni, to tak naprawdę nasze motywacje i tak kiedyś wyjdą na jaw. zatem po co się męczyć? czy nie lepiej być szczerym i żyć szczerze? mnie się wydaje, że tak jest łatwiej.... ale może się mylę? mówi się, że 'jak cię widzą, tak cię piszą'. granie pod publiczkę zdaje egzamin na krótką metę. ci, którzy znają nas dłużej i widzą w różnych okolicznościach i tak będą wiedzieli, jak jest naprawdę. a swoją drogą zastanawiające jest, że tak bardzo chcemy grać. bo o ile w teatrze po skończonym przedstawieniu można wyjść, o tyle w życiu tak się nie da. i jak już raz zaczniemy, to ciężko jest skończyć... pewnie nie jest to popularne, ale może jednak bądźmy sobą i zamiast życia na pokaz, przeżywajmy życie naprawdę.

sobota, 26 stycznia 2008

przyjaciele potrzebni

zawsze uważałam, że przyjaciół ma się niewielu. można mieć wielu dobrych znajomych, ale prawdziwa przyjaźń, to znacznie więcej niż częste widywanie się, czy nawet wspólne zainteresowania. i dlatego nadal tak myślę. ostatnio jednak często spotykam ludzi, którzy co chwilę mówią o przyjaciołach i wygląda na to, że mają ich mnóstwo - tylko są jacyś tacy 'krótkoterminowi'. w życiu bywa różnie i czasami nasze grono przyjaciół ulega pewnym zmianom - jedni odchodzą, inni się pojawiają. ale nie dzieje się to z tygodnia na tydzień. prawdziwa przyjaźń jest bezcenna i najczęściej trwa latami. są przyjaciele, z którymi mamy częsty kontakt. inni są daleko, ale nawet po kilku latach rozmawiamy z nimi tak, jakbyśmy się nigdy nie rozstawali. i to jest piękne. przyjaciele nie muszą zgadzać się we wszystkim. potrafią się wspierać, ale również stawiać wyzwania. pomagają nam wyjść z dołka, cieszą się naszymi sukcesami. wartość przyjaźni jest ogromna. szkoda, że zaangażowanie, jakie za sobą pociąga dla wielu jest zbyt zobowiązujące, zbyt trudne. może gdybyśmy nie bali się tego zaangażowania, łatwiej byłoby nam przejść przez życiowe sztormy? i pewnie psychologowie straciliby część klientów :)

czwartek, 24 stycznia 2008

wejsc w czyjes buty

wjezyku angielskim jest takie powiedzenie wlasnie, a chodzi o to, zeby wczuc sie w czyjas sytuacje. pewnie po polsku tez jest jakis odpowiednik, ale mam aktualnie zacmienie i nic nie przychodzi mi do glowy. a z tymi butami, to jest ciekawe. bo zdarza nam sie miec pretensje do kogos, albo pouczac czy krytykowac, kiedy nie potrafimy tak naprawde zrozumiec jego sytuacji. dopiero, kiedy sami znajdziemy sie w podobnej, dociera do nas, co tamta osoba przezywa. na przyklad czasami tatusiowie nie potrafia zrozumiec zmeczenia i frustracji mamus, ktore spedzaja 24 godziny na dobe z dziecmi. a kiedy im sie przytrafi taka sytuacja, nagle sie sami frustruja, gdy dzieci marudza. ale mama czesto ma tak jeszcze 7 dni w tygodniu, tatcie rzadziej sie to trafia... i pewnie na odwrot. mama nie wie, co tata przezywa w pracy... ale moze czasem warto 'wejsc w czyjes buty'? albo chociaz sprobowac zrozumiec.

krytykanci są wśród nas

po ostatnich protestach nauczycieli w radiowej trójce była audycja, w której słuchacze wypowiadali sie na temat zaistniałej sytuacji. zdziwiło mnie, jak wiele glosów było negatywnych wobec nauczycieli. niektórzy twierdzili, że chętnie pójdą do sądu, jeśli protest nauczycieli wpłynie negatywnie na ich dzieci. ciekawe jest to, że tak łatwo krytykuje się nauczycieli właśnie. z jednej strony zdarzają się nauczyciele, którzy nie powinni wykonywać tego zawodu, ale to są jednostki. ogromna większość to ludzie dobrze wykształceni i przygotowani, którzy kochają dzieci. nauczyciele mają znaczny wpływ na przyszłość dzieci, na to, jakimi staną się ludźmi. na pewno nie tylko oni, ale w końcu w szkole spędza się przynajmniej 12 lat i to w okresie największego i najszybszego rozwoju. nauczyciele niejednokrotnie kształtują nasze patrzenie na świat wokół nas. i nie mówię tutaj o negatywnych pzykładach. i chyba powinno nam zależeć, żeby nauczyciele byli godziwie opłacani. dlaczego wymagamy bardzo wiele, ale nie chcemy się zgodzić, na to, żeby zarabiali porządne pieniądze. nie musieliby się martwić jak dorobić i na pewno z większą radością wykownywaliby swój zawód. bo powołanie to jedno, ale za coś trzeba żyć.

ktoś inny stwierdził, że przecież nauczyciele maja dwa miesiące wakacji więc mogliby sobie wtedy dorobić. pewnie, niech kopią rowy, albo zbierają truskawki.... takich ludzi wysłałabym na tydzień do jakiejś szkoły - nalepiej do gimnazjum. i wtedy zobaczylibyśmy, czy nadal uważaliby, że te dwa miesiące to za dużo. są różne zawody, które traktuje się jako zawody w trudnych warunkach, ciekawe, że nauczyciel się na to nie łapie... a wystarczy wejść do szkoły.

szkoda, że tak łatwo się krytykuje takie zawody - że nauczyciele nie dobrzy, a lekarze to już całkiem... tylko nikt jakoś nie myśli o tym, jak wiele im zawdzięczamy. mamy ogromne oczekiwania i uważamy, że ich 'usługi' nam się należą, ale czy na pewno? a może dla odmiany doceńmy ich ciężką pracę i przestańmy tak ciągle krytykować. przecież się da...

wtorek, 22 stycznia 2008

nie zaluje niczego...

tak spiewala edit piaf (wybaczcie, ale nie wiem jak sie pisze jej nazwisko...). i jest to madre podejscie, ale trudniejsze do wykonania. zalujemy roznych rzeczy, szczegolnie w sytuacjach, ktore nas zaskakuja i nie sa najprzyjemniejsze. zalujemy wypowiadanych slow, tego co zrobilismy, badz nie zrobilismy, swoich postaw i zachowan, a nawet niektorych mysli. i nagle okazuje sie, ze wobec wiecznosci pewne sprawy traca na znaczeniu. niektore rzeczy staja sie zupelnie nieistotne. dlatego tak wazne jest, zeby idac przez zycie tak postepowac, zeby moc razem z francuska piosenkarka powiedziec 'nie zaluje niczego' (nie koniecznie nasladujac jej zycie). bo mozna czasem sie ugryzc w jezyk, mozna pewne rzeczy zostawic dla siebie, mozna nie dociekac swoich racji. w zderzeniu z czyms wiekszym, na co i tak nie mamy wplywu, jak chocby smierc, i tak okaze sie, ze wiele spraw znika. a to, co sie liczy, to milosc i to, co dobrego mozemy innym dac. uczmy sie kochac ludzi, tak szybko odchodza.... uczmy sie zyc z innymi tak, by niczego nie zalowac, gdy juz ich nie bedzie...

poniedziałek, 21 stycznia 2008

najgorszy dzien roku

teraz bedzie bez polskiej czcionki, bo korzystam z komputera, ktory takowej nie posiada. ale mam nadzieje, ze uda sie czytelnikom cos zrozumiec (moze nie koniecznie to, co chce napisac ale cos zawsze :). chyba, ze ten madry blog poprawi mi bledy... slyszalam dzisiaj w jednej ze stacji radiowych, ze dzisiejszy dzien - 21 stycznia, jest uwazany, za najgorszy dzien w roku. ciekawe, kto zrobil takie badania? i dlaczego w ogole ktos pokusil sie o sprawdzenie czegos takiego? dlaczego nie zastanawiamy sie nad tym, ktory dzien jest najlepszy, najmilszy? po co sprawdzac, ktory jest najgorszy? nie rozumiem... pani prowadzaca audycje stwierdzila, ze to miedzy innymi z tego powodu, ze powoli zdajemy sobie sprawe, ze juz nie spelnimy naszych noworocznych postanowien... coz, dziwny powod na wybranie sobie akurat 21 styczniana taki dzien zdawania sobie z tego sprawy. a szczegolnie, ze dzisiaj jest dzien babci - babcie chyba nie czuja sie zbyt zachecone, ze ktos stwierdzil, ze to najgorszy dzien w roku. ludzie chyba czasami zwyczajnie nie maja co robic... :) dla mnie dzisiejszy dzien byl pelen wyzwan (podroz samolotem z polrocznym dzieckiem jest naprawde niezla przygoda...) ale ogolnie uwazam go za udany. z reszta chyba najwazniejsze to pozytywnie sie nastawiac. jak ktos widzi wszystko w czarnych barwach, to co drugi dzien bedzie 'najgorszy' :)
(niestety opcja sprawdzania pisowni nie chce sie uruchomic... wybaczcie ewentualne literowki i bledy)

niedziela, 20 stycznia 2008

coś od Boba (ale nie Budowniczego)

oglądałam ostatnio film "jestem legendą". nie wiem, czy mi się podobał, ale nie o nim chciałam napisać. główny bohater grany przez will'a smith'a w pewnym momencie filmu opowiadał o bob'ie marley'u. podobno gdy kiedyś piosenkarz został poważnie postrzelony, już po dwóch dniach wyszedł ze szpitala i grał koncert. zapytany dlaczego to robi, odpowiedział, że ludzie, którzy czynią zło nie robią sobie dnia wolnego, więc tym bardziej on nie ma na to czasu, ponieważ trzeba temu przeciwdziałać. podobno chciał zmienić świat na lepsze, wyleczyć ludzi z nienawiści, rasizmu. chciał 'rozświetlić ciemność'. nie wiedziałam o tym, ale spodobało mi się to, co powiedział. tak często narzeka się na to, co złego się dzieje, ale tak trudno jest coś zrobić, żeby temu przeciwdziałać. a skoro zło nie bierze dnia wolnego, to tym bardziej ci, którzy chcą mu się przeciwstawić nie powinni sobie robić wakacji. kiedyś chyba napisałam cytat, który mówił o tym, że tragedią jest milczenie dobrych ludzi, ich bierność. ale wspaniałe jest to, że są tacy, którzy nie poddają się, nie biorą wolnego, ale też nie wymawiają się, że przecież i tak nic nie da się zrobić. bo zawsze da się coś zrobić. i my też możemy rozświetlić ciemność!

...

i znowu dostałam po głowie, że dawno nic nie pisałam :) hehehe, chyba powinnam się z tego cieszyć, bo to oznacza, że ktoś mnie jednak czyta!!! ale co zrobić, jak czasami nie mam nawet kiedy usiąść do komputera. a jak jestem zmęczona, to również o natchnienie trudniej :) ale nie będę już się tłumaczyć. obiecałam poprawę i póki co jeszcze mi nie wychodzi, ale kiedyś w końcu wyjdzie. a jutro wyjeżdżam, więc pewnie znowu będzie troszkę przerw w pisaniu, chyba że będę miała dostęp do internetu. może wyjdzie mi mały dziennik z podróży? :) zobaczymy...

czwartek, 17 stycznia 2008

a ku ku raz jeszcze

przy okazji zabawy z pieluszką, ale i filmu 'evan wszechmogący' pomyślałam sobie, że podobnie wygląda sprawa z Bogiem. jeśli już chcemy Go w naszym życiu, to tylko na naszych warunkach. mamy jakieś swoje wyobrażenie o Nim i o Jego sposobie działania, które ukształtowane zostało przez kulturę i tradycję w jakich żyjemy. nie bardzo mamy ochotę zadać sobie trud, żeby sprawdzić, czy taki jest faktycznie. ale oczekujemy, że będzie dla nas trochę jak taki dżin z lampy, albo złota rybka. kiedy będzie potrzeba, to spełni nasze trzy życzenia. a jak coś się dzieje nie tak, to od razu Bogu przypisujemy winę. a to chyba jest nie fair... akceptując fakt istnienia Boga i chcąc Jego ingerencji nie możemy oczekiwać, że będzie (przepraszam za ten kolokwializm) 'tańczył, jak Mu zagramy'. bo jeśli przyjmujemy Boga, to akceptujemy też Jego wszystkie atrybuty. a to oznacza, że zgadzamy się z faktem, iż to On jest Mistrzem i Panem stworzenia. czyli tak naprawdę przyjmując Jego panowanie zgadzamy się na życie zgodnie z Jego zasadami. jeśli nie, to trochę tak, jakbyśmy chcieli stać się obywatelami Polski, ale nie zgadzali się z funkcjonującym w tym kraju prawem i postanowili go nie przestrzegać, ale ustanowić własne zasady i zgodnie z nimi żyć. mnie się prawo może nie podobać, ale żyjąc w tym kraju przestrzegam go, bo wiem, że tak jest właściwie. w przypadku Boga, to nie On mi narzuca zasady postępowania, ale to ja postanawiam je przyjąć, kiedy decyduję się zostać obywatelem Jego królestwa. jeśli tego nie chcę, to po co angażuję do swojego życia Boga? myślę, że czasami trochę nam się miesza. może dlatego, że nie próbujemy naprawdę poznać Boga, a jedynie przejmujemy tradycyjne myślenie o Nim. ja znam mojego bartka i wiem, jaka zabawa mu się podoba. ktoś, kto zna go z moich opowiadań i widzi go od czasu do czasu, nie potrafi zrozumieć, jego oczekiwań...

spójrz im w oczy

słyszałam dzisiaj wypowiedź pewnej niepełnosprawnej kobiety, która starała się o pracę nauczyciela. oczywiście sprawa wcale nie była prosta. nikt nie chciał jej dać pracy. w końcu w sprawę zaangażowała się gazeta, której redakcja postanowiła sprawdzić, czy rzeczywiście nie ma pracy dla niepełnosprawnych. okazało się, że kiedy wspomniana kobieta dzwoniła do szkół i wspominała o swojej niepełnosprawności od razu słyszała odmowę. inaczej było w przypadku spotkania twarzą w twarz - i to właśnie zwróciło moją uwagę - podczas takiego spotkanie już nie tak obcesowo stwierdzano, że tej pracy nie ma. starająca się o posadę nauczyciela stwierdziła, że chyba trudniej jest tak otwarcie w twarz mówić nam niemiłe rzeczy. bardzo to prawdziwe ale i przykre. bo chyba trochę świadczy o tym, że jesteśmy tchórzliwi. jak nas nie widzą, to potrafimy powiedzieć, co myślimy, ale bezpośrednio to już trudniej. a w takiej sytuacji to tym bardziej jest to smutne. podobno w czasie spotkań nie było aż tak negatywnych reakcji, ale za to rozmówcy woleli patrzeć na dziennikarkę towarzyszącą osobie na wózku, niż na kobietę starającą się o pracę. ciekawe, że nie umiemy sobie radzić w takich sytuacjach. dlaczego traktujemy niepełnosprawność jak trąd? boimy się jej? tylko dlaczego? czy to, co nieznane i trudne zawsze musi być spychane na margines? skąd w nas tyle obaw...

poniedziałek, 14 stycznia 2008

a ku ku

kiedyś jedna z naszych znajomych bawiła się z bartkiem przy pomocy tetrowej pieluszki w tzw. 'a ku ku'. bartek za wszelką cenę próbował złapać pieluszkę i wpakować ją sobie do buzi. po kilku takich próbach z jego strony usłyszałam, jak osoba bawiąca się mówi: 'oj nie, tak bartuś to się nie będziemy bawić. jeśli mamy się bawić, to nie możesz łapać pieluszki'. w sumie logiczne, chociaż nie wiem czy paromiesięczne dziecko zgadza się z taką logiką. sytuacja ta skłoniła mnie do zastanowienia. zdarza się, że właśnie chcąc bawić się z dzieckiem, narzucamy mu nasze warunki. uważamy, że tylko wtedy zabawa będzie udana, jeśli wszystko odbędzie się zgodnie z tym, jak my tę zabawę widzimy. i nie chodzi mi tutaj o jakieś reguły związane z bezpieczeństwem czy tym, co jest dobre, a co złe. ale raczej o to, że nam się wydaje, że tak powinna ta zabawa wyglądać i narzucamy to dziecku. a ono może tę sprawę widzieć zupełnie inaczej. i ma prawo - w końcu to dla niego ta zabawa. chyba czasami w życiu jest podobnie. jeśli już chcemy coś zrobić, to z reguły na naszych warunkach. wydaje nam się, że wiemy najlepiej, jak to powinno wyglądać, a jeśli ktoś chce inaczej, to się sprzeciwiamy. a może czasem warto pomyśleć czyja to zabawa? bartek lubi zabawę w 'a ku ku', ale lubi też łapać pieluszkę i pchać ją sobie do buzi. i wolno mu - ma dopiero pół roku. a w tej zabawie przecież chodzi o to, żeby to on był zadowolony. bo chociaż może nam się to wydawać niezrozumiałe - nie zawsze chodzi o nas! powiem więcej, bardzo często nie chodzi o nas...

nowomowa

że do języka polskiego weszło wiele słów obcego pochodzenia, to wiem. że wiele angielskich słów zostało spolszczonych, to również wiem. ale są rzeczy, które ciągle mi się nie mieszczą w głowie. usłyszałam dzisiaj określenie "każualowo" (chodziło o angielskie określenie ubioru 'casual', czyli swobodny, codzienny). padło ono z ust człowieka, który namiętnie krytykuje wszystkich, którzy się nie ubierają według jego upodobań. może ja i modnie się nie ubieram, ale jak w telewizorze słyszę takie nowotwory słowne, to - przepraszam za określenie - krew mnie zalewa. już od pewnego czasu dziennikarze przykładają niewielką wagę do tego, żeby mówić ładnie i czysto po polsku. ale jednak takie wstawki to już przesada. co prawda ów "każualowy" pan dziennikarzem nie jest, ale jednak w telewizorze występuje. i nawet jeśli na modzie się zna, to chyba przesada, żeby tak język kaleczyć. tylko może ja się nie znam? może ja staromodna jestem? nie wiem, ale cenię sobie ludzi, którzy wypowiadając się publicznie potrafią zrobić użytek z pięknej polskiej mowy, bez ulepszaczy...

niedziela, 13 stycznia 2008

lotnicze wizje

ostatnio mój mąż opowiedział mi o pewnym artykule, który przeczytał. ponieważ lubi czytać na temat linii lotniczych i przelotów, często trafia na ciekawe informacje (jest też niezły w wyszukiwaniu tanich połączeń lotniczych :) wspomniany artykuł mówił o tym, że kiedy w azji buduje się lotniska, to robi się to z uwzględnieniem przyszłości, podczas gdy w europie lotniska buduje się na bieżące potrzeby. efekt jest taki, że w azji lotniska jeszcze długo są w stanie funkcjonować i przyjmować coraz więcej pasażerów, natomiast w europie często dopiero wybudowane lotnisko jest już za małe. czyli oni mają wizję rozwoju, a my ciągle gonimy... (w piętkę). przykładem jest lotnisko w singapurze - trzy milionowy kraj ma lotnisko, które jest w stanie obsłużyć siedemdziesiąt milionów pasażerów rocznie! dla porównania lotnisko w krakowie choć rozbudowywane, już teraz wiadomo, że po zakończeniu nowy terminal będzie za mały... ciekawe jest to, że w życiu częściej bywamy jak europejczycy, a nie azjaci (oczywiście porównanie dotyczy tych lotnisk, a nie wyglądu! to drugie jest raczej oczywiste :) to znaczy, że nie mamy wizji przyszłości, ale myślimy tylko o tym, co teraz. łatwiej jest żyć z dnia na dzień. a jednak kiedy nie mamy wizji dla swojego życia, to raczej jest to trochę wegetacja. nikt nie jest tutaj przez przypadek i nasze życie ma sens. ale nie mając wizji dla niego sami się tego sensu pozbawiamy. a szkoda... może warto wziąć przykład z azjatów i mieć wizję dla własnego życia.

czwartek, 10 stycznia 2008

szczęśliwe barwy

ostatnio można oglądać kolejny fantastyczny serial w naszej cudownej telewizji. tytuł sugeruje pogodną, ciepłą historię, ale każdy fragmencik, jaki nieopacznie zobaczyłam (może ze trzy razy mi się to przytrafiło) był raczej smutnawy. może ja po prostu nie rozumiem tytułu, a twórcom chodziło o szare i smutne barwy? nie wiem. w każdym razie jeden z aktorów tam grających mówiąc o swojej roli powiedział, że 'zazdrość pozwala stwierdzić, iż nie jest się tej drugiej osobie obojętnym'. może dlatego ja tego tytułu nie zrozumiałam (pewnie fabuły też bym nie doceniła...), bo dla mnie zazdrość wcale czymś takim nie jest! wydaje mi się, że zazdrość to brak zaufania, a brak zaufania nie może świadczyć o szczerym związku. nie chciałbym się przekonać, że 'nie jestem obojętna tej drugiej osobie' na podstawie jej zazdrości. ale cóż, ja zawsze byłam inna, więc nic dziwnego, że nie nadążam za serialami.....

a to kompleks właśnie

dzisiejszy dzień dobry tvn dostarczył mi znowu kilku tematów do przemyśleń :) między innymi rozmawiano na temat kompleksów kobiet. usłyszałam tam, że Polki są bardzo zakompleksione, a winę za ten stan rzeczy ponoszą głównie mężczyźni... cóż, nie wiem czy można tak całą winę na biednych facetów zrzucać. ale zaciekawiła mnie jedna wypowiedź w pokazanym materiale. pewna pani stwierdziła, że jak człowiek nie ma kompleksów, to jest z nim coś nie tak. no i tak się zastanowiłam - że większość ludzi ma kompleksy to fakt, że niektórzy bywają zwyczajnie nadęci i zadufani w sobie, to też prawda, ale żeby tak od razu stwierdzać, że jak ktoś kompleksów nie ma, to jest jakiś nie bardzo... ja znam człowieka, który bufonem nie jest, arogancki również nie bywa, a jednak kompleksów raczej nie posiada. on zwyczajnie zna swoją wartość! wie kim jest, zna swoje słabe i mocne strony i dobrze się czuje z samym sobą. i chyba o to chodzi. a za to, że jesteśmy zakompleksieni (bo nie dotyczy to tylko kobiet) odpowiada wiele czynników. grunt to znaleźć się kiedyś w miejscu, w którym zwyczajnie siebie polubimy. ja jestem na dobrej drodze, ale wiem, że jeszcze trochę przede mną. ale postanowiłam, że nie zostanę zakompleksiona. mam wartość i to jest ważne. znalazłam ją w Tym, który mnie zaprojektował, w Bogu. to wiele ułatwia :)

środa, 9 stycznia 2008

cytat dnia

'nie wystarczy mówić tak prosto, żeby być zrozumianym, trzeba tak mówić, aby nie zostać źle zrozumianym' Charles Spurgeon

róbmy swoje

słyszałam dzisiaj w radio audycję na temat sytuacji w kenii i walk, jakie się tam toczą. afrykański dziennikarz zapytany dlaczego takie plemienne walki mają miejsce, powiedział, że powodem jest ludzka natura. stwierdził, że gdyby walia próbowała się oddzielić od anglii, to sytuacja byłaby podobna. dla potwierdzenia podał przykład irlandii północnej i byłej jugosławii. ciekawe. i jednocześnie przerażające. powiedział też, że obywatele z wyższych sfer nie angażują się w te walki. natomiast główni oponenci wykorzystują środowiska biedne i niewykształcone. manipulują ludźmi chcąc osiągnąć swój cel - uzyskać władzę. ale chociaż bieda i brak wykształcenia stwarzają 'lepsze' warunki dla zbrojnych konfliktów, to jednak lepsza sytuacja ekonomiczna i edukacyjna wcale nie jest gwarantem braku tego typu problemów, czego przykładem jest choćby irlandia północna. ale nawet jeśli przyczyną tego wszystkiego jest ludzka natura, to przecież jako najbardziej rozwinięci przedstawiciele żywych organizmów, mamy także zdolność do zmiany, do poprawy swoich wad i słabości. i tak naprawdę w każdym z nas jest pragnienie stawania się lepszym. korzystajmy z niego i zmieniajmy swój świat, aby takie straszne rzeczy się nie działy.

wtorek, 8 stycznia 2008

zmęczenie materiału

ostatnio moja znajoma miała opis na gg: 'Boże spraw, żeby mi się chciało tak, jak mi się nie chce'. mnie ostatnio się nie chce... nic mi się nie chce :) marzy mi się noc bez wstawania, poranek bez pobudki skoro świt, dzień bez.... cóż, generalnie mam ochotę na mały urlop od mojej aktualnej rzeczywistości. czasami zwyczajnie tak bywa. i nie mam z tego powodu wyrzutów sumienia. bo kiedyś następuje zmęczenie materiału i trzeba odpocząć. w moim przypadku trzeba na to jeszcze poczekać :) ale kiedyś to nastąpi. zauważyłam, że kiedy jestem przemęczona, to życie jest szare i męczące. ale wystarczy jeden dzień odpoczynku, psychicznej odskoczni od codzienności, a zwykłe czynności znowu zaczynają mnie cieszyć. kiedyś było mi łatwiej, teraz mały człowiek w domu determinuje, jak wygląda mój dzień. ale wiem już, że od czasu do czasu muszę odpocząć, żeby mieć siłę. żeby rutynowe zajęcia znowu sprawiały mi radość :) dlatego jutro mam zamiar się wyspać, pomimo nocnego wstawania. i wykorzystam odwiedziny wnuczka u babci, żeby się zrelaksować i odpocząć. bo zmęczony materiał nie nadaje się do obróbki :)

poniedziałek, 7 stycznia 2008

zapomnienie

chyba kiedyś pisałam na temat przebaczenia. ale ostatnio znowu jakoś to we mnie odżyło. bo jakoś czasem trudno tak po prostu zostawić jakąś sprawę i iść dalej, nie oglądać się za siebie. w każdym z nas jest takie pragnienie wyrównania rachunków. przecież wspaniale jest powiedzieć komuś: to jesteśmy kwita, po tym jak odpłaciliśmy mu pięknym za nadobne. ale czy to naprawdę jest dobre? czy to spowoduje, że poczujemy się lepiej? może chwilowo. sztuką jest zapomnieć i nie wracać do sprawy. ale jest to niezmiernie uwalniające. przebaczenie uwalnia nas samych. jeśli tego nie zrobimy, to nawet wyrównanie rachunków, albo wygarnięcie komuś, co nam leży na wątrobie wcale nas nie uleczy. bo obie te czynności wymagają, aby najpierw się całym problemem porządnie nakarmić, poprzeżuwać. a że podobno 'jesteśmy tym, co jemy', to szybko możemy sobie wyhodować niezłą plantację goryczy i żalu. znam taką osobę, która w życiu może nie miała różowo, ale też przeżywała dobre chwile. niestety wspomnienia jakimi ciągle żyje, są bardzo negatywne. to sprawiło, że nie potrafi spojrzeć na życie z radością, wszystko widzi w czarnych barwach. co ciekawe nawet na twarzy widać ten żal i niechęć. trochę mnie to przeraziło. bo nagle zdałam sobie sprawę, że to ode mnie zależy czy się ładnie zestarzeję! :) nie chcę na starość mieć na twarzy niechęci, żalu, rozczarowania. chcę, żeby moja buzia mówiła innym - warto żyć! tylko, że na to trzeba pracować od początku. i każda sytuacja, w której decyduję czy przebaczę i przestanę rozpamiętywać zawód, czy też będę się tym karmić, jest małą cegiełką, która składa się na budowlę mojego życia. chciałabym, żeby ta budowla była ładna, pozytywna i zachęcająca. szkoda tylko, że czasami tak trudno jest zwyciężyć samego siebie i zwyczajnie odpuścić.... nie pamiętać, nie wspominać i żyć dalej myśląc o tym co dobre i miłe.

piątek, 4 stycznia 2008

mały - wielki krok

widziałam niedawno film 'evan wszechmogący'. bardzo mi się spodobał, bo w ciekawy sposób ilustrował relację między Bogiem, a człowiekiem i brak zrozumienia pewnych zależności i prawd przez ludzi. i jak to zwykle w moim przypadku bywa - spodobało mi się pewne zdanie (ale nie jedno!). morgan freeman grający Boga powiedział, że wielu ludzi chce zmieniać świat ale nie wie jak zacząć. a odpowiedź jest bardzo prosta: od jednego zwykłego aktu dobroci (po angielsku to brzmi znacznie lepiej: one random act of kindness at a time). wielu ludzi twierdzi, że świata zmienić nie można. myślę, że można. trzeba zacząć od siebie, a potem dotykać tego świata, w którym funkcjonujemy. i takie drobne rzeczy - coś miłego i dobrego, co zrobimy dla innych, już będą zmieniały świat wokół nas. czasami rezygnujemy z próby poprawienia świata, bo wydaje nam się to zbyt duże i zbyt trudne zadanie. wystarczy jednak spojrzeć z takiej właśnie perspektywy - jeden zwykły dobry uczynek, a po nim następny i następny.... i nagle okazuje się, że to wcale nie jest takie trudne. jako ludzie mamy czasami tendencje do tego, żeby wiele spraw wyolbrzymiać (szczególnie problemy). ale gdy spróbujemy skoncentrować się na małych rzeczach, to może się okazać, że wcale to wszystko nie jest takie wielkie. żeby zdobyć mount everest trzeba najpierw zrobić jeden krok. wszystko zaczyna się od jednego małego kroku. a każdy następny przybliża nas do celu. dobrze jest widzieć wierzchołek, ale jeśli będziemy się koncentrować na tym, jak daleko i wysoko on się znajduje, być może nigdy nie przekroczymy progu naszego domu. jeden krok sprawia, że wychodzimy z domu. kolejne doprowadzają nas pod szczyt. uśmiech w kierunku staruszki sąsiadki, pomoc znajomym w przeprowadzce, wsparcie kogoś w problemach - może to małe kroki, ale w ten sposób świat wokół nas zostaje zmieniony.

recepta na zimę


lubię zimę i śnieg - ale najlepiej w święta i w górach, domek z kominkiem, narty... kiedy jednak tego nie ma, a zima i tak jest, to ma kilka sposobów na poprawę samopoczucia. jeden z nich to myślenie o lecie :) wczoraj właśnie zaczęliśmy sobie myśleć o możliwościach wyjazdu na wakacje. i samo planowanie już sprawiło, że poczuliśmy się lepiej. pomaga też obejrzenie jakiegoś ciepłego i pogodnego filmu (wczoraj oglądaliśmy 'u Pana Boga w ogródku'), albo zwyczajnie - gorąca herbata, ciepły koc i dobra książka - taka, do której się chętnie wraca, która przenosi nas w inny świat... na razie to ja sobie o tej książce pomarzę (może pół rozdziału udałoby mi się przy synku przeczytać hehehe) i zostanę przy myśleniu o wakacjach i lecie. od razu cieplej się zrobiło :)

czwartek, 3 stycznia 2008

wielka ściema

pomyślałam sobie ostatnio, że tak zwana 'ściema' stała się bardzo popularna. często się słyszy, że ktoś ściemnia, albo ewentualnie 'wali ściemę' (pewnie są i inne określenia, ja już stara jestem to i slang młodzieżowy nie jest dla mnie czymś znanym). i tak doszłam do wniosku, że w ten oto sposób stwierdzenie, że ktoś kłamie zostało znacznie złagodzone. bo przecież dużo lepiej (i niewinniej) brzmi 'ściemnianie' niż kłamstwo. niby znaczenie to samo, a jakoś nam łatwiej ściemniać. kłamstwo to już poważna sprawa. w jednak w ostatecznym rozrachunku chodzi dokładnie o to samo - o nie powiedzenie prawdy... swoją drogą ciekawe, że w tak prosty sposób można zdewaluować znaczenie niektórych czynności - wystarczy odpowiednio dobrać słowo. trochę mi smutno, że tak jest. i że prawda jest jakoś mniej popularna. może tak już wcześniej bywało, ale jednak przykro. żeby mówić prawdę potrzeba odwagi, a skoro ściema w cenie, to chyba trochę tej odwagi brakuje. szkoda. bo w końcu prawda wyzwala.

środa, 2 stycznia 2008

o szczęściu raz jeszcze

ostatnio znajomy powiedział, że ludzie wydają miliony dolarów, żeby nakręcić film, a mnie się w takim filmie podoba jedno zdanie.... ale to chyba znaczy, że to zdanie jest warte milionów :) w każdym razie znowu widziałam kawałek jakiegoś filmu i spodobało mi się właśnie jedno zdanie: 'jeśli inni mogą cię uszczęśliwić, to mogą cię również unieszczęśliwić". ciekawe prawda. i prawdziwe. ludzie już tak są skonstruowani, że potrzebują innych, ale problem polega na tym, że zbyt często na nich budujemy swoje szczęście i od nich je uzależniamy. nasze szczęście nie powinno zależeć od ludzi, powinno wypływać z naszego wnętrza i z naszych postaw. inni mogą nam pomóc, ale nigdy nie powinni stać się źródłem naszego szczęście. to źródło jest w KIMŚ innym, większym i potężniejszym, w Bogu. tylko trzeba je odnaleźć... trzeba chcieć je odnaleźć...
ważna jest również druga część tego zdania - jeśli w ludziach szukamy szczęścia, to łatwo możemy zostać przez tych samych ludzi unieszczęśliwieni. i to niekoniecznie celowo. oni mogą nawet o tym nie wiedzieć, a nasze nieszczęście będzie wynikiem niespełnionych oczekiwań.
miłość, akceptacja, bliskość drugiego człowieka sprawia, że czujemy się szczęśliwi. brak tego wszystkiego boli. dlatego warto pamiętać, że szczęście to coś więcej.

niedziela, 30 grudnia 2007

różne różności

long time no... click :) jak to mawiają anglojęzyczni. ani się nie spostrzegłam, a tu tyle dni minęło odkąd ostatnio tutaj zaglądałam. nawet mi się oberwało od koleżanki, że za rzadko pisuję! obiecałam poprawę i mam nadzieję, że mi się to uda. ale ta obietnica nie ma nic wspólnego z noworocznymi zobowiązaniami. ja w nie zwyczajnie nie wierzę. jakoś nie przepadam za sylwestrem w ogóle. drażni mnie owczy pęd do zabawy za wszelką cenę, bo tak trzeba, bo koniec roku. i zwykle bywam potem niewyspana i ten nowy rok się wtedy kiepsko zaczyna. a noworoczne zobowiązania najczęściej ulegają przedawnieniu po kilku tygodniach (albo i dniach). dlatego wolę ich nie podejmować, bo potem tylko kac moralny. ale obietnica częstszego pisania została złożona i mam zamiar jej dotrzymać :) (bo to w końcu zobowiązanie 'staro-roczne', więc jest szansa, że się uda).
święta, święta i po świętach. jak zwykle szybko nadeszły, a jeszcze szybciej minęły. zostały wspomnienia i pełen zamrażalnik jedzenia. u nas było wesoło, rodzinnie i tłumnie. co prawda prezenty nam dotarły dopiero dzisiaj, więc rodzina ciągle czeka (tylko czy im je teraz wysyłać, czy lepiej drugi raz nie ryzykować i nie powierzać przesyłek poczcie??). ale przeżyliśmy nasze pierwsze święta z bartkiem. on też przeżył, chociaż czasami w oczach widziałam wołanie: 'mamo! ratuj!' :)
a za dwa dni zacznie się nowy rok. dla mnie pierwszy rok trzeciej dekady mojego pięknego życia. ciekawe jaki będzie? wierzę, że dobry. i wcale nie dlatego, że politycy coś zrobią (albo nie zrobią). i nie dlatego, że bez kontroli przez granic kilka przejadę. ale dlatego, że wierzę, iż dużo zależy ode mnie, od mojej postawy i nastawienia. bo na polityków wpływu nie mam, na sytuację ogólnoświatową też raczej nie. ale mam wpływ na mój mały świat, w którym żyję. na moje otoczenie. i tutaj chcę być zachętą i wsparciem. chcę z radością i ekscytacją patrzeć w przyszłość i zarażać moje środowisko pozytywnym patrzeniem na życie. może nie jest ono łatwe, ale to ja decyduję, jak je przeżyję. mam zamiar dołożyć wszelkich starań, aby 2008 był dobrym rokiem. i tego życzę również wszystkim czytającym :)

piątek, 21 grudnia 2007

święta, święta, święta


jakoś dawno nic nie pisałam. ale nie jest to bynajmniej spowodowane gorączką przedświątecznych przygotowań. nie wiem czy to ja, czy może więcej osób tak ma, ale jakoś nie bardzo chce mi się na tę gorączkę zapadać. to znaczy chętnie pomyszkowałabym po sklepach w celu zakupienia jakichś ciekawych prezentów. ale ani nie mam możliwości czasowych, bo mój synek jakoś tak ciągle jest do mnie mocno przywiązany (średnio co dwie godziny wręcz przyssany), ani też finansowych. swoją drogą jest to pewien fenomen, że gdy przychodzi grudzień, to pomimo dodatkowych wpływów i tak jest krucho z kasą. bo oczywiście wszystko się nakłada - kończą się ubezpieczenia, pojawiają dodatkowe wydatki, itp. prawo murphy'ego, a może to znowu tylko u nas tak bywa?

dzisiaj w dzień dobry tvn zastanawiano się, jak nie dać się zwariować w tym przedświątecznym zamieszaniu. i tak sobie pomyślałam, że trochę wariactwa jest jak najbardziej na miejscu. pod warunkiem, że jest to ekscytacja pozytywna - np. przy kupowaniu prezentów, kiedy cieszymy się na myśl, jaką radość sprawimy bliskim, albo przy wspólnym malowaniu pierników. gorzej, gdy to wariactwo to stres, że nie wszystko się kupi, że nie zdąży się posprzątać (a nie lepiej sprzątać po świętach? przecież, jak tak rodzinka wparuje, to po chwili i tak śladu po porządkach nie ma!!!), że karpia będzie za mało.... to jest wariactwo niewskazane. takiego należy unikać. bo ono zabija prawdziwego ducha świąt, niszczy to, co jest ich sensem. ale takie pozytywne podekscytowanie jest dobre - wspólne pieczenie, ubieranie choinki - to nas jednoczy, pomaga okazać sobie miłość. kupowanie prezentów, albo ich robienie (chociaż teraz coraz rzadziej chyba się na to decydujemy) jest świetne - przez cały czas myślimy o innych i o tym, jak sprawić im radość - a przecież o to właśnie chodzi.

poniedziałek, 17 grudnia 2007

bożonarodzeniowe refleksje



a Grinch ze swoimi grinchowymi stopami w śniegu stał i główkował, jak to może być? przyszło bez kokardek. przyszło bez etykietek. przyszło bez paczek, pudełek czy torebek. i główkował, główkował, aż go główka rozbolała. wtedy Grinch pomyślał o czymś, co wcześniej nie przyszło mu do głowy. a co jeśli Boże Narodzenie, pomyślał, nie pochodzi ze sklepu. co jeśli Boże Narodzenie to być może coś więcej. ~ Dr. Seuss

czwartek, 13 grudnia 2007

...gdzie jest groszek...

czy reklamy kształtują rzeczywistość? nie wiem. może to rzeczywistość kształtuje reklamy. ale czasami ciekawie się ich słucha, bo jak już wcześniej kiedyś pisałam, czasami dziwny obraz życia malują. jedna reklama pyta, czy wyobrażamy sobie święta bez choinki, prezentów, telewizora (!) no i przedmiotu tejże reklamy - barszczu czerwonego. ja sobie wyobrażam, bo w mojej rodzinie w wigilię na stole królowała zawsze zupa grzybowa. także nie potrzebuję zbyt wiele tej wyobraźni. do mnie reklama nie trafia (chociaż osobiście wolę barszcz czerwony, ale co tradycja rodzinna, to tradycja). ale tak sobie pomyślałam, że smutne jest to, iż święta, jakie widać przez reklamy to jedynie prezenty, choinka, jedzenie i oczywiście telewizja. cóż - celem reklamy jest zachęta do sprzedaży produktu, więc nie ma się czemu dziwić. ale jak się tak rozejrzeć wokół, to czasami łatwo się zapędzić i wśród dźwięków dzwoneczków, rubasznego 'ho, ho, ho' i wykupywania karpia w tesco zapomnieć o prawdziwym znaczeniu tych świąt. dobrze, że w naszym kraju to ciągle są święta Bożego Narodzenia. podobno w Kanadzie nie jest politycznie poprawne składanie tradycyjnych życzeń: merry christmas, które jasno mówią jakie to święta. teraz się mówi: happy holidays. a przecież to ciągle są Święta Bożego Narodzenia. i świętujemy nie co innego, ale przyjście na świat Syna Bożego. przykro, że robienie pieniędzy na tych świętach jest w porządku, ale już publiczne życzenie wesołych świąt Bożego Narodzenia jest niemile widziane.... mam nadzieję, że u nas się tego nie doczekamy. ale chciałabym, żebyśmy potrafili się na chwilkę zatrzymać i pomyśleć o tym, co w te Święta naprawdę jest ważne... nawet jeśli nie ma groszku (bonduelle).

poniedziałek, 10 grudnia 2007

groźna nadzieja

wczoraj widziałam kawałek filmu 'skazani na shawshank', nigdy nie widziałam go w całości. ale spodobało mi się jedno stwierdzenie, które mówiło właśnie to tym, że nadzieja jest niebezpieczna. i chociaż akurat wypowiedziane przez tego bohatera miało wydźwięk negatywny, to jednak myślę, że jest to stwierdzenie prawdziwe. nadzieja jest niebezpieczna. nadzieja dodaje siły i determinacji, aby dążyć do realizacji marzeń. nadzieja w pewnym sensie uskrzydla. a chyba czasami nadzieja podtrzymuje przy życiu... ludzie, którzy nie mają nadziei, są pozbawieni bardzo ważnego elementu naszego istnienia. nadzieja naprawdę może być niebezpieczna, bo powoduje, że nie zgadzamy się na status quo. ona dodaje siły by coś zmienić, by działać. i nadzieja, to coś czego nikt nie może nam zabrać - tylko my sami możemy z niej zrezygnować. jak byłam dzieckiem, to często w odpowiedzi na zdanie: 'mam nadzieję', rzucaliśmy szybko: 'nadzieja matką głupców'. ale to nie prawda. może dlatego istnieją takie hasła, że nadzieja właśnie jest niebezpieczna? może w ten sposób próbuje się ludzi zniechęcić do nadziei? nie wiem. ale wiem na pewno, że życie bez nadziei, to życie smutne, a właściwie to jedynie egzystencja. nadzieja jest takim wiatrem wiejącym w żagle naszych marzeń. i oby nigdy nie nastała bezwietrzna cisza.

piątek, 7 grudnia 2007

cytat dnia

'łatwo mnie usatysfakcjonować tym, co najlepsze' Winston Churchill

czwartek, 6 grudnia 2007

shrek trzeci mądry

nadrabiamy właśnie zaległości w oglądaniu filmów, ponieważ odkąd jest bartek, to jakoś do kina nam nie po drodze. i dzisiaj obejrzeliśmy sobie 'shreka trzeciego'. muszę przyznać, że jak zawsze pierwsza część jest najlepsza, ale w tym wypadku i trzecia niczego sobie. a do tego z jakim mądrym przesłaniem! bardzo podobało mi się, jak shrek powiedział, że nie ważne, co ludzie o tobie mówią - najważniejsze jest to, kim jesteś we własnych oczach. i tak naprawdę jedyną osobą, która może ci przeszkodzić w staniu się 'kimś' jesteś ty sam! bardzo to ładne. i takie prawdziwe. jakie te bajki mądre bywają :)

wtorek, 4 grudnia 2007

niemy krzyk

dzisiaj będzie trochę smutno, refleksyjnie. ostatnio dowiedziałam się, że znajomy mojej przyjaciółki odebrał sobie życie. wpadł w kłopoty, które go przerosły i nie umiał sobie z nimi poradzić. straszne... ale jak powiedziała moja przyjaciółka - kiedy słyszymy, że coś takiego się dzieje, to stwierdzamy, że to okropne, ale przechodzimy nad tym do porządku dziennego. dopiero kiedy dzieje się to tuż obok, dotyka kogoś znajomego czy bliskiego, wówczas zaczynamy się nad tym zastanawiać. dlaczego coś takiego się stało? dlaczego nikt nie zauważył, że coś jest nie tak? dlaczego ktoś nie zareagował? tylko kim jest ten ktoś? powiedzenie "ach ta dzisiejsza młodzież" chyba nigdy się nie zestarzeje, a teraz dochodzi do tego jeszcze stwierdzenie, że ta 'dzisiejsza młodzież' to taka straszna jest. patrzymy na młodych ludzi i wydaje nam się, że oni to już są źli i zepsuci i nic nie można zrobić. ale czy na pewno? i czy ci, którzy wydają się tacy silni, naprawdę dają sobie radę z życiem? a może ich zachowanie, to wołanie o pomoc? pewnie nie każdy z nas ma możliwość zareagować, pomóc. ale nie skreślajmy każdego młodego człowieka, który stoi gdzieś przy trzepaku, klnie jak szewc, pije tanie wino... w każdym z nas jest pustka, której nic nie jest w stanie zapełnić, oprócz Tego, który nas zaprojektował. czasami takie zachowanie, które może nawet bulwersować, jest zwyczajną próbą znalezienia sensu, wypełnienia tej pustki. czasami jest to właśnie wołanie o pomoc. szkoda, że tak często strach sprawia, że boję się na to wołanie odpowiedzieć...

niedziela, 2 grudnia 2007

pokorni odziedziczą ziemię

to tytuł pewnej dobrej książki. ale nie o książce będzie, a o pokorze właśnie. dzisiaj w finale programu 'you can dance' jeden z jurorów powiedział coś bardzo fajnego, co mnie więcej brzmiało tak: 'po tej edycji nauczyłem się, że najważniejsza jest pokora. jeśli ktoś ma pokorę to ani porażka, ani sukces go nie zniszczą.' piękne! i wspaniale, że takie słowa padły nie gdzie indziej, a w telewizji. i do tego w tak popularnym programie. jest to dosyć wyjątkowe, bo chyba pokora to nie jest coś popularnego, a już na pewno nie w show business'ie (jak się pisze takie wyrazy odmienione po polsku???). i w taki oto ciekawy sposób prawda, którą już dawno przekazał nam dobry Bóg została powiedziana głośno i wobec milionów. powiem (a raczej napiszę) to jeszcze raz: piękne! :)

czwartek, 29 listopada 2007

ciepła herbata

zafascynował mnie dzisiaj fakt, że wystarczy malutka świeczka podgrzewająca czajniczek z herbatą, żeby ta cały czas była gorąca. wydawało mi się kiedyś, że taki patent to raczej nie bardzo się sprawdza - no bo przecież to jest tylko taka malutka świeczka. myślałam sobie, że ona nie może dawać zbyt dużo ciepła. a jednak daje go tyle, że utrzymuje naprawdę wysoką temperaturę. ciekawe. to trochę tak, jak z kroplą wody - niby niewielka, a drąży skały (choć to może trochę wyolbrzymione porównanie). czasami to, co wydaje nam się małe i niewiele znaczące, może zrobić bardzo dużo. my jednak zakładamy, że to nie możliwe, bo sugerujemy się tym, co widzimy. nie patrzymy głębiej. szkoda, że na siebie czasami też tak patrzymy - jak na malutkich i nic nie znaczących... dobrze jest od czasu do czasu przyjrzeć się takiej małej świeczce i napić się gorącej herbaty podgrzewanej przez tę świeczkę - może to zmieni naszą perspektywę? może przestaniemy w sobie widzieć tylko małość i niemożność? oby tak było.

środa, 28 listopada 2007

internetowe uzależnienie

właśnie od wczoraj jestem uzależniona od portalu facebook.com :) są tam różne ciekawe gry, które bardzo wciągają.... ale tak sobie myślałam, że niesamowite, jak się takie społeczności internetowe rozwijają. w tej można nawet zarabiać internetowe pieniądze! niby fajnie (mnie też się przecież podoba), ale jeśli to zaczyna zastępować rzeczywistość - to ja dziękuję. a jednak wielu ludzi, szczególnie młodsze pokolenie, żyje właśnie w świecie wirtualnym. ten świat jest coraz większy i głębszy... trochę to przerażające, bo przecież jest to jednak świat nieprawdziwy. szkoda mi tych, którzy go wybierają - bo to znaczy, że ich prawdziwe życie nie jest najciekawsze. ja wolę moją rzeczywistość, a takie społeczności są fajne chwilowo. i teraz właśnie idę sobie jeszcze pograć :)

poniedziałek, 26 listopada 2007

słomiany zapał

już chyba o tym kiedyś pisałam, ale jakoś znowu mnie naszła refleksja związana z tą właśnie sprawą. od niedawna jestem fanką portalu nasza-klasa.pl i zawzięcie szukam tam znajomych. zaczęło się oczywiście od mojej klasy z liceum. udało nam się znaleźć trochę ludzi i w sumie z 35 osób zapisały się aż 22. po 11 latach to wynik całkiem niezły. na początku oczywiście euforia - na forum codziennie jakieś rozmowy, wspominki, próba ustalenia najlepszego czasu na spotkanie. no i spotkanie będzie. ale na forum już raczej nikt nie zagląda. szkoda. i tak sobie właśnie pomyślałam, że ze znajomościami to tak jest. początkowo jest świetnie, wszyscy chętnie się angażują. ale mija czas i jakoś tak się wszystko rozłazi. ciekawe dlaczego? w sumie jak wszystko w życiu - utrzymanie znajomości wymaga z naszej strony jakiegoś wysiłku. a nam się chyba często nie chce... a gdyby tylko nam się chciało chcieć. mnie się też czasem nie chce, bo jak po dłuższym czasie ktoś się nie odzywa, to jakoś tak przestaje się mieć ochotę, żeby się starać. ale przecież warto. przynajmniej czasami. dlatego postanowiłam, że będę dbać o moje znajomości. i nawet po dłuższym czasie będę się odzywać. no chyba, że ktoś mi wyraźnie powie, że ma mnie dosyć! :)

niedziela, 25 listopada 2007

duma urażona

dzisiaj wyjątkowo ten post nie został zainspirowany żadnym programem tv!!! a co, trzeba czasem coś zmienić :)
dzisiaj zainspirował mnie mój pastor, który mówił właśnie na temat urazy, czy też obrazy. zagadnienie dosyć ciekawe, a i dużo trzeba by pisać, żeby je wyczerpać. ale przypomniało mi się, że gdzieś kiedyś przeczytałam coś ciekawego właśnie na temat urażonej dumy. pewna dziewczyna stwierdziła, że wypowiedź jej kolegi była obraźliwa i inny kolega musiał stanąć "w obronie jej honoru". na to odpowiedziała jej siostra: "to słabiutki musi być ten twój honor, skoro byle jaka wypowiedź potrafi cię urazić". ciekawe. ale często tak jest. niewiele potrzeba, żeby nas 'urazić'. a może należałoby nabrać trochę dystansu do siebie? i chyba trzeba znać swoją wartość, bo człowiek świadomy swojej wartości, nie obraża się z byle powodu.

piątek, 23 listopada 2007

ideał piękna

dzisiaj w dzień dobry tvn toczyła się rozmowa na temat ideału mężczyzny i kobiety - czy ideał to to samo, co piękno? ciekawe słowa padły w przedstawionym przed dyskusją materiale, a mianowicie, że piękno to nie tylko to, co na zewnątrz. a jednak pokazano ludzi, którzy robią wszystko, żeby poprawić swój wygląd, gdyż według nich, to jednak jest najważniejsze. a przecież, jak powiedziała pani na zakończenie materiału, piękno to także to, co mówimy, jak się poruszamy i jak się zachowujemy. bo piękno to całość. nawet najpiękniejsze opakowanie nie ukryje brzydkiego wnętrza. a poza tym, opakowania się przecież kiedyś wyrzuca.... w przypadku człowieka może to wyrzucanie to lekka przesada, ale coś w tym jest.
czytając gazety, oglądając telewizję można dojść do przekonania, że pięknym się jest tylko jeśli się odpowiednio wygląda. szkoda, bo to bardzo płytkie pojmowanie zagadnienia. a co właściwie jest piękne? podobno o gustach się nie dyskutuje, zatem to, co piękne jest dla mnie, wcale piękne nie musi być dla kogoś innego. i nie powinniśmy się nad tym za bardzo rozwodzić. wiadomo, że zawsze istnieją pewne kanony piękna, ale czy warto za nimi nadążać? piękno według rubensa, a piękno według obecnych kreatorów mody (w przypadku ciała kobiety) to jak dwa przeciwległe bieguny. a i malarstwo rubensa ma ciągle fanów, i na pokazy mody chodzą tłumy (tylko czy robią to ze względu na wychudzone modelki?). pewnie nad tym pięknem można by się długo rozpisywać. ale je będę się trzymać swego - prawdziwe piękno wypływa z wnętrza. człowiek piękny wewnętrznie, będzie się podobał i na zewnątrz. niestety odwrotnie też to działa...

czwartek, 22 listopada 2007

bolesny klaps

właśnie usłyszałam, że w jakimś kraju ojciec został ukarany za sprawienie ośmioletniemu synkowi małego lania - a właściwie za trzy klapsy. teraz tatuś będzie uczęszczał na zajęcia uczące go właściwego postępowania. klapsy pewnie były bolesne, tylko dla kogo bardziej? :)