niedziela, 19 lipca 2020

przyjaciel potrzebny od zaraz

ostatnio w czasie rozmowy mój młodszy syn zapytał: "a czym się różni przyjaciel od kolegi?". na co jego starszy brat od razu odpowiedział: "przyjaciel to ktoś, na kim możesz polegać". lubimy mówić, że "dzisiaj to jest inaczej", bo dzisiaj to przyjaźń jest rzadkością, że kiedyś to było lepiej. ale czy zawsze tak jest naprawdę? dzisiaj mówi się, że internet sprawił, iż coś takiego jak przyjaźń trochę zaginęło, stało się rzadkością. że ludziom łatwiej o płytkie relacje, niezobowiązujące. ale przecież zawsze tak było, że łatwiej nam być w relacji, w której nie dajemy za dużo siebie. teraz może jest to trochę bardziej widoczne, bo przez fejsbuki i inne tego typu serwisy mamy wielu znajomych i pokazujemy im tylko to, co chcemy. ale o przyjaźń zawsze trzeba było zadbać, zatroszczyć się, czasem nawet zawalczyć. czy teraz jest trudniej? a może po prostu jest inaczej?
mnie nigdy nie przychodziła łatwo przyjaźń. kiedy już była, to starałam się o nią dbać i nad nią pracować. wiele razy się zawiodłam. wiele razy była tylko na chwilę, albo bardzo jednostronna. (można powiedzieć, czy to była przyjaźń? ale dla mnie jednak była). każdy z nas potrzebuje przyjaciół. nie każdy ma siłę o nich zawalczyć. każdy pragnie bliskości. nie każdy po tym, jak się zawiódł, czy został odrzucony, ma odwagę spróbować raz jeszcze. a jednak warto. czasami trzeba przerzucić wiele piasku zanim trafi się złoty samorodek. a kiedy się już go znajdzie, to trzeba się o niego zatroszczyć. ja wiem, że życie potrafi przytłoczyć. ale jeśli coś jest dla nas ważne, to zawsze znajdziemy na to czas. w przyjaźni jest piękne to, że nie potrzebuje codziennych spotkań, bo nawet po długim czasie zaczynam tam, gdzie ostatnio skończyliśmy. jeśli pomiędzy potrafimy o siebie się zatroszczyć. nie trzeba wiele - sms, czasem telefon, a czasem zwykły uśmiech z dwukropka i nawiasu wysłany jako sygnał - myślę o Tobie. bo przyjaciel to ktoś, na kim możesz polegać, że się odezwie. że to nie będzie jednostronne. 
dbajmy o naszych przyjaciół. to oni sprawiają, że życie smakuje lepiej. 

piątek, 3 lipca 2020

dlaczego tak lubimy płakać nad rozlanym mlekiem?

to chyba angielskie powiedzenie, przetłumaczone już trochę wrosło w nasz język. skoro mleko się rozlało, to nie ma sensu nad nim rozpaczać. trzeba posprzątać i iść dalej. a jednak... tak często na tym rozlanym mlekiem płaczemy! ileż to razy po jakiejś sytuacji przeżywam przez kilka dni i w głowie odgrywam wszystkie elementy po kilkanaście, kilkadziesiąt, a może i kilkaset razy? i wracam do tego, co powiedziałam, a czego nie powiedziałam i zastanawiam się, dlaczego tego nie zrobiłam, albo zrobiłam.... i żyję czymś, co minęło. nie wróci. po co zatem to przeżywanie? "bo przecież mogłam powiedzieć to", albo "mogłam tak zareagować". no mogłam. ale tego nie zrobiłam. sytuacja minęła. skończyło się. może będzie okazja kiedyś wrócić do rozmowy, nawiązać do tematu. tylko czy wtedy zrobię to, co teraz myślę, że powinnam? czy znowu będę płakać nad rozlanym mlekiem... 

środa, 27 maja 2020

suma wszystkich strachów

strach to ciekawe zjawisko. jest naturalny i jest reakcją najczęściej na to, co nieznane czy nierozumiane. podobno są tak zwane lęki rozwojowe - czyli związane z etapami naszego rozwoju. ale jak wiele różnych lęków to lęki nabyte? 
wydaje mi się, że strach jest mocno zaraźliwy. niewiele potrzeba, żeby go "złapać", a jak już nas dopadnie, to zaczyna się szybko rozwijać. i nagle to strach kontroluje wszystkimi moimi reakcjami i odruchami. dzisiaj szczególnie jest to widoczne w naszej codzienności. ale gdzie jest granica między paranoją i paniką a zdrowym rozsądkiem? jak wyważyć swoje reakcje? trudno, kiedy ciągle tak wiele jest niewiadomych - bo strach karmi się niewiedzą, tym co nieznane. potrzebna jest jakaś przeciwwaga, coś pewnego, trwałego, na czym można się oprzeć i co jest wiarygodne. bez tego pochłonie nas strach - strach o jutro, strach o byt, strach o zdrowie, strach o... a do czego doprowadzi nas suma wszystkich tych strachów?
potrzebujemy odczuwać strach, żeby móc właściwie zareagować. ale nie możemy pozwolić, żeby stał się dominującą siłą kierującą naszym życiem. a już na pewno nie powinniśmy przerzucać tego strachu na innych. 

środa, 20 maja 2020

diabeł tkwi w szczegółach

dokładnie. tylko czemu diabeł? wiem, że chodzi o to, aby zwracać uwagę na rzeczy drobne, bo mogą mieć kluczowe znaczenie i jak coś nie wyjdzie, to będziemy wkurzeni. albo, że rzeczy z pozoru oczywiste, wcale takie nie są i jak to wyjdzie, to znowu będziemy wkurzeni, że nie zauważyliśmy. ale dlaczego diabeł akurat? czepiam się, bo myślę, że za dużo mu przypisujemy - w wielu dziedzinach. ale to na inny wpis.
szczegóły są ważne. to drobiazgi tworzą naszą rzeczywistość, nasze życie. dzisiaj jest wszędzie tak wiele uogólnień, że zapominamy, iż to właśnie te niewielkie rzeczy, te niuanse, drobne sprawy, chwile, ulotne momenty składają się na to, jak wygląda nasza codzienność. chyba nikomu nie jest obce dążenie do tak zwanego szczęścia. piszę "tak zwanego", bo ile tych dążeń, tyle definicji szczęścia. najczęściej chodzi chyba o to, żeby wszystko szło po naszej myśli i ułożyło się zgodnie z naszymi oczekiwaniami. trudne. karmieni od małego historiami o zakończeniu "i żyli długo i szczęśliwie" pragniemy to osiągnąć, ale nie wiemy za bardzo jak. bo nikt nie napisał historii o tym, jak to "długo i szczęśliwie" naprawdę wygląda. a przecież szczęście kryje się właśnie w szczegółach. w uśmiechu dziecka, które może czasami (albo i często) wkurza, ale kiedy wyciąga ręce, żeby się przytulić, to sprawia, że i ja się uśmiecham. w tym, że mam łóżko, swoje własne, w którym mogę się położyć po najdłuższym i najtrudniejszym dniu. w krzewie, który zasadziłam, a który zakwitł. w wiadomości od kogoś, kto pyta, co u mnie - bo to znaczy, że o mnie myśli. w kolacji, którą można zjeść z przyjaciółmi dzieląc się wszystkim i próbując sobie z talerzy...
to szczegóły tworzą szczęście. nawet jeśli są sztormy, trudności, wyzwania. nie istnieje "długo i szczęśliwie". ale codziennie budzi się nowy dzień, z nowymi możliwościami i nowymi chwilami, które choć ulotne, mogą się złożyć na moje małe szczęście. tylko, czy potrafię je dostrzec i się nimi cieszyć? czy zostawię te szczegóły diabłu?

piątek, 15 maja 2020

jeszcze o słowach...

słowa potrafią namalować tak piękne obrazy. od zawsze lubiłam słowa. jako małe dziecko wypowiadałam ich (za)dużo, dzięki czemu dorobiłam się przezwiska "mecenaska". tak określał mnie jeden z wujków twierdząc, że będąc taką gadułą powinnam zostać prawnikiem. nie zostałam. ale słowa lubię nadal, choć chyba mniej ich teraz wypowiadam. chciałam napisać kilka zdań na temat dzisiejszego sadzenia roślin i właśnie myśl o tym skłoniła mnie do refleksji. aby oddać sprawiedliwość temu, co robiłam i gdzie się to działo, musiałabym napisać: "posadziłam dzisiaj trzy kwiatki i krzaczek w ogródku". ale brzmi to tak prozaicznie.... tak zwyczajnie. chociaż pokazuje prawdę - sadziłam małe kwiatki i mały krzaczek w moim bardzo małym ogródku. jednak gdybym skorzystała z tego, co oferują mi słowa, mogłabym napisać coś takiego: "dziś rano postanowiłam upiększyć ogród. w donicach niedawno ustawionych w południowym narożniku posadziłam trzy piękne kwiaty, a tuż przy ogrodzeniu, na przeciwko okna salonu zasadziłam przepyszny krzak różanecznika." niby to samo, a jednak... 
słowa mogą upiększać naszą rzeczywistość. mogą. jeśli im na to pozwolimy i będziemy ich do tego używać. 
jak ważne jest to, co mówimy do innych. w mocy naszych słów jest śmierć i życie. możemy kogoś zabić słowami, stłamsić, zniszczyć. albo możemy dodać mu skrzydeł, natchnąć nadzieją, zainspirować do działania. 
upiększajmy nasz świat słowami. budujmy ludzi, z którymi rozmawiamy. czasami tak niewiele potrzeba. za dużo wokół słów, które niszczą. 

czwartek, 7 maja 2020

siła słowa

kiedy byłam mała moja mama często powtarzała mi różne "powiedzonka" - zwykle w sytuacji, gdy coś zbroiłam, coś poszło nie tak, coś chlapnęłam... i tak słyszałam: "w głuchych strzelają", "myśli-ciele", "co wolno wojewodzie to nie tobie..." i obecnie moje ulubione "myślenie ma przyszłość". kiedy je słyszałam jako dziecko, na początku nie do końca rozumiałam. dzisiaj sama powtarzam moim synom, że "myślenie ma przyszłość". 
słowa mają moc. powtarzane wystarczająco często nie tylko zapadają nam w pamięć, ale kształtują naszą perspektywę, przekonania. słowa ilustrują nasze myśli. gorzej jeśli są tylko powtarzane za innymi bez żadnej refleksji, bo ciągle mają moc kształtowania naszego życia. dzisiaj bombarduje nas tak wiele informacji (prawdziwych i wyssanych z palca), że brakuje czasu na zastanowienie. i powtarzamy, powtarzamy, powielamy... bezmyślnie, bez zastanowienia.
jeden z moich ulubionych cytatów pochodzi z filmu "Żelazna Dama" opowiadającego o Margaret Tatcher. brzmi on następująco:
uważaj na swoje myśli, bo one stają się słowami
uważaj na swoje słowa, bo one stają się czynami
uważaj na swoje czyny, bo one stają się nawykami
uważaj na swoje nawyki, bo one stają się twoim charakterem
uważaj na swój charakter, bo on staje się twoim przeznaczeniem.\
stajemy się naszymi myślami

dlatego tak ważne jest to, czego słuchamy - bo to kształtuje nasze myśli. ważne jest, by nie powtarzać bezmyślnie wszystkiego, co słyszymy - bo zgodnie z tym cytatem, wkrótce stanie się to naszą rzeczywistością. ważne by się zatrzymać i zastanowić. przemyśleć. pozwolić sobie na wątpliwość. poszukać innego punktu widzenia. 

dzisiaj rozumiem, co chciała mi przekazać mama. niektóre teksty żartobliwe, inne bardziej na serio, a jednak kształtowały mnie i wpływały na moje postrzeganie świata. dzisiaj mówi się dużo i mówi się wszędzie. muszę się zatrzymywać i wyciszać, żeby nie zacząć powtarzać wszystkiego bez zastanowienia. muszę wybierać, czego słucham. muszę dać sobie czas na przemyślenia, zastanowienie, żeby słowa, które wypowiem budowały, a nie niszczyły. 

środa, 6 maja 2020

no to chyba reaktywacja

macie tak czasami, że coś w Was siedzi i nie daje Wam spokoju? musicie coś z tym zrobić - porozmawiać z kimś, opowiedzieć to komuś, albo właśnie napisać? mnie ostatnio tak właśnie się zrobiło. musiałam dać upust myślom, które kotłowały się w mojej głowie. jakoś je uporządkować, trochę "uczesać", a trochę odebrać im moc. stąd mój wczorajszy wpis. ale jak to czasem bywa, jedna rzecz prowadzi do drugiej i chyba otworzyłam drzwi do czegoś, co myślałam, że już jest rozdziałem zamkniętym. może jednak czas na kolejny? zobaczymy...
może to pisanie trochę pomoże mi się wyciszyć. a jeśli przy okazji kogoś zachęci, skłoni do refleksji - to jeszcze lepiej.
ostatnio przy okazji robienia tego, co zawsze było mi obce i od czego uciekałam (czyli gadanie do kamery, co dzisiaj dotyczy chyba każdego z nas w jakimś stopniu), rozmawiałam z pewną wspaniałą kobietą o tym, jaką super moc chciałabym mieć, gdyby to było możliwe. kuszące było powiedzieć, że teleportacja czy możliwość bycia w dwóch miejscach na raz. jednak po chwili stwierdziłam, że chciałabym mieć taką moc, dzięki której kiedy bym mówiła, to inni by mnie rozumieli :) dzisiaj przeglądając moje stare zapiski znalazłam pewien cytat, który sprawił, że chyba powinnam zweryfikować i tę moc:

Charles Spurgeon powiedział "nie wystarczy mówić tak prosto, żeby być zrozumianym, trzeba tak mówić, aby nie zostać źle zrozumianym"

sztuka to wielka i godna by do niej aspirować. w kontekście blogu można sparafrazować - trzeba tak pisać, aby nie zostać źle zrozumianym". czy się uda? nie wiem. ale spróbuję :)

wtorek, 5 maja 2020

tak sobie myślę...

...skoro ten wirus ma z nami zostać już na dobre, to czy to znaczy, że już zawsze będziemy nosić maski? czy jeśli ktoś z różnych przyczyn obawia się wyjść z domu, już zawsze pozostanie w korona-areszcie? czy jeśli kichnę, bo mam uczulenie, albo się zakrztuszę, to już zawsze przechodzący obok będą obrzucać mnie zgorszonym spojrzeniem?
tak sobie siedzę i tak sobie myślę... i nie wiem... i nie chcę, żeby lęk dyktował mi warunki życia. i nie chcę słuchać "ekspertów", którzy choć reprezentują tę samą dziedzinę przedstawiają skrajnie przeciwne punkty widzenia.
i znowu okazuje się, że brak czegoś pewnego, brak informacji, brak prawdy - tak, prawdy - zaczyna chwiać naszym istnieniem. prawda daje wolność. i jest fundament, na którym można budować swoje życie tak, żeby strach nie dyktował nam warunków. i prawda nie jest względna. nie jest też uzależniona od tego, jak dzisiaj się czuję. prawda to Jezus i tylko w nim odnajduję spokój i poczucie bezpieczeństwa. i chociaż nadal nie wiem jak będzie wyglądać moje jutro, to w Nim łatwiej patrzeć w przyszłość.

czwartek, 6 października 2011

znaki czasu

znakiem czasu (upływającego) jest to, że za chwilę napiszę "za moich czasów" hehehe
ale właśnie - za moich czasów - czyli jak byłam dzieckiem, bohaterami najczęściej były postacie z książek, osoby które dokonały czegoś wielkiego, wspaniałego, ważnego dla ludzkości. chcieliśmy być jak oni, osiągać to, co wydaje się nieosiągalne. teraz częściej bohaterem jest ktoś, kto tę postać gra, a nie sama postać. 
przy okazji zbliżającej się jakiejś kolejnej gali, czy innego wydarzenia ze świata show biznesu, dziennikarka powiedziała, że "będzie czerwony dywan, wielki świat". no i tak sobie pomyślałam o tym wielkim świecie. bo czy on rzeczywiście jest taki wielki? ja nie śledzę czasopism opisujących życie gwiazd, ani plotkarskich portali, ale mam takie wrażenie, że większość pojawiająca się na tym czerwonym dywanie jest znana głównie z tego, że jest znana. oczywiście - są tam i wielcy, temu nie można zaprzeczyć. ale czy jest ich wielu? i czy to ci wielcy stają się bohaterami? czy częściej ci znani z tego, że są znani? a nawet jeśli to wielki świat, to przecież wokół nas świat jest dużo większy, pełen zwykłych, a wcale nie zwyczajnych ludzi, wśród których na pewno można znaleźć wielu wielkich. ale przed nimi ani czerwonych dywanów nie rozwijamy, ani do wielkiego świata ich nie zaliczamy. chyba trochę się to pojęcie wielkiego świata zmieniło. albo może to tylko ja...

środa, 14 września 2011

urodzinowe refleksje

rok temu w naszym świecie pojawił się już we własnej osobie Filip. dawno temu pisałam o tym, że podziwiam mamy samotnie wychowujące dzieci. podtrzymuję to i dołączam do tego podziw dla tych, którzy mają więcej niż dwoje dzieci. od roku jestem mamą dwóch chłopaków i stwierdzam, że chociaż wcześniej o tym wiedziałam, to teraz utwierdziłam się w tym jeszcze bardziej, iż posiadanie dzieci to olbrzymia odpowiedzialność i niejednokrotnie ciężka praca. mam świadomość, że nie wszyscy podchodzą do kwestii dzieci w taki sposób, jednak dla mnie ma ogromną wagę. 
pojawienie się Filipa było dla nas cudem - cudem nowego życia, darem od Boga. na świat przyszedł człowiek, malutki, bezbronny, ale posiadający w sobie cały potencjał tego, kim stanie się kiedyś. przyniósł radość, szczęście, niepewność, nawet obawy. wyczekiwany cud stał się rzeczywistością. rok później on ciągle jest cudem. i będzie nim zawsze. ale ten cud sprawił wiele nieprzespanych nocy. przyniósł wiele zmęczenia, czasami nerwy, strach. płakał. teraz też czasami płacze. i szczerze mówiąc - czasami bardzo mnie wkurza! ale jest moim cudem. nie wyobrażam sobie naszej rodziny bez niego, naszego świata bez jego śmiechu i uśmiechu, naszego domu bez jego małych stóp biegających po pokoju. 
cuda są. z reguły czekamy na nie z utęsknieniem. kiedy się pojawiają, sprawiają nam niewysłowioną radość, zmieniają nasze życie na zawsze. ale często wiążą się z odpowiedzialnością, pracą. czasami wywołują nerwy, powodują zmęczenie. ale ciągle są cudami. i nie chcielibyśmy, żeby zniknęły z naszego życia. 
to, kim stanie się Filip w dużej mierze zależy również ode mnie. ja odpowiadam za to, jak ten cud się rozwinie. czasami pragnąc cudu warto się zastanowić, czy jesteśmy gotowi zapłacić cenę i wziąć na siebie odpowiedzialność za pielęgnowanie go. cud jest darem i nie można go zmarnować. jest cenny tak, jak jego Dawca i dlatego musimy obchodzić się ostrożnie z tym, co jest nam powierzone. 

środa, 31 sierpnia 2011

punkt widzenia

zależy od punktu siedzenia. wiem, odkrywcze. ale ostatnio jakoś bardziej to do mnie dotarło. jak byłam w szkole, to cały świat kręcił się wokół szkoły. nie tylko kalendarz, ale wszystko było podporządkowane szkole, wszystko widziało się przez pryzmat szkoły. wydawało się, że będzie zawsze, że zawsze będzie się w szkole, z tymi ludźmi. nawet pomimo tego, że wiadomo było, iż kiedyś się skończy, to jednak świadomość przejścia do kolejnej, jakoś sprawiała, że szkoła była wszechobecna. 
posiadanie dzieci, które dotyka sprawa edukacji, powoduje, że kalendarz również zaczyna się kręcić wokół szkoły, a jednak to nie ona determinuję nasza perspektywę. świat widzimy już inaczej i więcej jest składowych tego widoku. dlatego tak ważne jest, żeby w miarę możliwości poszerzać swój świat, swoją perspektywę, albo może w tym przypadku swoje miejsce siedzenia :) wtedy patrzymy szerzej, widzimy więcej i dalej. 

wtorek, 30 sierpnia 2011

podwieczorek

mój starszy synek z powodu swojego dosyć wybrednego smaku (ciekawe po kim to ma???), ma ograniczenia na słodycze. umówiliśmy się, że będzie dostawał jakieś ciasteczko na podwieczorek. i tak od jakiegoś czasu o każdej porze dnia pyta, czy teraz jest podwieczorek. czasami w porze obiadu mówi, że chce zjeść śniadanko. na kolację również chce śniadanko od czasu do czasu przynajmniej. ciekawe, że dla dzieci pojęcia dla nas normalne, bywają abstrakcyjne. one nie są ograniczone tym wszystkim, co ogranicza nas. granice są potrzebne i są ważne. ale jeśli żyjemy w bardzo skostniałym i "zestrukturyzowanym" świecie, czasami możemy nie zauważyć, jak bardzo się ograniczyliśmy, jak bardzo zamknęliśmy na niesztampowe myślenie. dla dorosłego człowieka bycie dziecinnym jest raczej smutne, czasami nawet żałosne. ale są aspekty naszego życia, w których warto, a nawet powinniśmy, do czego zachęca nas Pan Jezus, stawać się jak dzieci. fascynujące jest, jak bardzo twórcze są dzieci, jak wiele potrafią sobie wyobrazić.  w tym powinniśmy je naśladować, a nawet uczyć się od nich. dzieci są ufne i szczere, to kolejne cechy, które warto sobie przyswoić. no i przecież nic nie stoi na przeszkodzie, żeby na śniadanie czasami zjeść podwieczorek. bo kto powiedział, że podwieczorek musi być wieczorem?

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

czas

mija bardzo szybko i do tego bezpowrotnie. wszyscy mamy go tyle samo i chyba wszystkim nam go zawsze brakuje. jest sprawiedliwy dla wszystkich, nie robi wyjątków. i to od każdego z nas zależy, co z nim robimy, jak z niego korzystamy i jak nim zarządzamy. często chciałoby się mieć więcej czasu, czasami chcielibyśmy, żeby minął jak najprędzej, a niejednokrotnie żeby się zatrzymał. a mimo naszych chęci czy niechęci on i tak sobie płynie i nie zwraca na nas uwagi. chyba chciałabym nauczyć się cenić każdą chwilę, uczyć się z tego, co minęło i nie żałować. trzeba cenić czas, bo ten, który upłynął już nie wróci, a ile mamy przed sobą - nie wiadomo. dlatego korzystajmy z niego mądrze, poświęcajmy na to, na co naprawdę warto, co ma wieczną wartość.

czwartek, 24 marca 2011

po co uczyć się matematyki

matematyka jest zmorą uczniów. nie wszystkich, ale większości. od czasu do czasu wybuchają nawet dyskusje, po co nam matematyka, czemu trzeba ją zdawać na maturze. i można znaleźć całkiem pokaźne grono tych, którzy twierdzą, że jest ona zupełnie do życia niepotrzebna. teoria co najmniej dziwna, szczególnie w tak zwanej gospodarce rynkowej.
dzisiaj dzwoniła do mnie przemiła pani będąca przedstawicielem mojego operatora telefonicznego i proponowała mi ubezpieczenie. ma ono mnie chronić, a polega na tym, że jak mi się umrze, to moi bliscy dostaną za to kasę. nie wiem, gdzie tu ochrona, ale cóż, może się nie znam? wiem, że teksty, które w takich rozmowach, a może monologach, słyszymy są opracowywane przez speców od reklamy, marketingu, a pewnie i jakichś psychologów czy socjologów. i są tak skonstruowane, żeby nam pokazać, jaka to szansa i jak możemy tanio z czego skorzystać. ta pani chciała mnie przekonać, że jeśli zaoszczędzę na rozmowach i nie będę gadać dwie minuty dziennie, to akurat będę miała na wspomniane ubezpieczenie, które kosztuje jedyne 17 zł z groszami. na mój argument, że ja abonament i tak płacić muszę, więc to 17zł to dla mnie dodatkowy koszt, pani znów mnie przekonywała, że wystarczy zaoszczędzić 2 minuty rozmów dziennie i będzie jak znalazł na ubezpieczenie (które mnie chroni, bo jak mnie auto przejedzie, to moi bliscy dostaną nawet do 200 tysięcy!). ale matematyka zawsze będzie matematyką i choćbym i 5 minut dziennie mniej gadała (a skąd ona wie, że ja gadam codziennie więcej niż 2 minuty?) to i tak te 17 zł trzeba będzie dodać do abonamentu i żadne oszczędności nie pomogą. może jednak warto czasem posłuchać, co nauczyciel próbuje nam powiedzieć na lekcji matematyki?
podobnie jest z różnymi promocjami, które krzyczą na nas, że jak z nich skorzystamy to tyle zaoszczędzimy. ale wydając pieniądze mamy zawsze mniej. chociaż kupujemy taniej, to pieniądze i tak zmieniły właściciela. więc jakim cudem oszczędziłam skoro zamiast 100zł w portfelu mam 10? oczywiście warto korzystać z obniżek i kupować taniej, ale jeśli kupujemy tylko dlatego, że jest taniej, a nie dlatego, że akurat potrzebujemy czegoś, to wcale nie oszczędzamy. jest różnica między zakupami rzeczy potrzebnych, czy wręcz niezbędnych, po niższych cenach, a zakupach po niższych cenach tylko dlatego, że przy wieszaku, koszyku czy półce napisano PROMOCJA!
matematyka się przydaje. zdrowy rozsądek również :)

wtorek, 22 lutego 2011

temperatura odczuwalna

u nas od kilku dni termometr ciągle wskazywał 0 stopni. zastanawialiśmy się dlaczego prognoza pogody pokazuje w krakowie -7, a u nas ciągle 0. jednak tym razem telewizja miała rację! a temperatura odczuwalna stanowczo różniła się od wskazywanej przez nasz termometr. nie wiem, czy ten zmęczony już zimą postanowił zastrajkować, czy może taka ilość zimnych dni (w porównaniu do poprzednich zim) zwyczajnie go pokonała. w każdym razie teraz będziemy musieli przez jakiś czas polegać na prognozach. ciekawe, czy uda nam się gdzieś jeszcze znaleźć termometr rtęciowy???
w przypadku naszego termometra negowanie jakoś nie pomogło. temperatura była dużo niższa niż jego wskazania. wżyciu też tak często bywa. kiedyś dawno, dawno temu, na początku mojego blogowania pisałam o tym, jak bono podczas jednego z koncertów stwierdził, że za każdym razem, kiedy klaska, w afryce umiera jedno dziecko, na co ktoś z widzów zareagował: "to przestań klaskać". lubimy zamiatać problemy pod dywan, nie zauważać rzeczywistości, wymazywać pewne fakty. doskonale radzimy sobie w slalomie omijającym to, co niewygodne. ale tak samo, jak w przypadku sprawy klaskania czy prozaicznej historii naszego termometru - negowanie czy odwracanie wzroku nie zmienia rzeczywistości. czy chcemy, czy nie na zewnątrz jest -13 i choćby nasz termometr wskazywał +25, to i tak jest zimno! wcześniej czy później to, co od siebie odpychamy, co negujemy, wypłynie i przyjdzie nam się z tym zmierzyć. bo kiedyś trzeba będzie wyjść z domu i skonfrontować wskazanie z termometra ze stanem rzeczywistym. nie uda nam się pozostać w zamknięciu do wiosny... a nawet jeśli uparlibyśmy się i siedzielibyśmy w domu do wiosny, to zepsuty termometr oszuka nas również wtedy. bo jest szansa, że jak już wiosna przyjdzie to i temperatura będzie inna niż 0....

poniedziałek, 21 lutego 2011

marzenia

te duże i te maleńkie... kiedyś była taka piosenka :) marzenia są po to, żeby je spełniać. czasami są całkowicie niezależne od naszych działań i wtedy spełnione są zawsze cudem. chociaż każde spełnione marzenie jest cudem. ale czasami potrzeba naszego udziału. czasami my musimy coś zrobić, żeby mogły się spełnić. przede wszystkim trzeba uwierzyć, że marzenia się spełniają. bez tej wiary nie ma szans na to, że cokolwiek zrobimy, żeby je osiągnąć. jeśli uwierzymy, to będziemy gotowi na wysiłek, ryzyko, będziemy próbować. bez tej wiary nawet nie zaczniemy iść w kierunku naszego marzenia. a kiedy już uwierzymy, to dobrze jest pomyśleć, co mogę zrobić, żeby przybliżyć się do realizacji moich marzeń. czasami możemy zrobić bardzo niewiele, ale zawsze jest to ważne. bo gdybyśmy chcieli samochodem objechać np. całą europę, a nie zaczęlibyśmy się uczyć jeździć, to marne szanse na osiągnięcie celu. i podobnie jest z marzeniami. chociaż wiele w nich nie zależy od nas, to niejednokrotnie właśnie nasza część może pomóc lub powstrzymać realizację marzeń.
trzeba marzyć i dążyć do realizacji marzeń. trzeba wierzyć, że się uda i próbować, nawet jeśli popełnimy błędy. inaczej przejdziemy przez życie myśląc, że jest szare, smutne i nudne, albo żałując, że nigdy się nie odważyliśmy spróbować.

środa, 26 stycznia 2011

nie-zmienny

zdarzyło ci się kiedyś powiedzieć: "no ale przecież ja po prostu taki jestem"? mnie tak. najczęściej w sytuacji, w której trzeba było wytłumaczyć jakieś swoje nie do końca właściwe zachowanie, czy postępowanie. świetna wymówka - w końcu nie możesz oczekiwać, że będzie inaczej, skoro jestem taka, a nie inna. i już wszystko załatwione. nie wiem, czy w ten sposób tłumaczymy się przed innymi, czy przed samym sobą... bo chyba w ten sposób próbujemy zagłuszyć jakiś wewnętrzny głos, który nam mówi, że to nie do końca w porządku, że może trzeba coś zmienić. i mówimy: jakim mnie Boże stworzyłeś, takim mnie masz. i myślimy sobie, że to wystarczy. już nikt się nie może przyczepić, nic nie można nam zarzucić. wewnętrzny głos zakrzyczany. aż do następnego razu. i pewnie można tak przez całe życie. ale przecież chyba w każdym z nas jest wewnętrzna potrzeba zmiany, poprawy, doskonalenia się. kiedy popełniamy grzech porównywania się z innymi, robimy to z dwóch powodów - albo, żeby poprawić sobie samopoczucie porównując się do kogoś, komu idzie gorzej, albo żeby utwierdzić, się w przekonaniu, że ktoś ma łatwiej i dlatego my nigdy tacy nie będziemy. w tym drugim przypadku wypływa to z (może bardzo ukrytej ale jednak) chęci  zmiany, stania się lepszym.
w jednej z ulubionych bajek bartka główny bohater usłyszawszy stwierdzenie: "natury nie da się zmienić", natychmiast odpowiedział: "natura to ciągłe zmiany! to my tworzymy rzeczywistość, wszystko zależy od nas!" choć kontekst trochę inny, to w tym przypadku też pasuje. możemy trwać nie zmieniając się, nie pracując nad sobą. możemy karmić się wymówkami i żyć z ciągłym niedosytem, może nawet niesmakiem, bo w głębi serca zawsze będziemy wiedzieli, że stać nas na więcej.  możemy też spróbować się zmienić. pracować nad sobą, poprawiać to, w czym wiemy, że nawalamy. bo naprawdę wiele zależy od nas. a zmieniając siebie, zmieniamy rzeczywistość wokół nas.

wtorek, 25 stycznia 2011

nie-moc

wczoraj od bardzo, bardzo, bardzo... dawna moje mięśnie zostały zmuszone do wysiłku. bardzo to przyjemne uczucie, kiedy boli prawie każdy kawałeczek ciała, ale tak fajnie boli :) okazało się, że mam mięśnie, o których nie miałam pojęcia! dopiero właściwe ćwiczenie spowodowało, że odkryłam ich istnienie, ponieważ wysiłek, do jakiego zmusiłam moje ciało zaczął je napinać i wyrywać z marazmu, czy wręcz niebytu (przynajmniej w mojej świadomości :) dzisiaj wiem na pewno, że te mięśnie mam! i pewnie jeszcze przez parę dni tak będzie, aż do kolejnego spotkania, kiedy znowu mocno je pomęczę... i tak aż do momentu, kiedy przyzwyczają się do używania, staną się sprężyste i będą regularnie pracować.
ile potencjału jest w nas samych, tego wszystkiego, co tkwi gdzieś głęboko ukryte, o istnieniu czego nie wiemy, bo zwyczajnie tego nie używamy? czasami boimy się za coś wziąć, bo myślimy, że nie potrafimy, nie damy rady, nie mamy tego czegoś, co według nas jest potrzebne. a może właśnie to mamy? tylko na skutek nieużywania popadło w niebyt? może trzeba się skusić na jakieś ćwiczenia, które poruszą te ukryte w nas pokłady możliwości, zdolności, ten cały potencjał, który w nas jest, tylko go nie używamy. na początku będzie to znaczny wysiłek, rozciąganie tego, co nieużywane boli. ale z czasem będzie coraz łatwiej. będziemy w stanie zrobić więcej. tylko zacznijmy. ćwiczenie mięśni jest ważne. wysiłek fizyczny jest niezbędny. ale ważne też poszperać w swoim wnętrzu, poćwiczyć te "mięśnie", które są pełne pomysłów, zdolności, predyspozycji. a możemy się zaskoczyć, na co nas stać.

sobota, 22 stycznia 2011

mały-wielki człowiek

w czasie studiów fascynowało mnie, kiedy osoby ledwie kilka lat starsze ode mnie zachowywały się, jakby były istotami wyższego gatunku tylko dlatego, że miały tytuł przed nazwiskiem i starały się o kolejny. przykre było to, że często gęsto nie szło to w parze z poziomem ich kultury osobistej... niejednokrotnie tytuły stanowią dla ich "właścicieli" coś tak ważnego, że zapominają, iż to nie one stanowią człowieka. ja mam swoistą alergię na wszelkiej maści tytułomanię. są osoby, które zawsze będę tytułować, ale wcale nie zawsze jest to związane z szacunkiem, jakimi te osoby darzę (choć darzę, ale tytułuję, ponieważ oni tego wymagają). szacunek należy się każdemu człowiekowi, tak uważam. ale kiepsko, jeśli staramy się tytułem nadrobić braki charakteru, osobowości, kultury czy inteligencji. wielcy ludzie najczęściej są bardzo swojscy. dla nich tytuł nie jest istotą czy celem istnienia, a raczej swego rodzaju nagrodą, czy zwieńczeniem ich działań, pracy, osiągnięć. są najpierw ludźmi. chyba to właśnie jest przyczyną ich normalności i swojskości.

czwartek, 20 stycznia 2011

drogi anonimie

mój ostatni post chyba niektórych dotknął. pojawił się nawet komentarz i ponieważ nie wiem od kogo, pozwolę sobie odpowiedzieć na ten komentarz tutaj.
zatem drogi anonimie, ja nie negowałam i nie neguję niczyjego prawa do przeżywania żałoby tak, jak chce. odniosłam się tylko do pewnej zaciekłości niektórych (co zaznaczyłam). napisałam też, że sama zadawałam pytanie dlaczego - bo jest to rzecz naturalna dla każdego człowieka. każdy ma prawo poznania przyczyn utraty swoich bliskich - tego też nie neguję. chciałam jedynie pokazać, co jak widać mi się nie udało, że nawet ta świadomość wcale nie musi nam pomóc. to był cel mojego wpisu. nie wszyscy muszą wierzyć tak, jak ja. ale na podstawie swojego doświadczenia mogę powiedzieć, że właśnie moja wiara pomogła mi przeżyć moją tragedię. i zgadza się, Pismo mówi: poznacie prawdę i prawda was wyswobodzi. mówi również o tym, że to Jezus jest drogą, PRAWDĄ i życiem...
mam nadzieję, że ci wszyscy, którzy stracili bliskich w tej tragedii, doświadczą kiedyś chociaż niewielkiej pociechy i na nowo spojrzą w przyszłość z nadzieją.